Zabić kajzera. Ściśle tajna misja RAF-u

Celem nalotu RAF-u był niemiecki cesarz Wilhelm II (fot. Wiki/Bain News Service)

Ten atak miał zmienić bieg I wojny światowej i oszczędzić setki tysięcy ludzkich istnień. Dzięki francuskim materiałom wywiadowczym Anglicy dowiedzieli się, że niemiecki cesarz Wilhelm II przebywa w jednym z francuskich pałaców. W ścisłej tajemnicy zorganizowano brawurowy nalot mający na celu zgładzenie monarchy. Zabrakło niewiele...

Kto zestrzelił Czerwonego Barona? Legenda von Richthofena żyje

– Jeśli wrócę z tej wojny żywy, to będę miał więcej szczęścia niż rozumu – mawiał Manfred von Richthofen. Szczęścia nie miał. Nie przeżył I wojny...

zobacz więcej

Wiosną 1918 roku sytuacja na froncie zachodnim była dla aliantów bardzo niebezpieczna. Wprawdzie udało się spenetrować niemiecką obronę podczas bitwy pod Cambrai, jednak przewaga i inicjatywa była po stronie Trójprzymierza. Gen. Erich Ludendorff szykował gigantyczną ofensywę na całej szerokości frontu, licząc na zakończenie wojny, zanim przybędą znaczne siły amerykańskie.

Uprzedzając fakty, podamy, że już w lipcu we Francji stacjonowało 300 tys. żołnierzy z USA, zaś w listopadzie ich liczba osiągnęła 2 miliony. Amerykanie przystąpili do wojny bowiem dopiero w kwietniu 1915 roku po zatopieniu transatlantyku RMS Lusitania przez niemieckiego U-Boota U-20, w wyniku czego śmierć poniosło niemal 1200 osób. Mimo to jeszcze przez długi czas udział Amerykanów ograniczał się w zasadzie do wysyłania zaopatrzenia do Europy, nie licząc symbolicznego wsparcia militarnego.

Upadające morale

Dopiero wiosną 1917 roku obecność Amerykanów na froncie zachodnim stała się zauważalna i zaczęli oni odnosili pierwsze sukcesy, m.in. w bitwie pod Cantigny. Na razie jednak w wojskach ententy panowało niskie morale spowodowane długotrwałymi działaniami wojennymi, brakiem jednolitego dowództwa oraz niewystarczającymi uzupełnieniami wykrwawiających się oddziałów.

Przewaga zdawała się być po stronie niemieckiej także z tego powodu, że Rzesza mogła skupić całą uwagę na jednym kierunku działań. 3 marca 1918 roku Niemcy podpisały bowiem z krzepnącym po rewolucji październikowej państwem sowieckim traktat pokojowy w Brześciu kończący działania wojenne na froncie wschodnim. Dzięki temu mogli włączyć do walk na zachodzie 44 zaprawione w bojach dywizje. Po skomplikowanej operacji logistycznej Niemcy dysponowali wkrótce na froncie zachodnim 192 dywizjami przeciwko 173 dywizjom alianckim.

W 1918 roku sytuacja aliantów na froncie zachodnim była bardzo trudna (fot. Wiki/The Library of Congress)

Rycerze niebios. Jak niemiecki as uratował Latającą Fortecę

II wojna światowa nie miała sobie równych pod względem okrucieństwa. Z jednej strony nazistowskie obozy zagłady, z drugiej – sowieci nieliczący się...

zobacz więcej

Celem wiosennej ofensywy o kryptonimie „Michael” był zmasowany atak na Brytyjczyków, który miał oddzielić ich od Francuzów, oraz odcięcie połączenia z portami w Belgii, dokąd dochodziło amerykańskie zaopatrzenie. Strategia była nowatorska – postawienie na potężne uderzenia grup szturmowych na krótkich odcinkach frontu, zmasowane wykorzystanie lotnictwa oraz ostrzały artyleryjskie o niespotykanej dotąd sile. Mniej chlubne miało być użycie przed atakami gazów bojowych.

