Co za mecz! Francuzi zostali mistrzami świata!

Francuzi po raz drugi w historii zostali mistrzami świata (fot. PAP/EPA)

Francuzi nie zachwycili, nie porwali, ale po pełnym emocji i zwrotów akcji meczu pokonali Chorwację w finale mistrzostw świata 4:2. Trójkolorowi wrócili tym samym – po dwudziestu latach przerwy – na piłkarski tron.

Tak cieszyła się Francja w 1998 r. Paryż jest głodny powtórki [WIDEO]

W 1998 roku francuska reprezentacja zdobyła Puchar Świata. Radość ze zdobycia mistrzostwa była tym większa, bo Francuzi byli gospodarzami imprezy....

zobacz więcej

Zwycięzców podobno się nie sądzi. Francuzi mieli na ten mundial swój plan, byli w jego realizacji konsekwentni i pozostaje tylko żałować, że pomimo tak potężnego potencjału ofensywnego, większy nacisk postawili na obronę. Większy lub – bardziej dosadnie – za duży.

Ktokolwiek wahał się przed meczem, komu w tym finale kibicować, odpowiedź dostał bardzo szybko. Pomimo dnia przerwy mniej, pomimo trzech dogrywek w nogach, pomimo słabszej i węższej kadry, to Chorwaci byli tymi, którzy nadawali tempa wydarzeniom. Biegali, walczyli, a nade wszystko: grali w piłkę. Trójkolorowi – tak się wydawało – wyszli na boisko głównie po to, żeby im w tym przeszkadzać.

Tak jak w starciach z Urugwajem (2:0) i Belgią (1:0), tak i tym razem piłkarze Didiera Deschampsa swoich szans upatrywali niemal wyłącznie przy okazji kontrataków i stałych fragmentów gry. Gdy więc po raz pierwszy Antoine Griezmann ustawił piłkę w okolicach trzydziestego metra od chorwackiej bramki, wszystkim kibicom na Łużnikach serca zabiły nieco szybciej.

Na zegarze osiemnasta minuta. Stojąca piłka, dośrodkowanie, kilka sekund, kilka wyskakujących w powietrze głów i… szał radości. Mario Mandzukić wybił się najwyżej, niefortunnie trącił piłkę za siebie i skierował obok bezradnego bramkarza. „Samobój” umocnił się na czele klasyfikacji strzelców mundialu. Chorwaci nie byliby jednak sobą, nie podbiliby w ostatnich tygodniach milionów kibicowskich dusz, gdyby schowali twarze w dłoniach i pogodzili się z losem. Na odpowiedź potrzebowali zaledwie dziesięciu minut: Ivan Perisić wykorzystał zamieszanie w okolicach pola karnego, minął zwodem N’Golo Kante i pięknym kopnięciem nie dał szans Hugo Llorisowi.

Kolejnych dziesięć minut, kolejny gol. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, piłkę ręką w polu karnym zagrał Ivan Perisić, a sędzia – po konsultacji z VAR – wskazał na jedenasty metr. Griezmann się nie pomylił, Francuzi znów wyszli na prowadzenie.

Im dalej w las, tym bardziej widać było, ile wysiłku włożyli w te mistrzostwa piłkarze Zlatko Dalicia. Na pewno chcieli, na pewno im zależało, ale sprinty skrzydłami zdarzały się coraz rzadziej, zadziorności w walce o piłkę było coraz mniej, a w konsekwencji: mniej piłkarskiej jakości. Gdy w 59. minucie Paul Pogba precyzyjnym strzałem lewą nogą podwyższył prowadzenie Trójkolorowych, w sukces wierzyli już tylko najwięksi chorwaccy optymiści. Gdy chwilę później na 4:1 trafił Kylian Mbappe – nie wierzył już nikt.

Odrobinę nadziei dał co prawda Mario Mandzukić, wykorzystując kuriozalny błąd Hugo Llorisa, ale na więcej zwyczajnie nie było ich już stać.

Francuzi, po dwudziestu latach przerwy, znów zostali mistrzami świata. Srebrny medal to z kolei największy sukces w historii chorwackiej piłki. Biorąc pod uwagę ich postawę w Rosji, można być spokojnym, że nie ostatni.

Francja – Chorwacja 4:2
Mandzukić 18' (sam.), Griezmann 38 (karny), Pogba 59, Mbappe 65 – Perisić 28, Mandzukić 69

źródło:
Zobacz więcej