A imię jego dwadzieścia i cztery. Kobe Bryant ma już 40 lat

Choć nigdy nie doścignął Michaela Jordana, w powszechnej opinii był blisko jak nikt inny... (fot. Getty)

23 sierpnia 1978 roku, dokładnie 40 lat temu, w Filadelfii w stanie Pensylwania, przyszedł na świat Kobe Bryant — syn Joe i Pam, nazwany na cześć ich ulubionej japońskiej wołowiny, legenda koszykówki, jeden z najlepszych sportowców w historii.

„Oczko” Dirka Nowitzkiego, czyli jak Niemiec został legendą NBA

Nawet jeśli nie przekonał Ameryki, że biali potrafią skakać, to na pewno potwierdził, że rzucają jak mało kto. Dirk Nowitzki to żywa legenda NBA,...

zobacz więcej

Magia liczb w sposób szczególny wpływa na świat sportów drużynowych. Wystarczy pomyśleć o „siódemce”, by do głowy przyszedł Raul Gonzalez, Cristiano Ronaldo, George Best czy Eric Cantona. „Dziewiątka” to Ronaldo, „dziesiątka” to Diego Maradona i Lionel Messi, „23” to Michael Jordan, a „24” – Kobe Bryant.

Nie mogło być więc inaczej. Z okazji czterdziestych urodzin legendy Los Angeles Lakers i całej NBA, dwadzieścia cztery historie/historyjki/opowieści z nim związane. Głównie luźne skojarzenia, choć ułożone mniej więcej chronologicznie.

***

1. Włochy. Joe „Jellybean” Bryant, ojciec Kobe’ego, przez lata dumnie reprezentował koszykarskie oblicze rodzinnej Filadelfii: grał w tamtejszym liceum, na uniwersytecie, by w końcu trafić do NBA, gdzie – a jakże! – przywdziewał barwy miejscowych 76ers. Wielkiej kariery zrobić mu się jednak nie udało, więc w 1984 wyemigrował za sportowym chlebem do Włoch. Mały Kobe miał wtedy sześć lat, podziwiał ojca z trybun, a potem naśladował na boisku. Na Półwyspie Apenińskim rodzina Bryantów spędziła niemal dekadę.  

2. Piłka nożna. Choć koszykówka miała się we Włoszech całkiem nieźle, zarówno dziś, jak i wtedy, był to kraj lubujący się przede wszystkim w futbolu. Również Kobe’emu od tej miłości uciec się nie udało: lata później, przy okazji licznych wywiadów, wspominał zresztą, że gdyby nie powrót do Stanów, prawdopodobnie poświęciłby się właśnie kopaniu. „Musząc wybierać między koszykówką a piłką nożną, raczej wybrałbym piłkę” – deklarował. Podobno jako bramkarz.   

3. Poliglota. Osiem lat spędzonych we Włoszech sprawiło, że Bryant do dziś płynnie posługuje się językiem. Żeby jednak nie było za łatwo, w trakcie pobytu w Europie opanował również... hiszpański.


4. Talent. 29 kwietnia 1996 roku, 17-letni Kobe Bryant ogłosił światu, że zamierza zrezygnować z gry w college’u i prosto z liceum „przenieść swoje talenty do NBA”. Choć nieco aroganckie wystąpienie wzbudziło mieszane uczucia, młokos dopiął swego: kilka miesięcy później został wybrany z numerem 13 w drafcie przez Charlotte Hornets. Przed nim pojawili się m.in. Todd Fuller, Erick Dampier, Samaki Walker, Kerry Kittles i Lorenzen Wright, których dziś na ulicy rozpoznaliby prawdopodobnie tylko członkowie rodzin i najbliżsi przyjaciele.  

