„Oczko” Dirka Nowitzkiego, czyli jak Niemiec został legendą NBA

Dirk Nowitzki to jeden z najlepszych graczy w historii koszykówki (fot. Jerome Miron-USA TODAY Sports)

Nawet jeśli nie przekonał Ameryki, że biali potrafią skakać, to na pewno potwierdził, że rzucają jak mało kto. Dirk Nowitzki to żywa legenda NBA, najlepszy Europejczyk w historii koszykówki, który za chwilę rozpocznie rekordowy, 21. sezon w barwach tego samego klubu - Dallas Mavericks. Jak to się stało, że nieśmiały, wyrośnięty chłopak z Bawarii podbił serca i parkiety?

Gortat: Czuję się ambasadorem naszego kraju

– Pokazujemy Amerykanom na czym polega nasza kultura, jacy jesteśmy i jakie mamy cechy charakteru – mówił Marcin Gortat. W ten sposób opisał w...

zobacz więcej

W 2011 roku, gdy zdobył wreszcie wymarzone mistrzostwo NBA, szybko skrył się w szatni przed dziennikarzami. Duży chłop, po trzydziestce, nie chciał, żeby świat widział go zalanego łzami. Nie mógł się uspokoić. „Dirk, chodź, musisz odebrać nagrodę dla najlepszego zawodnika finałów, wszyscy czekają” - wzywał go jeden z oficerów prasowych. Niemiec odwrócił się, przetarł wciąż jeszcze wilgotne oczy i - pełen nadziei - zapytał: „nie możecie jej dać komuś innemu?”.

***

Trochę do Ameryki nie pasował. Gdy w wieku 20 lat trafił do Dallas, przekonywał wszystkich dookoła, że to zły pomysł. Że jest za słaby, że nie zasługuje, że przecież w NBA gra Scottie Pippen, jego idol, z którym taki „żuczek” nie powinien przebywać na jednym parkiecie.

To nic, że Don Nelson - ówczesny trener Mavericks - zachwycał się jego talentem ofensywnym. To nic, że Rick Pitino, szkoleniowiec Boston Celtics, zapewniał dziennikarzy, że niepozorny 20-letni Niemiec może wyrosnąć na nowego Larry’ego Birda. Nowitzki wiedział swoje. I bał się.

Początki w nowej rzeczywistości były trudne. Dość powiedzieć, że rodzinny Wurzburg to miasto podobne gabarytami do Płocka czy Koszalina. Dallas tymczasem jest dwa razy większe od Warszawy...

Kłopoty sprawiała jednak nie tylko topografia. Steve Nash, który trafił do klubu tego samego dnia, śmiał się, że Nowitzki nie umiał sam opłacić rachunków za telefon, wypisać czeku czy… urządzić mieszkania. „Nie wiedział, gdzie i jak kupić meble, więc długimi tygodniami stało puste” - wspominał potem.

Na parkiecie też wyglądał na nieprzystosowanego. Chudy, nieco pokraczny, posturą wyraźnie odstawał od reszty szalonych atletów. Miał jednak wzrost podkoszowego, a piłkę kozłował niemal jak rozgrywający. No i ten rzut… Już wtedy rzucał inaczej niż wszyscy.

„Instytut absurdu stosowanego”

Nowitzki lubi powtarzać, że długo uważał koszykówkę za babski sport. Grała jego mama, grała jego starsza siostra, więc - siłą rzeczy - bliżej mu było do piłki ręcznej, trenowanej przez tatę. Próbował tego, próbował tenisa, ale gdy w końcu przerósł rówieśników o trzy głowy, uprzedzenia trzeba było odłożyć na bok.

Po jednym z turniejów do 14-letniego Dirka podszedł Holger Geschwindner, kapitan reprezentacji na igrzyskach olimpijskich w Monachium. Widział, że chłopak jest „surowy”, ale ma talent i warunki fizyczne, by coś w tym sporcie osiągnąć. Zaproponował mu współpracę, na którą Nowitzki - nie bez oporów - przystał. Nie pożałował. „Gdyby nie tamto spotkanie, byłbym pewnie biznesmenem albo malarzem w firmie rodziców, rzucającym z kolegami raz w tygodniu, żeby zrzucić brzuszek piwny”.

Geschwindner już wtedy miał renomę szaleńca. W czasach, gdy koszykówka była po prostu koszykówką, liczył, dodawał, podczas treningów i analiz silnie zahaczając o fizykę i matematykę. „Pewnego dnia przyprowadził do hali swojego przyjaciela, Erniego, który zaczął grać na saksofonie. Holger pokrzykiwał i kazał mi się ruszać z piłką w rytm muzyki” - wspominał Nowitzki w wywiadzie dla dziennika „Der Spiegel”.