Odrzucili aliantów

Operacja „Michael” spowodowała przesunięcie linii frontu w ciągu zaledwie 8 dni aż o 100 km oraz odrzucenie Francuzów i Anglików daleko na zachód. Po raz pierwszy od 1914 roku Niemcy znajdowali się tak blisko Paryża, że mogli przeprowadzać bezpośrednie ataki artyleryjskie. Widmo porażki Francuzów stawało się coraz wyraźniejsze...

Ententa musiała wykonać jakiś ruch, który diametralnie zmieniłby sytuację na froncie. Pojawiło się wiele koncepcji. Jedną z najbardziej oryginalnych był zamach na cesarza Wilhelma II. Plan był niezwykle śmiały jak na swoje czasy, ale w wąskim gronie postanowiono spróbować szansy. Brytyjczycy zdawali sobie bowiem sprawę, że po wycofaniu się Francuzów będą mieli w zasadzie zerowe szanse na pokonanie Niemców.

Przenieśmy się o sto lat wstecz, do 2 czerwca 1918 roku. Jesteśmy około 30 km na południe od Charleroi w château de Trélon, w XVIII-wiecznym urokliwym pałacu znajdującym się na terenie posiadłości należącej od XVI wieku do belgijskiej rodziny arystokratycznej Merode. Szlachcie podziękowano, a podczas wojny pałac zajmuje niemieckie dowództwo, co już samo w sobie jest doskonałym przyczynkiem do ataku. Tego dnia w sztabie ma znajdować się sam Wilhelm Hohenzollern, z łaski Bożej cesarz niemiecki, król Prus, margrabia Brandenburgii, burgrabia Norymbergi etc., etc.

Poszedł na pierwszy ogień. Gnyś pierwszym zwycięzcą II wojny światowej

To była niemal samobójcza misja. Ociężały górnopłat stanął do walki z nowoczesnymi niemieckimi maszynami. Władysław Gnyś wiedział, że nie ma szans....

zobacz więcej

Bombowa pięść

Mamy piękny słoneczny niedzielny poranek. Za moment z zachodu ma nadlecieć 12 dwupłatowych bombowców Airco DH.4 wyposażonych w silniki Rolls-Royce'a o mocy 375 koni mechanicznych z 25 szwadronu nowo powstałych Królewskich Sił Powietrznych (RAF). Najnowszy szczyt techniki. Każdy samolot ma na pokładzie potężną 50-kilogramową bombę oraz po dwie o wadze 9 kg. To już znacząca siła.

Liderem ekspedycji jest dowódca całej jednostki mjr Chester Duffus, kanadyjski as myśliwski z potwierdzonymi pięcioma zestrzeleniami na froncie zachodnim, choć latał niezbyt udaną konstrukcją myśliwską F.E.2. Sytuacja jest nietypowa, rzadko bowiem dowódca całego szwadronu i najcenniejszy pilot bierze udział w misji, gdyż jego strata może być niepowetowana.

Eskadra startuje o godz. 4.50 i szybko wspina się na pułap 14 tys. stóp (około 4,2 tys. m). Cel znajduje się w odległości około 160 km. Przy prędkości ponad 200 km/godz. bombowce mają dolecieć nad Trélon około godz. 5.30. Z początku misja przebiega pomyślnie. Linię frontu udało się przekroczyć bez reakcji ze strony Niemców. Nad Le Cateu, około 40 km od celu, samoloty zaczynają zniżać się do pułapu 500 stóp (150 m).

Lotnicy zdają sobie sprawę, że są narażeni na ostrzał z ziemi. Wiedzą również, że wokół celu powinna się znajdować artyleria przeciwlotnicza. Nad celem, a w zasadzie nad dwoma celami – oprócz château de Trélon eskadra ma bowiem zbombardować także pociąg, który ma stać na bocznicy kilkaset metrów od pałacu – samoloty pojawiają się o godz. 5.25. Odpowiedzialność jest ogromna – od misji zależy wiele, może nawet życie setek tysięcy żołnierzy.
Wilhelm II miał się znajdować w château de Trélon (fot. Wiki/Les Meloures)

Córka generała, śpiewaczka, pilot. Jedyna kobieta, która zginęła w Katyniu

Jej ojciec gen. Józef Dowbor-Muśnicki we wspomnieniach pisał, że „pierwszy poznał się na bolszewickiej zarazie”. Gdy do radzieckiej niewoli trafiła...

zobacz więcej

Ścisła tajemnica

Co ciekawe, misja była utrzymywana w takiej tajemnicy, że wiedza o niej niemal została zapomniana. Stała się niemal legendą miejską. Na ślad, że faktycznie miała miejsce natrafił były oficer wywiadu Armii Brytyjskiej płk John Hughes-Wilson. Dowodem jest dziennik prowadzony przez por. Archibalda Roy Wattsa, obserwatora służącego na jednym z DH.4.