 

5. Vlade Divać. W dniu draftu Kobe został teoretycznie zawodnikiem Charlotte Hornets. „Teoretycznie”, bo dosłownie kilka minut później ogłoszono wymianę, w ramach której Bryant przeniósł się do Los Angeles, a zawodnikiem „Szerszeni” został środkowy Vlade Divać. Wbrew plotkom, że to Bryant odmówił gry w Charlotte, transakcję zaplanowano już... dzień wcześniej. Jugosłowianin zarabiał najwięcej w zespole (ponad trzy miliony dolarów), a władze Lakers potrzebowały miejsca w budżecie na zatrudnienie Shaquille’a O’Neala. Kobe spodobał im się podczas treningów, więc w dniu draftu poinstruowali Hornets, by wybrali właśnie jego.
Pierwsze lata kariery Kobe spędził z "8" na plecach. Potem zmienił ją na "24" (fot. Getty)

6. Numery. W liceum Kobe grał początkowo z „24” na plecach, by później zakładać koszulki z „33” – numerem, z jakim w trakcie kariery występował jego ojciec. W Lakers takiej możliwości już nie miał: ku czci Kareema Abdul-Jabbara, trykot został bowiem zastrzeżony. Odpadła również „24”, którą zajmował George McCloud III. Karierę zaczął więc z „8”, czyli numerem, z jakim występował – jeszcze jako dziecko – we Włoszech. W 2004 roku, po długiej przerwie, wrócił jednak do „24”. „To było po tym, jak wytransferowano Shaqa. Forma nowego początku, nowego otwarcia, ale też manifestacja dojrzałości i zmian, jakie zaszły u mnie jako człowieka i koszykarza” – tłumaczył potem.   

Teorii jest zresztą wiele, a ta najbardziej rozsądna skupia się na naciskach ze strony sponsorów. W 2003 roku Kobe zmienił Adidasa na Nike’a, którego władzom nie do końca podobało się, że numer jednego z najważniejszych klientów wciąż kojarzy się z kultowymi butami „Crazy 8s”, produkowanymi przez konkurencję.  

Teoria najbardziej poetycka to z kolei hasło „o jeden lepszy niż Jordan”. „O tym, że właśnie takie były jego intencje, przekonana była większość zawodników w NBA” – mówił Jared Jeffries, który spędził w lidze 11 lat.  

7. Woda sodowa. Jeśli prosto z liceum trafiało się do NBA, trzeba było być naprawdę dobrym i pewnym siebie. Dość powiedzieć, że niedługo przed Kobe’em na taki ruch zdecydował się tylko Kevin Garnett, a wcześniej... Darryl Dawkins i Bill Willoughby, w 1975 roku. Nic więc dziwnego, że Bryant cieszył się tak ogromnym zainteresowaniem. Zanim postawił pierwsze kroki na parkiecie, podpisał kontrakt z Adidasem, został członkiem Gildii Amerykańskich Aktorów, zagrał epizody w dwóch serialach, był gościem w talk-show Jaya Leno, a na bal maturalny zabrał niezwykle popularną wówczas artystkę – Brandy. Przyłapana niedawno przez dziennikarzy TMZ, przyznała zresztą, że wciąż ma w szafie sukienkę z tamtego wieczoru.  


 

Już wtedy, w 1996 roku, Bryant wyglądał jednak na niezwykle dojrzałego człowieka. W rozmowie z „LA Times” powtarzał, że liczy się dla niego tylko koszykówka i to, by „krok po kroku stawać się coraz lepszym”.  

8. Allen Iverson. Podczas gdy Kobe był dopiero trzynasty, „jedynką” draftu w 1996 roku został trzy lata starszy Allen Iverson. Przebojowego rozgrywającego, wychowanego w Virginii, kibice w Filadelfii traktowali niemal jak syna. Bryant od początku miał poczucie, że ktoś zajął jego miejsce: chłopaka stąd, marzącego o pójściu w ślady ojca, zastąpiono „jakimś” Iversonem. Obaj sprawę potraktowali bardzo osobiście: podczas meczu najlepszych pierwszoroczniaków co prawda to Bryant pobił rekord strzelecki (31 punktów), ale najbardziej wartościowym zawodnikiem tamtego spotkania uznano właśnie Allena. To Allen został też „debiutantem sezonu”. Kobe’emu przypadł „tylko” triumf w konkursie wsadów.  

 

W kolejnych latach zmagania obu koszykarzy stały się ozdobą ligi. Kariera Iversona, w dużej mierze ze względu na nie najlepszą etykę pracy, nie potoczyła się jednak tak, jak można było tego oczekiwać. Podsumowaniem „walki” obu graczy były finały z 2001 roku: wygrane w świetnym stylu przez Lakers. 

