RAPORT

Wojna na Ukrainie

Kto zestrzelił Czerwonego Barona? Legenda von Richthofena żyje

Manfred von Richthofen był najwybitniejszym pilotem I wojny światowej (fot. Hulton Archive/Getty Images/Wiki/Valder137)
Manfred von Richthofen był najwybitniejszym pilotem I wojny światowej (fot. Hulton Archive/Getty Images/Wiki/Valder137)

– Jeśli wrócę z tej wojny żywy, to będę miał więcej szczęścia niż rozumu – mawiał Manfred von Richthofen. Szczęścia nie miał. Nie przeżył I wojny światowej, która rozsławiła jego nazwisko na całym świecie. Autor 80 potwierdzonych zestrzeleń zginął dokładnie 100 lat temu. Do dziś nie ma pewności, kto odpowiada za strącenie legendarnego Czerwonego Barona na przedpolach francuskiego miasteczka Morlancourt...

Rycerze niebios. Jak niemiecki as uratował Latającą Fortecę

II wojna światowa nie miała sobie równych pod względem okrucieństwa. Z jednej strony nazistowskie obozy zagłady, z drugiej – sowieci nieliczący się...

zobacz więcej

Richthofen już za życia stał się legendą. Choć niewielu było takich, którzy lubili aroganckiego arystokratę patrzącego na innych z wyższością, wszyscy go szanowali, nawet wrogowie. Wciąż nie przestaje fascynować, mimo że takim rycerzem bez skazy nie był, a może właśnie dlatego?

Warto prześledzić jego losy, związane także z Polską. Manfred Albrecht Freiherr von Richthofen urodził się 2 maja 1892 roku w majątku Kleinberg, obecnie to osiedle Borek leżące we Wrocławiu. Jego dom rodzinny mieścił się przy Kaiser Wilhelm Strasse 92-96, na rogu z Ecke Goethestrasse, czyli przy obecnej ul. Powstańców Śląskich.

Jego rodzice Albrecht Philipp Karl Julius von Richthofen i Kunegunda z domu von Schickfus und Neudorff należeli do średniozamożnej pruskiej rodziny arystokratycznej, posiadającej dziedziczny tytuł barona (niem. Freiherr). Daleko im było do Von Treskowów czy Von Schwerinów, ale swój majątek, i to całkiem pokaźny, mieli.

Lotnicze rodzeństwo

Manfred był drugim z czworga dzieci, po siostrze Elisabeth Therese, a przed braćmi Lotharem Siegfriedem i Karlem Bolko. Co ciekawe, Lothar również został wybitnym pilotem myśliwskim i z 40 zestrzeleniami był też jednym z najskuteczniejszych podczas I wojny światowej, którą przeżył, choć zginął w katastrofie wkrótce po jej zakończeniu.

Lotnikiem był także jego kuzyn Wolfram, który swój pierwszy lot bojowy odbył w dniu śmierci Czerwonego Barona. Podczas II wojny światowej dosłużył się stopnia feldmarszałka. Jemu było jeszcze dalej do rycerza – odpowiada za liczne zbrodnie Luftwaffe, między innymi niesławne bombardowanie Wielunia o świcie 1 września 1939 roku.

Gdy Manfred miał 9 lat jego rodzina przeniosła się do pałacyku przy Striegauer Strasse 10 w Schweidnitz, czyli obecnej ulicy Sikorskiego w Świdnicy. Mały Manfred wychowywał się jak jego arystokratyczni rówieśnicy. Jeździł konno, uprawiał sport, szczególnie celował w gimnastyce na obręczach, do czego miał zresztą smykałkę. Został też zapalonym myśliwym, a jako osoba tak szlachetnie urodzona miał prawo polować na grubszą zwierzynę także w lasach chronionych.