– Dla historyka wojskowości to był moment „eureka”, gdy okazało się, że niedyskretny lotnik dał nam wgląd w sekretny atak – przyznał w rozmowie z dziennikiem „Daily Mail” Hughes-Wilson, który na podstawie wspomnień Wattsa stworzył powieść.

Autor otrzymał kopię dziennika od Johna Wattsa, wnuka owego niedyskretnego obserwatora bombowca. Pod datą 2 czerwca 1918 roku odnotowano w nim: „Nalot bombowy na château kajzera w Trélon”. Okazało się, że John dysponuje jeszcze wieloma innymi cennymi materiałami. Wśród nich są mapa Trélon z czasów wojny, która ukazuje nie tylko miejsce położenia siedziby niemieckiego dowództwa, ale również pociąg Wilhelma II oznaczony podpisem „imperialny pociąg”. To dowód, że misja była w rzeczywistości zamachem na cesarza.

Cynk od więźnia

Naturalnie Brytyjczycy nie polecieli na chybił trafił. Pojawia się jednak pytanie, skąd wiedzieli, że akurat w Trélon przebywa niemiecki cesarz. Okazuje się, że informację przekazał por. Frederic de Merode, członek arystokratycznej rodziny, w której posiadaniu przed wojną było château. Pracował on jako tłumacz dla francuskiej armii i do jego zadań należało m.in. przesłuchiwanie niemieckich więźniów. Jeden z nich ujawnił miejsce pobytu cesarza.

Zagadka śmierci giganta jazzu rozwiązana? Historyk wyklucza winę RAF-u

Był największą gwiazdą muzyki przełomu lat 30. i 40. ubiegłego wieku. Wylansował więcej numerów 1 niż Elvis Presley i Beatlesi. Subtelnym jazzem...

zobacz więcej

Merode przekazał cenną informację wyżej. Wiadomo, że dotarła ona do gen. Maurice'a de Barescuta, który napisał notatkę do ppłk. Leona de Cointeta. „Merode powiedział mi, powołując się na wiarygodne źródło, że w château jego rodziców mieszka kajzer. Na pobliskiej bocznicy stoi pociąg w każdej chwili gotowy do jazdy, który umożliwiłby mu natychmiastową ucieczkę” – napisał Barescut.

Raport trafił do Brytyjczyków. Ci postanowili wykorzystać doskonałą okazję. Kto jednak podjął decyzję, na jakim szczeblu, czy szukano potwierdzenia w innych materiałach wywiadowczych? Tego nie wiadomo. W archiwach wywiadu nie ma po misji żadnych śladów. Hughes-Wilson uważa, że ta tajemnica jest znacząca. – Każdy plan zabójstwa kajzera musiałby zostać zaaprobowany przez najwyższe szczeble – uważa historyk.

Decyzja premiera?

– Odpowiedzialność za zlecenie takiego ataku wykracza daleko poza kompetencje sir Douglasa Haida, dowódcy Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych. Według mnie decyzję musiał podjąć ówczesny premier David Lloyd George – przekonuje Hughes-Wilson. Fakt braku dowodów, iż to sam szef rządu autoryzował zamach, ma być dowodem samym w sobie. W swej skromności premier naturalnie nie życzyłby sobie, żeby pozostał ślad, iż to on odpowiada za zabójstwo kuzyna króla Wielkiej Brytanii Jerzego V.