9. Autorytety. Choć Phil Jackson powtarzał często, że Kobe jest „nietrenowalny”, byli tacy, którzy znaleźli sposób na okiełznanie jego trudnego charakteru. Tacy, których słuchał i podziwiał. Jackie MacMullan, dziennikarka ESPN, w jednym z artykułów wspomina o dwóch Michaelach, którzy wywarli ogromny wpływ na życie Bryanta. Nie byle jakich Michaelach: Jordanie i Jacksonie.

Obaj zwrócili się do niego, gdy miał jeszcze 18 lat. Michael Jackson, już wówczas chodząca legenda muzyki pop, zadzwonił pewnego dnia, jak gdyby nigdy nic, tłumacząc młodzieńcowi, jak żyć, jak się zachowywać i jak radzić sobie ze sławą. A później zaprosił go na swoje ranczo, zachęcał do długich medytacji („Opowiadał mi, że zdarza mu się to robić nawet siedem godzin dziennie. Ja po dwudziestu minutach nie mogłem usiedzieć” – śmiał się potem Kobe w rozmowie dla „New York Times”), zwierzał się i tłumaczył, gdzie szukał inspiracji tworząc muzykę do płyty „Thriller”. „Musisz studiować pracę wszystkich wielkich; to, co pozwoliło im odnieść sukces i to, co ten sukces im odebrało” – mówił.

Dla Bryanta wszystko to było niezwykłe. „Gdy byłem małym chłopcem, leżałem w łóżku we Włoszech i całymi nocami słuchałem jego muzyki, znając na pamięć wszystkie teksty. A teraz został moim mentorem” – ekscytował się. „Co lepsze, tuż po tym spotkałem Michaela Jordana, który zadeklarował, że jeśli tylko będę czegoś potrzebował, mam do niego bez wahania dzwonić. Przepraszam, serio?! Żyję we śnie, którego po prostu nie można spieprzyć”.

10. „Airball Game”. Polski „niedolot”. Chodzi o rzut na tyle niecelny, że nie dotyka nawet obręczy. Na poziomie NBA podobne sytuacje zdarzają się rzadko, a gdy już dzieje się coś podobnego, zwykle budzi szyderczy śmiech wśród widzów. 

12 maja 1997 roku, pod koniec piątego meczu z Utah Jazz w fazie play-off, z powodu nadmiaru fauli, poza parkietem przebywał Shaquille O’Neal. Pod jego nieobecność, rolę „samca alfa” przejął Bryant. Zaczął jeszcze w ostatnich sekundach czwartej kwarty, skończył w przegranej przez Lakers dogrywce. Przegranej między innymi dlatego, że cztery kluczowe rzuty 19-latka okazały się... „airballami”. Fani w Salt Lake City nie mogli zareagować inaczej.



„Tamto wydarzenie” – przekonywał Kobe – „ukształtowało mnie jako zawodnika. Uodporniłem się na wszelką krytykę, na wszelkie negatywne reakcje”. Młodszego kolegę wspierał również O’Neal. „Prawda jest taka, że niewielu na jego miejscu miałoby dość odwagi, by w tak ważnym meczu przejąć rolę lidera. Pokazał jaja”.

11. Pudło. Ile „airballi” zaliczył w karierze Kobe sprawdzić nie sposób, można za to sprawdzić, ile jego rzutów po prostu nie wpadło do kosza. Bryant – na swoje nieszczęście – jest pod tym względem absolutnym królem NBA. 14481 spudłowanych rzutów to wynik o ponad tysiąc „lepszy” od drugiego w historycznej klasyfikacji Johna Havlicka. Biorąc pod uwagę, że skuteczność wśród graczy regularnie rośnie, trudno przypuszczać, by ktokolwiek kiedykolwiek odebrał mu tę wątpliwego prestiżu koronę.