Richthofen miał potwierdzonych 80 zestrzeleń, nieoficjalnie – ponad sto (fot. Imperial War Museums)
Richthofen miał potwierdzonych 80 zestrzeleń, nieoficjalnie – ponad sto (fot. Imperial War Museums)

Poszedł na pierwszy ogień. Gnyś pierwszym zwycięzcą II wojny światowej

To była niemal samobójcza misja. Ociężały górnopłat stanął do walki z nowoczesnymi niemieckimi maszynami. Władysław Gnyś wiedział, że nie ma szans....

zobacz więcej

Ojciec, wierny pruskim tradycjom militarnym, wysyłał chłopca do szkół wojskowych, choć akurat w jego rodzie więcej było ziemian niż żołnierzy. Sam Albrecht, ze stopniem majora, był dopiero pierwszym zawodowym żołnierzem w rodzinie. Ciekawostka, będąc elewem w korpusie kadetów, który miał siedzibę w pobenedyktyńskim zespole klasztornym w Katzbach, czyli dzisiejszym Legnickim Polu, mały Manfred mieszkał w tym samym pokoju co 50 lat wcześniej Paul von Hindenburg, późniejszy marszałek i prezydent Rzeszy.

Po ukończeniu w 1911 roku Głównej Szkoły Kadetów w berlińskim Lichterfelde od razu poszedł do wojska – jako młody arystokrata naturalnie wstąpił do kawalerii. Jego pierwszą jednostką był 1. pułk ułanów Kaiser Alexander III, który stacjonował w Militsch, czyli naszym Miliczu. Garnizon mieścił się na ówczesnej granicy z Imperium Rosyjskim.

Nowy wynalazek

Chorąży kawalerii, z czasem awansowany na porucznika, o lotnictwie jeszcze wtedy nie miał co marzyć. Samolot jako wynalazek miał raptem kilka lat, ledwie dwa lata wcześniej Louis Blériot przeleciał jednopłatem nad kanałem La Manche. Wojskowi planiści dopiero opracowywali strategię użycia tych maszyn. Oceniano, że będą służyły przede wszystkim do zwiadu, choć potem uznano, że może nawet da się z nich zrzucać bomby. Pełne gracji podniebne pojedynki myśliwskie były czystą abstrakcją.

Ambitny młody kawalerzysta chcący przeżyć wielką przygodę z zaciekawieniem przyjął wybuch I wojny światowej. 2 sierpnia 1914 roku napisał niezwykle interesujący list do rodziców, łączący trochę teatralną dramaturgię i niemiecką dokładność. „Tych kilka słów, które skreślam w wielkim pośpiechu, mogą być moimi ostatnimi. Gdybyśmy mieli się więcej nie zobaczyć, przyjmijcie moje najserdeczniejsze podziękowania za wszystko, co dla mnie zrobiliście. (...) Nie mam żadnych długów, a nawet więcej, zabieram ze sobą 800 marek” – skrzętnie odnotował.

Chrzest bojowy przeszedł tydzień po rozpoczęciu I wojny światowej. Podczas powrotu z patrolu jego oddział starł się grupą Kozaków. Wkrótce pułk, w którym służył, został przeniesiony na front zachodni. Jednostka została zakwaterowana we francuskim Thionville. Tam również jego oddział szybko stoczył pierwszą walkę, po tym jak w okolicach Las Arlon wpadł w zasadzkę.

Już we wrześniu 1914 roku przyznano mu krzyż żelazny drugiej klasy, mimo to służbę w okolicach Verdun uważał za nudną. W ogóle kawaleria szybko obmierzła żądnemu przygód arystokracie. Stwierdził, podobnie jak inni, że wobec stosowanej wojny pozycyjnej, okopów, drutów kolczastych i karabinów maszynowych, żołnierze na koniach stali się zbędni.