„Koszykówka to taniec”, uparcie powtarzał trener, ogromną wagę przywiązując do pracy stóp. Gdy Phil Jackson uczył Michaela Jordana i resztę „Byków” tajników medytacji, Nowitzki zmuszony był czytać poezję, grać na instrumentach i cytować z pamięci „The History of Nature” Carla Friedricha von Weizsaeckera. „Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, jak ważne jest poszerzanie horyzontów”.


To nie były normalne zajęcia. Mało pracy na siłowni, biegania w tę i z powrotem i ćwiczeń czysto fizycznych. Zamiast tego: rzuty, rzuty i jeszcze raz rzuty. Studiując sylwetkę Nowitzkiego, sposób jego poruszania na parkiecie i wszelkie nawyki, Geschwindner obliczył, że najwyższą efektywność osiągnie wypuszczając piłkę odchylony o 60 stopni. „Nie było łatwo mu to wpoić. Chciał dryblować, robić wsady, rzucać trójki - wszystko po kolei, nic dobrze. Proces był wyczerpujący, ale gdy w końcu zobaczył efekty, poszło łatwo”.

Nowitzki i Geschwindner współpracują do dziś. Z nieco ekscentrycznego trenera nikt się już nie śmieje, może poza… nim samym. Potrzeba bowiem wielkiej autoironii, by założyć szkółkę koszykarską pod nazwą „Instytut absurdu stosowanego”.

***

W lidze, w której pieniądz goni pieniądz, trudno o prawdziwą lojalność. Relacje Nowitzkiego i Dallas Mavericks to jednak prawdziwy wzór. Może nie bez precedensu (patrz: Tim Duncan i San Antonio Spurs), ale na pewno rzecz godna odnotowania.

40-letni Niemiec podpisał w lipcu kontrakt, który wiąże go z klubem na 21. kolejny sezon. I choć mógłby prosić właściciela, Marka Cubana, o specjalne traktowanie, choć mógłby wręcz domagać się odpowiedniej zapłaty za lata ciężkiej pracy, dostanie skromne - jak na tamtejsze warunki - pięć milionów dolarów. To jednak nic. Szacuje się, że gdyby wcześniej był nieco bardziej zachłanny, miałby dziś na koncie jakieś sto milionów więcej. Zamiast jednak walczyć o każdego centa, chciał, by władze klubu sprowadzały jak najlepszych zawodników, by mógł jeszcze raz poczuć smak walki o mistrzostwo…

„NoWINzki”

Charles Barkley, Karl Malone, John Stockton, Patrick Ewing, Elgin Baylor czy Allen Iverson - wielu jest w historii NBA wybitnych koszykarzy, którzy nigdy nie założyli mistrzowskiego pierścienia. Nie przekreśla to oczywiście ich dorobku, nie zmienia faktu, że byli, są i będą legendami dyscypliny, ale niewątpliwie pozostawia pewien niedosyt.

Taki niedosyt odczuwał w 2006 roku Nowitzki. Był już ukształtowanym koszykarzem, jednym z najlepszych w lidze, zdecydowanie najlepszym w swoim zespole. Awans Dallas do finału NBA nie był może wielką sensacją, ale na pewno niespodzianką. I w ogromnej mierze jego zasługą.

W walce o najwyższe laury przyszło im się mierzyć z Miami Heat: w składzie Dwyane Wade, Gary Payton, Shaquille O’Neal czy Alonzo Mourning, a na ławce trenerskiej słynny Pat Riley. Mocna drużyna. Mavericks nie byli faworytami, ale gdy dość wyraźnie wygrali dwa pierwsze mecze, szala przechyliła się na ich korzyść.

Już witali się z gąską, w trzecim starciu, na dwie minuty przed końcem, prowadzili nawet pięcioma punktami i mieli piłkę, aż… wszystko się rozpadło. Przegrali tamten mecz, trzy kolejne i całe finały, a amerykańskie media otwarcie kwestionowały zdolności przywódcze i siłę psychiczną niespełnionego lidera. „NoWINzki”, „NoRINGzki” i inne gry słowne były na porządku dziennym, a Niemca zalała fala mniej i bardziej uzasadnionej krytyki.

Wielki rewanż

Pod wodzą trenera Ricka Carlisle’a, Dallas Mavericks regularnie wymieniani byli w gronie faworytów do mistrzowskiego tytułu. Ofensywa oparta na Nowitzkim funkcjonowała świetnie, a on sam - w 2007 roku - dołączył do elitarnego klubu „50-40-90”, czyli zawodników, którzy w jednym sezonie trafiali przynajmniej 50% rzutów z gry, 40% za trzy i 90% rzutów wolnych. Przed Niemcem, sztuka ta udała się jeszcze tylko Birdowi, Markowi Price’owi, Reggie’emu Millerowi i Steve’owi Nashowi. Nie byle jakie towarzystwo.