12. Rap. Pod koniec ubiegłego stulecia, Kobe Bryant zapragnął zostać gwiazdą muzyki. Pomocną dłoń wyciągnęła firma Sony, od której od razu dostał propozycję nagrania całego albumu.  Zaczęło się oczywiście od singla i... na singlu skończyło. Pomimo niewątpliwie dobrych chęci, okazało się bowiem, że Kobe, najzwyczajniej w świecie, nie ma talentu. Utwór „K.O.B.E”, opowiadający – tu bez niespodzianki – o Kobe’em, był takim fiaskiem, że nie zdecydowano się nawet publikować teledysku.

Gdyby ktoś się bardzo dziwił, wystarczy lektura wyśpiewywanego przez Tyrę Banks refrenu:

„Kobe, kocham Cię
Wierzę, że jesteś bardzo sympatyczny
Jeśli dasz mi szansę, obiecuję Cię kochać
I być z Tobą na zawsze”



13. Vanessa. Kariery muzycznej Bryantowi zrobić się co prawda nie udało, ale poza cenną lekcją, wyniósł z tamtego okresu również znajomość z Vanessą Cornejo Ubrietą – meksykańską tancerką, pracującą na planie jednego z teledysków akurat wtedy, gdy w wytwórni przebywał Kobe. Młodzi szybko się w sobie zakochali, a kilkanaście miesięcy później – gdy Vanessa przestała być już nastolatką – wzięli ślub. Pierwszy owoc miłości, Natalia Diamante Bryant, przyszedł na świat 19 stycznia 2003 roku.

Kobe i Vanessa, z nieco ponad roczną przerwą, są razem do dziś, mają trzy córki: poza Natalią Diamante jest jeszcze Gianna Maria-Onore i Bianka Bella.
Od lewej: Vanessa, Gianna, Kobe i Natalia na imprezie Nickelodeon Kids w 2016 roku (fot. Getty)

14. Katelyn Faber. Kilka miesięcy po ślubie, Kobe wybrał się do Kolorado, do lekarza, który miał zająć się jego kontuzjowanym kolanem. Niedługo potem do prokuratury zgłosiła się jedna z pracownic hotelu, w którym mieszkał, oskarżając koszykarza o gwałt. Bryant początkowo zaprzeczał, jakoby do czegokolwiek doszło, ale wobec niezbitych dowodów musiał zmienić linię obrony.

Sprawą żyła cała Ameryka. Ze łzami w oczach, z żoną u boku, Kobe przekonywał, że do stosunku, owszem, doszło, ale za zgodą obu stron, a rany na szyi to efekt jego słabości do podduszania kochanek. Po trwających rok przygotowaniach do procesu, Katelyn Faber nie zdecydowała się zeznawać pod przysięgą, a prokuratura zmuszona była wycofać zarzuty. „Przede wszystkim, chciałbym ją bardzo serdecznie przeprosić. Przepraszam za moje zachowanie i za to, co musiała przeżywać w ostatnich miesiącach. Chociaż dla mnie był to niezwykle trudny okres, nie potrafię sobie wyobrazić, jakiego bólu doświadczała... Pomimo tego, że wciąż uważam, że nasze zbliżenie było obustronne, jestem w stanie zrozumieć, dlaczego mogła myśleć o tej sytuacji inaczej” – napisał w oświadczeniu koszykarz.

15. Pierścienie. W 2003 roku Kobe był nie tylko jednym z najlepszych koszykarzy na świecie, ale i trzykrotnym mistrzem NBA. Po wygranych finałach z Indianą Pacers (4-2), Philadelphią 76ers (4-1) i New Jersey Nets (4-0), zapewnił sobie miejsce w Galerii Sław. I pewnie dużo więcej nie byłoby mu do szczęścia potrzebne, gdyby nie...

