Zwyciężczyni juniorskiego Wimbledonu dla portalu tvp.info: Muszę się nauczyć, jak radzić sobie z bólem

Iga Świątek została czwartą Polką, której udało się wygrać juniorski Wimbledon (fot. PAP/Bartłomiej Zborowski)

Najpierw doszła do półfinału juniorskiego French Open, by kilka miesięcy później sięgnąć po puchar na kortach Wimbledonu. Iga Świątek ma być „nową Agnieszką Radwańską”, ale sama przyznaje, że znacznie bliżej jej choćby do Garbine Muguruzy. Emanuje spokojem, pewnością siebie, na korcie zachowuje się tak, że trudno uwierzyć, że ma dopiero siedemnaście lat. W wywiadzie udzielonym portalowi tvp.info zdradziła, jak została największą nadzieją polskiego tenisa.

Iga Świątek wygrała juniorski Wimbledon!

17-letnia Iga Świątek pokonała rok starszą Szwajcarkę Leonie Kung (6:4, 6:2) i wygrała juniorski Wimbledon. To największy sukces w karierze młodej...

zobacz więcej

Adrian Pudło: Pamiętasz swój pierwszy kontakt z rakietą?
Iga Świątek: – To było tak wcześnie, że chyba nawet nie mogę pamiętać. Moja starsza siostra, Agata, grała w tenisa, więc całą miłość do tego sportu wzięłam od niej. I zawsze chciałam być od niej lepsza. Brałam jej rakietę, piłeczki i „trenowałam”.

Kiedy ją w końcu pokonałaś?
– Nigdy, niestety. Gdy miała 16 lat, musiała skończyć karierę. Ja miałam wtedy 13, jeszcze nie dawałam rady. Ale myślę, że teraz miałabym spore szanse (śmiech).

Zdrowie, kontuzje?
– Tak. Najgorsze jest to, że rodzice chodzili z nią po lekarzach, każdy mówił coś innego, nikt nie wiedział, co jej właściwie jest. Tata w końcu doszedł do wniosku, że bezpieczniej będzie, jeśli pożegna się z tenisem i skupi na nauce. Skończyła jedno z najlepszych liceów w Warszawie, teraz studiuje, wszystko jej się bardzo dobrze ułożyło.

Nie zazdrości ci?
– Trochę na pewno. Sama była bodajże drugą lub trzecią Polką w rankingach, ale myślę, że jakoś udało jej się z tym wszystkim pogodzić. Przed nami obiema sporo wyzwań w życiu, na tym musimy się koncentrować.

Za tobą kontuzja, długa przerwa… Nie bałaś się, że podzielisz jej los?
– Pewnie, że się obawiałam. Były takie myśli, ale – szczerze mówiąc – jesteśmy nieco innymi osobami, od początku czułam, że z tego wyjdę. Poza tym, u mnie problemy ze stawem skokowym zostały zdiagnozowane bardzo wcześnie, u Agaty do końca nie było wiadomo, co jej dolega.

Tata, były sportowiec, wymarzył sobie, że będziecie tenisistkami?
– Próbowałyśmy jeszcze z pływaniem, ale ja pamiętam z tego tylko tyle, że wyrzucili mnie z pierwszych zajęć.

Za co?
– Bałam się wody.

To skąd w ogóle ten pomysł?
– Agata sobie bardzo dobrze radziła, też chciałam spróbować.

Czemu nie została słynną pływaczką?
– Ciągle miała jakieś zapalenia uszu i tym podobne kłopoty. W końcu rodzice uznali, że trzeba dla nas znaleźć coś na powietrzu.

Wepchnęli wam rakiety do rąk?
– Nie, próbowałyśmy różnych możliwości. Tacie zależało tylko, żebyśmy uprawiały sport indywidualny, to był jego jedyny warunek. Tenis sam przyszedł.

Serena poskromiona. Kerber mistrzynią Wimbledonu

Angelique Kerber po raz pierwszy w karierze wygrała wielkoszlemowy turniej na kortach Wimbledonu. W finale Niemka pokonała wracającą do wielkiej...

zobacz więcej

Tata tu, tata tam. Jest obok, wspiera cię, ale ten model, z ojcem blisko wszystkiego, czasami – jak pokazuje choćby przykład rodziny Radwańskich – działa różnie. Nie masz potrzeby „usamodzielnienia się”?
– Każdy kochający rodzic jest trochę nadopiekuńczy i dzieciom na pewno może to przeszkadzać, ale ja zawsze mówię mu wszystko wprost, prosto z mostu. Od niego zależy, czy mnie wysłucha, czy nie.

A jak nie wysłucha?
– Na szczęście zazwyczaj to robi (śmiech). A jak nie robi, to ma z tyłu głowy, że Iga chce tego czy tamtego. Generalnie najbardziej zależy mi, żeby pozostał dla mnie po prostu tatą, a nie jakimś trenerem czy doradcą, więc mam nadzieję, że skupi się na tej roli.

Twoi trenerzy mówili, że masz trudny charakter i bywasz nieznośna. Bardzo dajesz im się we znaki?
– Przede wszystkim jestem bardzo uparta. Wiele od nich wymagam, często dzwonię i piszę po treningach, ale chyba już się trochę do tego przyzwyczaili. Jesteśmy jak rodzina, nie ma „godzin pracy”, ósma do szesnastej, a potem cisza. Zdaję sobie sprawę, że to może być uciążliwe, trochę staram się hamować, ale czuję, że w głębi serca im się bardzo podoba, że mamy taki kontakt.