„Kosynierzy w 303 koszą dziś na medal”. Komiksowy hołd polskim bohaterom bitwy o Anglię

Narodowe Centrum Kultury postanowiło uczcić 75. rocznicę bitwy o Anglię nietypowym klipem. Twórcy puścili wodze fantazji. Hitlerowcy korzystają tu...

zobacz więcej

W końcu w maju 1915 roku poprosił o przeniesienie do lotnictwa. – Nie przyszedłem na wojnę, aby polować na ser i jajka, przybyłem tu w innym celu – powiedział swojemu dowódcy. Przyjęto go z pocałowaniem w rękę. Luftwaffe rosła w siłę i potrzebowała ambitnych lotników.

Kotwicą w samolot

Następował wówczas gwałtowny rozwój tego rodzaju wojsk. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej lotnicy strzelali do siebie z rewolwerów i atakowali przeciwników kotwicami, a nawet taranowali. Wkrótce na pokłady trafiły nowoczesne karabiny maszynowe zsynchronizowane ze śmigłem...

Po krótkim kursie, który rozpoczął od urwania podwozia i rozbicia się w swoim pierwszym locie treningowym, Manfred trafił z powrotem na front wschodni jako obserwator w 69. Szwadronie. Funkcja sprawiała, że nie brał bezpośredniego udziału w walkach, ale że ciągnęło go co zwycięstw, wykorzystywał zamontowany karabin maszynowy służący do obrony w pojedynkach powietrznych. Udało mu się nawet strącić francuski samolot marki Farman, ale nie zaliczono mu tego zestrzelenia, gdyż maszyna spadła już za liniami wroga.

Richthofena ciągnęło do pilotażu, zgłosił się więc na kolejny kurs. W marcu 1916 roku wreszcie mógł się zacząć spełniać – trafił do jednostki bombowej Kampfgeschwader 2 i przydzielono mu dwupłatowego Albatrosa C.III. Szybko przerobił samolot, każąc zainstalować na skrzydle karabin maszynowy. Korzystając z niego wkrótce strącił wrogą maszynę, ale i tego zestrzelenia mu nie zatwierdzono, gdyż także w tym przypadku samolot spadł za linią frontu.

Jego życie zmieniło się gdy przypadkowo spotkał w pociągu Oswalda Boelcke, asa myśliwskiego i taktyka walki tego typu samolotów. Legendarny lotnik zaproponował rok młodszemu oficerowi wstąpienie do formowanej przez siebie elitarnej jednostki myśliwców Jagdstaffel 2. Ambitny Manfred bez wahania zgodził się, zachwycony wizją zarysowaną przez nowo poznanego kolegę.

Boelcke uważał, że samoloty myśliwskie powinny latać formacjami i walczyć zgodnie z opracowaną przez niego taktyką. Właśnie dzięki temu Richthofen, który nie był ani wspaniałym strzelcem ani wirtuozem podniebnej akrobatyki, odniósł sukces – z żelazną konsekwencją stosował się do zasad opracowanym przez swojego mentora.

Jednostka, którą dowodził Czerwony Baron doczekała się określenia „Latający cyrk” (fot. Spencer Arnold/Getty Images)
Jednostka, którą dowodził Czerwony Baron doczekała się określenia „Latający cyrk” (fot. Spencer Arnold/Getty Images)

Córka generała, śpiewaczka, pilot. Jedyna kobieta, która zginęła w Katyniu

Jej ojciec gen. Józef Dowbor-Muśnicki we wspomnieniach pisał, że „pierwszy poznał się na bolszewickiej zarazie”. Gdy do radzieckiej niewoli trafiła...

zobacz więcej

Pierwsza wiktoria

Pierwsze zwycięstwo odniósł 17 września 1916 roku nad francuskim Cambrai, nieco ponad dwa tygodnie po nowym angażu. Strącił wówczas dwumiejscową maszynę F.E.2b. Już 10 października miał na koncie pięć zestrzeleń, co w wojskach alianckich dałoby mu tytuł „asa”. Czasu na świętowanie jednak nie było. Pod koniec września jego mistrz Boelcke zginął w kolizji z kolegą podczas walki z brytyjskimi samolotami Airco DH.2.