Kobe Bryant i Shaquille O'Neal stanowili jeden z najbardziej dominujących duetów w NBA. Do czasu... (fot. Getty)

16. Shaq. Sześć lat starszy od Kobe’ego, do Los Angeles trafił w tym samym momencie – w 1996 roku, u szczytu formy, coraz śmielej przejmując dowodzenie w lidze. Choć przy okazji trzech „mistrzowskich” finałów w latach 2000-2002 statystyki Bryanta były co najmniej imponujące, ani wtedy, ani dziś nikt nie ma wątpliwości, że to O’Neal był ojcem tych sukcesów. Zresztą, wystarczy rzut oka na średnie wyczyny:

2000: 38 punktów / 16,7 zbiórek, 2,3 asysty, 2,7 bloków.
2001: 33 punkty / 15,8 zbiórek / 4,8 asysty / 3,4 bloków.
2002: 36,3 punktów / 12,3 zbiórki / 3,8 asysty / 2,8 bloków

Phil Jackson, który trenował go przez wiele lat, przekonywał, że gdyby Shaq nieco poważniej traktował swój zawód, nagrodę MVP trzeba by zmienić na nagrodę jego imienia, a sam O’Neal wygrałby ją co najmniej dziesięć razy z rzędu.

Ale nie traktował, co – zdaniem wielu – wyjątkowo drażniło Bryanta, tytana pracy. Żarty, figle i inne zabawy w szatni nie były dla niego, przez co wielokrotnie między panami dochodziło do spięć. Jak zawsze jednak, istnieje kilka teorii, dlaczego nie stworzyli duetu na lata.

Teoria pierwsza: Shaq lubił się bawić, Kobe nieszczególnie. Brak profesjonalizmu u starszego kolegi denerwował Bryanta na tyle, że w końcu przestał go akceptować.  

Teoria druga: Kobe, urodzony „samiec alfa”, chciał, by Los Angeles Lakers byli jego drużyną. Dopóki grał tam Shaq, było to niemożliwe, z czym nie do końca umiał się pogodzić.  

Teoria trzecia: cała sprawa z gwałtem, sądem, oskarżeniami wywarła na Kobem wielki wpływ. Bryant miał mieć pretensje do O’Neala o to, że w trudnych chwilach nie okazał mu dostatecznego wsparcia. Sam Shaq poruszył nawet wątek w swojej autobiografii, przekonując, że Kobe odrzucał wszelką pomoc, z nikim nie rozmawiał i rozmawiać nie chciał.  

Faktem jest, że historia wielkiego duetu, być może jednego z największych w historii koszykówki, dobiegła końca w 2004 roku. Mając do wyboru 26-letniego Bryanta i sześć lat starszego O’Neala, władze Lakers zdecydowały się zaufać temu pierwszemu i to wokół niego budować drużynę.

17. Pluton. W 2004 roku Kobe „przejął” zespół i nikt nie miał już wątpliwości, kto jest największą gwiazdą Los Angeles Lakers. Rzucał średnio powyżej 30 punktów na mecz, zbierał, trochę rzadziej podawał, ale wszystko to na nic, bo jego zespół był za słaby, by walczyć nawet nie tyle o mistrzostwo, co o przejście pierwszej rundy fazy play-off. W końcu doszło do wybuchu.   

– Chcę odejść. Gdziekolwiek, choćby na Pluton. Chcę, żeby Lakers oddali mnie do innego zespołu, bym mógł znów walczyć o mistrzostwo. (…)
– Czy jest coś, co władze klubu mogłyby zrobić, byś zmienił zdanie?
– Nie.
– Absolutnie nic?
– Absolutnie nic.   

Wywiad radiowy, przeprowadzony z Kobem przez Stephena A. Smitha w 2007 roku, przeszedł do historii dziennikarstwa sportowego w USA. Bryant, sfrustrowany przedłużającą się przebudową zespołu, od dłuższego czasu domagał się zmian w jego funkcjonowaniu. Wśród licznych postulatów, najważniejszym było sprowadzenie do Los Angeles zawodników, którzy umożliwiliby mu walkę o kolejne tytuły. Dość miał gry ze Smushem Parkerem, Kwame Brownem czy Brianem Cookiem, którzy – jego zdaniem – nie tylko nie grzeszyli nadmiarem talentu, ale też nie przykładali się dostatecznie do swoich obowiązków.   

Gdy wreszcie uznał, że Lakers nie są w stanie spełnić jego żądań – wytoczył najcięższe działa. Ameryka była w szoku. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by największa gwiazda zespołu tak otwarcie domagała się wymiany. Nie w wywiadzie. Nie po 11 latach gry. Trzy pierścienie zdobyte na początku stulecia i dziesiątki milionów dolarów spływające na konto przestały jednak Bryantowi wystarczać.   