Siedzisz nocami, oglądasz mecze tych najlepszych, potem dzwonisz do nich i mówisz: chcę nauczyć się tego, tego i tamtego?
– Nie, wbrew pozorom nie mam jakiejś obsesji na punkcie tenisa. Tak właściwie, szczerze mówiąc, to polubiłam go, nie wiem, jakieś... dwa lata temu?

Jak to?
– Chodziłam na treningi, lubiłam grać, ale nie zachwycałam się całą tą otoczką, nie przepadałam za oglądaniem meczów w domu.

I co się zmieniło?
– Poczułam atmosferę Wielkiego Szlema, tych wszystkich poważnych rozgrywek, no i trochę się przekonałam. Ale wciąż nie oglądam żadnych zagrań na YouTube, tenisa i tak jest bardzo dużo w moim życiu.

Trenujesz więcej niż rówieśniczki?
– Myślę, że nawet mniej. Był taki okres, że trochę za bardzo koncentrowałam się na szkole. Teraz już wiem, że granie jest tym, co chcę i co będę robić w życiu, więc wydłużymy nieco jednostki treningowe.

W rozmowie dla Sport.pl Joanna Sakowicz–Kostecka wspominała, że jako jedenastoletnia dziewczynka nie byłaś wyróżniającą się zawodniczką. Byłaś w czołówce, ale na turniejach dla dzieci raczej skupiano się na innych. Co się stało, że jesteś tu gdzie jesteś, a o pozostałych nie słychać?
– Zawsze trudno jest pokładać tak wielkie nadzieje w dziecku. Presja jest duża, można jej po prostu nie wytrzymać i, niestety, często tak się dzieje. Miałam to szczęście, że niczego nie musiałam. Chociaż rodzice we mnie wierzyli, to nigdy nie słyszałam, że „muszę wygrać, muszę wszystkich pokonać, bo tata tak chce”. Podchodziłam do tego luźno, bawiłam się tenisem i pewnie dlatego go pokochałam. Inne dziewczyny mogły nie mieć takiego komfortu.

Wielki powrót na szczyt. Djoković wygrał Wimbledon!

Ponad dwa lata czekał Novak Djoković, by znów ucałować puchar za zwycięstwo w turnieju wielkoszlemowym. Po zaskakująco łatwym meczu, Serb ograł...

zobacz więcej

Słyszałaś „najpierw nauka, potem tenis”?
– Tak. Generalnie myślę, że gdybym słabo się uczyła, to nie grałabym w tenisa.

Miałaś kary za złe oceny? Zakaz treningów, te sprawy?
– Szczerze mówiąc, mało miałam w życiu złych ocen. „Pałę” dostałam chyba tylko raz w życiu, z matematyki, jak za dużo gadałam z koleżanką. Poza tym wiedziałam, że rodzice są bardzo wymagający w tej kwestii i starałam się ich zadowolić.

Do Agnieszki Radwańskiej nie będę cię porównywał, bo sama mówiłaś, że jesteście zupełnie różnymi tenisistkami. Ona jednak odniosła sukces, jest Polką, ty – w pewnym sensie – idziesz jej śladem. Prosiłaś o jakieś rady, jak sobie radzić z całym tym zamieszaniem, jak płynnie wejść w wielki świat? Dostajesz od niej jakieś wiadomości?
– Nie, raczej się nie kontaktowałyśmy. Wychodzę z założenia, że te największe gwiazdy są tak bardzo skoncentrowane na własnych karierach, że po prostu nie mają czasu i możliwości, żeby jeszcze pomagać juniorom. Całą wiedzę czerpię od trenerki i trenera, podążam ścieżką, którą mi wytyczyli.

Przy okazji twojego sukcesu, dużo mówi się o trudnościach związanych z przejściem do dorosłego tenisa. Co sprawia, że tak niewielu zawodniczkom, które wygrywały juniorskie turnieje wielkoszlemowe, udaje się to zrobić dobrze?
– Na pewnym poziomie właściwie wszystkie zawodniczki grają świetnie w tenisa, są bardzo dobrze przygotowane fizycznie, więc czynnikiem, który decyduje na korzyść jednej czy drugiej, jest siła psychiczna. Bardzo ciężko znieść tę presję, przyzwyczaić się do myśli, że oglądają cię pełne trybuny, ludzie przed telewizorami…

Tobie się udaje.
– Na szczęście tak, ale nadal się tego uczę.

To twój największy tenisowy atut?
– Tak, chyba tak. Potrafię wypracować sobie psychiczną przewagę nad rywalkami.

Słabości?
– Źle znoszę ból, średnio sobie z tym radzę. Czasami, gdy coś mnie boli, pojawiają się takie myśli, że może powinnam się poddać, oddać mecz, skreczować? Na szczęście przez ostatni rok, zwłaszcza po kontuzji, nauczyłam się z tym trochę walczyć. Bardzo pomogła trenerka, która uświadomiła mi, że ból to nieodłączny element sportu. Jest coraz lepiej.

Gdy podczas meczu boli cię łydka, czujesz to, zniechęcasz się, grymasisz i nie chcesz już odbijać piłeczki?
– To raczej tak, że za bardzo o tym myślę. Zamiast skupiać się na grze, zaczynam się nad sobą użalać. Miałam taką sytuację podczas zeszłorocznego Australian Open: byłam faworytką, ale przegrałam, bo koncentrowałam się właściwie tylko na tym, że bolą mnie mięśnie brzucha, że cierpię… Teraz jest lepiej, ale i tak muszę nauczyć się z tym radzić.

Doświadczenie pomoże.
– Tak, teraz już wiem, że na Wielkich Szlemach zawsze jest dużo bólu.

źródło:
Zobacz więcej