„Byle jakie” były za to występy Mavericks w fazie play-off. W ciągu pięciu lat tylko raz udało im się przebrnąć przez pierwszą rundę. Coraz śmielej mówiło się o tym, że Nowitzki - wybrany najbardziej wartościowym zawodnikiem sezonu zasadniczego - „gaśnie” w kluczowych momentach i z nim u steru zespół z Teksasu nigdy nie zdobędzie mistrzostwa.

Aż nadszedł sezon 2010/2011. Wszystko im się wtedy udawało: łatwo ograli Portland Trail Blazers w pierwszej rundzie (4:1), jeszcze łatwiej faworyzowanych Los Angeles Lakers (4:0), z Kobe’em Bryantem i Pau Gasolem w składzie. W czwartym, ostatnim meczu serii, wygranym aż 122:86, Jason Terry i Peja Stojaković trafili 15 z 16 rzutów za trzy, kompletnie dezorganizując poczynania zespołu z Miasta Aniołów. To był nokaut.

Kolejna runda, kolejna łatwa wygrana: 4:1 z Oklahoma City Thunder, którzy w składzie mieli Jamesa Hardena, Russella Westbrooka i Kevina Duranta. Pozostał „tylko” finał…

Los chciał, że Nowitzki znów musiał stanąć naprzeciwko Miami Heat. W zespole z Florydy wciąż był Wade, ale już nie jako lider zespołu. Rolę tę przejął LeBron James, a „Wielką Trójkę” uzupełniał jeszcze Chris Bosh. Mało kto wierzył, że zbieranina doświadczonych koszykarzy z Dallas będzie w stanie im w jakikolwiek sposób zagrozić.

Wbrew przewidywaniom, były to jednak bardzo wyrównane finały. Trzy z czterech pierwszych meczów kończyły się co najwyżej trzypunktową przewagą jednej z drużyn, a dopiero w dwóch kolejnych Mavericks nieco „odjechali”. Nowitzki trafiał niemal wszystko, a wypracowywany przez lata charakterystyczny rzut z odchylenia działał lepiej niż kiedykolwiek.



Tyson Chandler, podstawowy środkowy tamtej drużyny, wspominał potem, że przed jednym z finałowych starć przyszedł na trening sporo przed czasem. Chciał trochę porzucać, popracować na siłowni, był przekonany, że nie zobaczy żadnej znajomej twarzy jeszcze co najmniej kilka godzin. Gdy wszedł na parkiet, Dirk wraz z Geschwindnerem wykonywali kolejne ćwiczenia, kolejne rzuty, kolejne próby… „Usiadłem później na ławce z DeShawnem Stevensonem, popatrzyliśmy na to, co robią, po czym doszliśmy do wniosku, że wystarczy dać temu gościowi piłkę, zadbać o jego komfort i na pewno wygramy. Tak po prostu”.

Wygrali. 4:2, wbrew wszelkim przewidywaniom, wbrew opiniom ekspertów. Rozgrywający Jason Kidd miał wtedy 38 lat. Shawn Marion - 33, Dirk Nowitzki - 33, Tyson Chandler - 29, Jason Terry - 31, Peja Stojaković - 34. Grupa weteranów „na starość” sprawiła prezent sobie i kibicom.

„Krytykowano mnie, odkąd tylko przyjechałem do Stanów. Wierzę, że ten sukces, przynajmniej na rok, zamknie wszystkim usta. Bo teraz to my jesteśmy najlepsi” - Nowitzki rzucił do dziennikarzy, gdy wreszcie dotarło do niego, czego dokonał.

Żywa legenda

Dziś Nowitzki o mistrzostwo już nie walczy. Mavericks są w trakcie przebudowy, a Niemiec ma sprawiać, by młodzi gracze nauczyli się szacunku do organizacji, do pracy, do ciężkich treningów. „Pilnuje” szatni, figurując w niej jako żywa legenda, wzór dla m.in. Luki Doncicia.

Sam też ma do wykonania zadanie: z 31,187 punktów na koncie, zajmuje szóste miejsce w klasyfikacji wszech czasów NBA. Do Wilta Chamberlaina traci nieco ponad 200 „oczek”, co oznacza, że - jeśli tylko uniknie kontuzji - najpewniej już niebawem wedrze się do pierwszej piątki.

Co wtedy zrobi? Być może zanuci pod nosem „Looking for Freedom” - piosenkę Davida Hasselhoffa, która towarzyszy mu od lat, a którą zdarza mu się podśpiewywać choćby przy okazji wykonywania kolejnych rzutów wolnych. Ot, taki jego hymn.

źródło:
Zobacz więcej