Pluton na kilka dni stał się najpopularniejszą planetą w Układzie Słonecznym.

Kobe i Pau Gasol stworzyli znakomicie uzupełniający się duet (fot. Getty)

18. Wymiana. – To, co zrobiło Memphis, jest poniżej wszelkiej krytyki – grzmiał zwykle powściągliwy trener San Antonio Spurs, Gregg Popovich. – W NBA powinien istnieć komitet transferowy, który będzie zapobiegał bezsensownym wymianom. Chciałbym być w takim komitecie. Chciałbym w nim być, by zagłosować przeciwko temu, co właśnie zrobili Lakers i Grizzlies.   

1 lutego 2008 roku Los Angeles Lakers ogłosili, że w wyniku wymiany z Memphis Grizzlies do Kalifornii trafi Pau Gasol i wybór w drugiej rundzie draftu 2010. W zamian „Jeziorowcy” oddali Kwame Browna, Javarisa Crittentona, Aarona McKie, wybory w pierwszej rundzie draftu w 2008 i 2010 roku, a także... prawa do Marca Gasola.   

Ten ruch wzburzył niemal całą Ameryką. Graczy, których Kalifornijczycy oddali do Memphis, w wielu mediach nawet nie wymieniano z nazwiska. Ot, "kilku zawodników i wybory w drafcie". Liczył się tylko Pau Gasol – reszta była jedynie przystawką, dodatkiem koniecznym, by w obu zespołach zgadzały się wydatki na pensje. Głębokie rezerwy, bez szans na zaistnienie w NBA.   

Zwolennicy teorii spiskowych przekonywali, że za całą sprawą stoi Jerry West – legenda Los Angeles Lakers, wieloletni gracz i pracownik klubu, który od kilku sezonów pełnił rolę generalnego menedżera Memphis Grizzlies. Zdaniem wielu, West celowo osłabił klub z Tennessee, by pomóc ukochanej drużynie w odzyskaniu dawnej świetności. On sam upierał się zaś, że Memphis potrzebna była przebudowa, którą gwarantowały tylko wysokie wybory w drafcie. Gdy Pau był w składzie – Grizzlies byli za słabi na sukcesy i za silni, by marzyć o największych gwiazdach ligi uniwersyteckiej. – To była trudna, ale konieczna decyzja – tłumaczył.   

W takim układzie szczęśliwi byli tylko kibice Lakers i, oczywiście, Kobe Bryant, który rakiem wycofał się z planów przeprowadzki na Pluton. – Teraz jesteśmy gotowi do walki o mistrzostwo – cieszył się, a Pau Gasol niemal od razu został jego najlepszym kumplem. Już po kilku miesiącach wspólnej gry, Bryant, Gasol i spółka dotarli zresztą do finału NBA, gdzie po emocjonującej rywalizacji przegrali z Boston Celtics. Rok później nie powstrzymał ich już nikt, tak jak i w kolejnym sezonie, gdy w siedmiu meczach Lakers zrewanżowali się Celtom.   

Kobe do trzech pierścieni z Shaquille’em dołożył dwa „swoje”. Michaela Jordana, który zgromadził ich w karierze aż sześć, dogonić mu się jednak nie udało.   

19. Sesja. W 2010 roku Kobe zaskoczył po raz kolejny. Na okładce „LA Times Magazine” ukazało się jego zdjęcie – całego na biało, w kapeluszu, prawdopodobnie nieco zbyt odważnie zmodyfikowanego przez programy graficzne. Nietypowa sesja wzbudziła powszechny uśmiech, a sam Bryant przyznawał, że choć „nie obchodzą go reakcje ludzi” i „świetnie bawił się w trakcie jej wykonywania”, to „spodziewał się czegoś nieco innego”. Koledzy z drużyny, prowokowani przez lokalnych dziennikarzy, zachowali klasę. „To coś innego, świeżego” – mówił jeden z nich, z trudem powstrzymując śmiech. „To Kobe Bryant. Kobe Bryant może wszystko” – tłumaczył drugi. Faktem jest, że więcej na podobne ekstrawagancje się już nie decydował.