Gdyby nalot zakończył się sukcesem i Wilhelm II poniósłby śmierć, szef brytyjskiego rządu mógłby twierdzić, że ani on, ani RAF nie wiedział o pobycie cesarza w Trélon. Normalnie zaatakowaliśmy znaną nam siedzibę niemieckiego dowództwa, a że był tam cesarz? Skąd mieliśmy wiedzieć? Wywiad nie miał żadnych informacji na ten temat – mógłby argumentować Lloyd George.

Nalot przeprowadziły bombowce Airco DH.4 (fot. Wiki)

Ataki w jaskini lwa. „Teraz my likwidujemy Niemców”

Brutalne polowania na Niemców przedstawione w filmie „Bękarty Wojny” Quentina Tarantino to opowieść ciekawa, ale fikcyjna. Znacznie bardziej...

zobacz więcej

Gdyby zaś atak zakończył się porażką, wówczas premier tym bardziej nie musiałby się chwalić swoim udziałem. Faktycznie nie udało się osiągnąć wyznaczonego celu. „Zeszliśmy do 500 stóp i po kolei zrzuciliśmy bomby, po czym wspięliśmy się i wróciliśmy do formacji. Obserwatorzy ostrzelali wioskę i pociąg. Jedna maszyna wylądowała i spłonęła. Po jednym działku przeciwlotniczym nieopodal château i Cambrai, bardzo aktywne. Hunów (pogardliwe określenie Niemców – przyp. red.) nie widzieliśmy” – odnotował Watts. Ani słowa o zbombardowaniu pałacu.

Odciąć drogę ucieczki

– Bombardowanie miało miejsce, ale pałac nie został trafiony – przyznaje francuski historyk Patrick-Charles Renaud. – Najpierw zaatakowano dworzec, żeby odciąć kaiserowi ewentualną drogę ucieczki – przekonuje. Dodatkowo wydaje się, że dym spowodowany wybuchami bomb mógł przesłonić sam pałac. W wyniku ostrzału z broni maszynowej pociski trafiły tylko kilka aut stojących nieopodal domniemanej kwatery cesarza oraz sam pociąg.

Wydaje się, że kluczem do zrozumienia porażki jest fatalna skuteczność ówczesnych bombowców. Problem dotyczył zresztą wszystkich stron konfliktu. W 1918 roku William Weir, członek brytyjskiego rządu i przewodniczący Rady Lotniczej, powiedział gen. mjr. Hugh Montague Trenchardowi, jednemu z dowódców sił powietrznych Armii Brytyjskiej, żeby nie przejmował się zbytnio celnością podczas bombardowań Niemiec, gdyż i tak „generalnie piloci zrzucają wszystkie swoje jajeczka na centra miast”.

Idea bombardowania precyzyjnego, trafiania w konkretne budynki, czy nawet pojazdy, pozostawała w sferze marzeń wojskowych. Marzenia te zaczęto realizować dopiero dwie dekady później wraz z powstaniem skutecznych bombowców nurkujących. Precyzyjne zrzucanie bomb z lotu poziomego było niezwykle trudne, nawet po opracowaniu celowników bombowych służących do obliczania wyprzedzenia, z jakim samolot powinien zrzucić bomby, aby trafiły w cel. Czynników mających wpływ na obliczenie właściwego momentu była cała masa, by wymienić choćby prędkość maszyny i wysokość lotu.

Pani Śmierć. Jak robotnica stała się najbardziej zabójczym snajperem

Strzelcy wyborowi to elita. Już samo ich nazwisko nierzadko wzbudzało paniczny strach wśród wrogów. Wśród mistrzów snajperskiego rzemiosła należne...

zobacz więcej

Odjechał automobilem

Gdyby udało się zbombardować siedzibę niemieckiego dowództwa, zniszczyć dokumenty, nie mówiąc już o zabiciu wysokich rangą wojskowych czy wręcz Wilhelma II, można byłoby mówić o sukcesie. Niestety, eskadra mjr. Duffusa miała zwyczajnego pecha. Wprawdzie straciła tylko jedną maszynę, a pozostałe bezpiecznie wylądowały na macierzystym lotnisku o godz. 6.35, to jednak nie miała najmniejszych szans na wykonanie zleconego zadania. Cesarz, owszem, mieszkał w pałacu w Trélon, ale opuścił go poprzedniego dnia tuż przed południem. Pociąg został, gdyż monarcha odjechał automobilem.

Trudno ocenić, jaki wpływ na wynik działań wojennych miałoby zabicie kajzera. Z jednej strony teoretycznie pogrążone w chaosie Niemcy mogłyby przerwać wiosenną ofensywę, która jak później policzono kosztowała życie półtora miliona istnień ludzkich po obu stronach linii frontu. To dałoby Amerykanom czas na zwiększenie obecności we Francji i utrudniłoby Rzeszy wznowienie działań. Być może jednak zabity cesarz stałby się męczennikiem i niemieccy żołnierze ze zdwojoną siłą zaatakowaliby Francuzów, a ofiar byłoby jeszcze więcej. Tego nigdy się nie dowiemy.

Wydaje się jednak, że zryw Niemców i tak był z góry skazany na porażkę. W Rzeszy wrzało. W Berlinie strajkowały setki tysięcy robotników, którymi kierowali komunistyczni agitatorzy. Społeczeństwo było zmęczone przedłużającą się wojną na wyniszczenie. Pod koniec ofensywy jesiennej w 1918 roku aliantom zaczęły się poddawać nawet duże niemieckie oddziały, które straciły zapał do walki, dochodziło do buntów. W efekcie do dymisji podali się dwaj główni dowódcy – feldmarszałek Paul von Hindenburg i gen. Erich Ludendorff.

W listopadzie wybuchła rewolucja, która obaliła rząd księcia Maksymiliana Badeńskiego. Sprawy potoczyły się błyskawicznie. Nowy gabinet polityka SPD Friedricha Eberta szybko zawarł z ententą zawieszenie broni, które podpisano 11 listopada w Compiègne. Ebert ogłosił samowolnie rezygnację z tronu Rzeszy i Prus zarówno Wilhelma II, jak i kronprinza Wilhelma, choć sam kajzer chciał pozostać królem pruskim.

Mimo przewagi Niemców na froncie socjalistyczny rząd zawarł z ententą zawieszenie broni (fot. Wiki)

Pierwszy zryw. Zapomniana historia powstania czortkowskiego

Bohaterski Czerwiec '56 nie był pierwszym zrywem Polaków przeciwko komunistycznej okupacji. Jako pierwsi za broń chwycili mieszkańcy Czortkowa, w...

zobacz więcej

Cesarz azylant

Jeszcze przed końcem działań wojennych obalony monarcha wyjechał do neutralnej wówczas Holandii, która udzieliła mu azylu. Zmarł w czerwcu 1941 roku w Holandii, która pozostawała w tym czasie pod okupacją III Rzeszy. Do końca życia nie stracił nadziei na odzyskanie cesarskiego tronu.

W 1931 roku w Doorn odwiedził go Hermann Göring i był gorąco namawiany przez gospodarza, by naziści wskrzesili monarchię, co w ocenie Wilhelma II zakończyłoby chaos panujący w Republice Weimarskiej. Były to jednak naiwne mrzonki, Adolf Hitler wykorzystywał ideę wskrzeszenia cesarstwa wyłącznie w celach propagandowych. Ani mu w głowie było dzielenie się władzą.

Wracając do brawurowego nalotu mjr. Duffusa, można przypuszczać, że sukces przyspieszyłby rozwój wypadków, ale i bez niego sprawy potoczyły się swoim torem, wkrótce doprowadzając do zakończenia I wojny światowej. 25 eskadra bombowa doczekała się wielu naśladowców także w okupowanej Polsce, gdzie także zrodził się zuchwały plan zabicia wrogiego przywódcy.

W czerwcu 1942 roku członkowie podziemnej organizacji Gryf Pomorski pod dowództwem kpt. Jana Szalewskiego, przebrani w niemieckie mundury, przeprowadzili próbę wykolejenia pociągu pancernego Amerika, którym na pogrzeb Reinharda Heydricha miał podróżować z Kętrzyna do Berlina Adolf Hitler. Operacja „Wiedeńska krew” zakończyła się wykolejeniem niemieckiego pociągu, niestety, innego. Hitler w ostatniej chwili zmienił plan podróży i zatrzymał się w Malborku. To już jednak temat na inną opowieść.

źródło:
Zobacz więcej