Kobe na kontrowersyjnej okładce "LA Times Magazine" (fot. LATimes.com)

20. 81 punktów. Wiele było w karierze Kobe'ego Bryanta spektakularnych występów. Dość powiedzieć, że przeciwko każdej drużynie NBA przynajmniej raz w karierze zdobywał co najmniej 40 punktów...  

 
Zdarzyło mu się rzucić 62 punkty w trakcie zaledwie trzech kwart przeciwko Dallas Mavericks. Zdarzyło mu się zdobyć 61 punktów w legendarnej hali Madison Square Garden. W pamięci wszystkich na zawsze pozostanie jednak przede wszystkim jeden występ – 81 punktów przeciwko Toronto Raptors, 22 stycznia 2006 roku.   

– Co się właśnie wydarzyło?! – mieli pytać w szatni, tuż po meczu, koledzy Bryanta, gdy ten zajęty był jeszcze udzielaniem wywiadów. – Czy on zrobił to, co myślę, że zrobił? – pytał Devean George.   

Tak, zrobił. 81 punktów zdobytych w jednym meczu to do dziś drugi – po 100-punktowym występie Wilta Chamberlaina – najlepszy wynik w historii NBA.  

 

21. Mrugnięcie. O „silnej psychice” Kobe'ego piszą i mówią właściwie wszyscy, odkąd tylko pojawił się w NBA. Wspomina się jego rzuty w ostatnich sekundach, występy tym lepsze, im silniejszy jest przeciwnik czy zdolność gry pomimo licznych mniejszych i większych urazów. I wszystko to prawda.   

Gdyby ktoś chciał jednak oddać siłę Bryanta jednym tylko obrazkiem, wystarczy pokazać ten z meczu przeciwko Orlando Magic w finałach ligi. Ze starcia z jednym z niewielu obrońców, którzy potrafili „Czarnej Mambie” zajść za skórę – Mattem Barnesem.  

 

Nawet nie mrugnął. „Czy on jest w ogóle człowiekiem?” – zastanawiali się po całej sytuacji dziennikarze i kibice.   

Co w całej sytuacji najpiękniejsze, kilka miesięcy po tym meczu Kobe osobiście zadzwonił do Barnesa i... namówił go na grę dla Los Angeles Lakers. Obaj do dziś darzą się wielką sympatią i szacunkiem, a sam Barnes przyznał niedawno, że w trakcie tamtego spotkania nawet nie miał świadomości, jak blisko twarzy Kobe’ego skierował piłkę. „Chciałem ją po prostu wybić, trochę go postraszyć. Dopiero gdy zobaczyłem powtórki, zorientowałem się, co ten koleś zrobił”.
Kontuzja ścięgna Achillesa wpłynęła na przedwczesne zakończenie kariery Bryanta (fot. Getty)

22. Achilles. W pogoni za Michaelem Jordanem, Kobe Bryant marzył o zdobyciu co najmniej jeszcze jednego tytułu. Władze Lakers po raz kolejny stworzyły mu do tego – tak się przynajmniej wydawało – idealne warunki. Wystarczyło kilka magicznych ruchów transferowych, a w jednym zespole znaleźli się, obok Bryanta i Gasola, Steve Nash (dwukrotny MVP ligi), Dwight Howard (wówczas uznawany za najlepszego środkowego w NBA) oraz Ron Artest (jeden z najlepszych obrońców).   

Tamci Lakers mieli tytuł mistrzowski zdobyć w cuglach. Jak się okazało – do ostatnich chwil walczyli o to, by w ogóle awansować do fazy play-off. Udało się to niemal wyłącznie dzięki wysiłkom Bryanta, który... prawie nie schodził z parkietu. Walczył wbrew naturze i własnemu ciału, prowadząc klub z Los Angeles do siedmiu zwycięstw w dziewięciu kluczowych spotkaniach sezonu.   

Ten dziewiąty, przeciwko Golden State Warriors, zakończył się jednak dla niego tragicznie (od 2:50).  


 

Fakt, że wrócił na parkiet i niemal na jednej nodze rzucił jeszcze dwa rzuty wolne to jeden z najwspanialszych dowodów na siłę jego charakteru. – Moja kariera nie jest jeszcze skończona – mówił potem dziennikarzom ze łzami w oczach. Miał 35 lat, a przed sobą rehabilitację po jednej z najcięższych kontuzji, jaka może spotkać koszykarza.   

23. Tytan pracy. „Jeśli ktoś mówi, że osiągnąłem więcej, niż powinienem osiągnąć, to jest to dla mnie największy komplement. Oznacza on, że pracowałem tak ciężko, jak tylko się dało, by zajść tam, gdzie zaszedłem”.   

Roland Lazenby, autor biografii zarówno Michaela Jordana, jak i Kobe’ego, przekonuje, że jeśli chodzi o etykę pracy, obaj byli niezrównani. Przychodzili na treningi pierwsi, wychodzili ostatni. Zawsze. Bez wyjątków. „Pamiętam nasze zgrupowanie przed Letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w 2008 roku. Była ósma rano, Las Vegas, zeszliśmy całą drużyną na śniadanie, by chwilę potem udać się na pierwszy trening. Gdy Kobe zszedł do nas cały spocony, obłożony lodem, w stroju koszykarskim, zapytałem, co się właściwie dzieje, o co tu chodzi?!” – wspominał w rozmowie z ESPN Chris Bosh. „Tak, wszyscy dopiero wstali, ziewali, przeciągali się, a on miał już za sobą trzy godziny treningu. Zastanawialiśmy się, co próbuje nam udowodnić, ale szybko zrozumieliśmy, że to po prostu jego rutyna. Taki jest Kobe” – wtórował mu Dwyane Wade.   

Gdy doznał urazu prawej ręki, a wszystkim wydawało się, że zrobi sobie dzień przerwy, odpocznie, przyszedł jeszcze wcześniej i przez cały trening kozłował i rzucał tylko lewą.   

Od zawsze taki był: choć miał do obiektów treningowych Lakers ponad 40 minut jazdy, już w trakcie pierwszych dni w NBA „otwierał” halę. „Wiedziałem, że ze względu na moją smukłą sylwetkę muszę pracować więcej i ciężej niż inni, by znaleźć się na szczycie, więc robiłem to” – tłumaczył.

24. „Dear Basketball”. Nękany mniejszymi i większymi kontuzjami, Kobe Bryant zmuszony był zakończyć karierę 14 kwietnia 2016 roku, meczem z Utah Jazz. Nie zrobił tego oczywiście w zwyczajny sposób: zdobywając 60 punktów, został najstarszym zawodnikiem, któremu udała się ta sztuka. Zrobił to... oddając najwięcej w historii rzutów – aż 50.  


 

– Wszyscy koledzy krzyczeli do mnie: rzucaj, rzucaj, rzucaj! To dziwne, ciekawe doświadczenie, bo przez całą karierę słyszałem tylko, żeby podawać – cieszył się po spotkaniu. Jego wyczyn podziwiali z trybun m.in. David Beckham, Jack Nicholson, Kanye West czy – a jakże! – Shaquille O’Neal. – Przed spotkaniem śmiałem się, że ma dziś rzucić 50 punktów. A ten sk... zdobył 60 – Shaq nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.   

Bryant zakończył karierę jako pięciokrotny mistrz NBA, MVP ligi z sezonu 2006/2007, dwukrotny MVP finałów, osiemnastokrotny uczestnik Meczu Gwiazd i trzeci najskuteczniejszy koszykarz w historii (za Kareemem Abdul-Jabbarem i Karlem Malone’em).   

Czy przestał zachwycać? Wręcz przeciwnie. Niecałe dwa lata po tym, gdy powiedział sobie „pas”, odebrał z rąk Marka Hamilla – legendarnego odtwórcy roli Luke’a Skywalkera – Oscara za najlepszy krótkometrażowy film animowany, „Dear Basketball”. Jak sam mówił: „cieszył się z niego bardziej niż z mistrzostwa NBA”.  
Sto lat, Kobe!

źródło:
Zobacz więcej