Boelcke był idolem Richthofena, choć nie był arystokratą, zachowywał się po rycersku – jeden z medali otrzymał za uratowanie tonącego francuskiego chłopca. W chwili śmierci miał na koncie 40 zestrzeleń. Uczeń postanowił, że złoży hołd swojemu mistrzowi prześcigając go w liczbie strąceń. Do tego była daleka droga, ale młody lotnik szybko się piął. Sławę zyskiwał dzięki efektownym zwycięstwom takim jak pokonanie 23 listopada 1916 roku po długim pojedynku, a następnie pościgu brytyjskiego asa mjr Lanoe Hawkera, dowódcy 24. dywizjonu nad francuskim Le Sars.

Przeciwnicy zaczęli od walki kołowej, w trakcie której wiatr zniósł Albatrosa D.II Manfreda i Airco DH.2 Anglika nad terytorium zajmowane przez Niemców. Hawker, gdy się o tym zorientował, przerwał walkę i lecąc zygzakiem próbował uciec na swoją stronę. Nie doleciał, cierpliwy Richthofen dysponujący szybszą maszyną strącił Hawkera.

Było to jego jedenaste zwycięstwo. Zdobyte w tej walce doświadczenie sprawiło, że dojrzał do zmiany samolotu. Przesiadł się do wolniejszego, ale bardziej zwrotnego Albatrosa D.III. W styczniu następnego roku, mając 16 potwierdzonych zestrzeleń został najskuteczniejszym żyjącym niemieckim asem. Otrzymał też najwyższe wówczas pruskie odznaczenie za odwagę Pour le Mérite.

Będąc gwiazdą niemieckiego lotnictwa, Richthofen zaczął się zachowywać jak – powiedzielibyśmy dzisiaj – celebryta. Żeby być lepiej rozpoznawanym zrezygnował z kolorystyki kamuflażu swojego myśliwca i kazał przemalować go na jasny czerwony. Miało to też na celu prowokowanie i zastraszanie przeciwników, choć jednocześnie musiał zdawać sobie sprawę, że dzięki temu będzie wyjątkowo łatwy do wykrycia dla wrogów. Wkrótce zyskał pseudonim Czerwony Baron.

100. rocznica I wojny światowej. „Wyciągnijmy wnioski z doświadczeń wojennych”

– Wspólna Europa i wspólne unijne instytucje nie są kaprysem historii – powiedział podczas obchodów 100. rocznicy wybuchu I wojny światowej...

zobacz więcej

Latający cyrk

Dowództwo zleciło mu stworzenie własnej eskadry myśliwców, Jasta 11. Jednostka doczekała się wymownych przydomków „Latający cyrk” oraz „Cyrk Richthofena”. Kolejny miesiąc Anglicy nazwali „Bloody april”, krwawym kwietniem, ze względu na wysokie straty. Tylko dywizjon Jasta 11 zestrzelił 89 samolotów, sam Richthofen osiągnął wówczas 41. zwycięstwo, czym wyprzedził swojego mistrza.

Władze oceniły, że warto wykorzystać najwybitniejszego pilota pod względem propagandowym. Miał podbudowywać morale żołnierzy oraz zachęcać ludność cywilną do ponoszenia większych ofiar. Podczas urlopu spotykał się z żołnierzami, cywilami i najważniejszymi osobami w Cesartwie. Sława miała zresztą dwie strony. Brytyjczycy stworzyli specjalną eskadrę, której celem było wytropienie i zestrzelenie wroga...

6 marca 1917 roku Richthofen cudem uniknął śmierci. Podczas pojedynku z kpt. Donaldem Cunnellem seria pocisków uszkodziła skrzydło jego myśliwca i pilot z najwyższym trudem zdołał wylądować po stronie niemieckiej. Został raniony w głowę i trafił do szpitala na kilka tygodni. Pojawiły się głosy, że powinien zrezygnować z latania, ponieważ jego ewentualna śmierć, mogłaby mieć negatywny wpływ na morale Niemców i ich sojuszników. Sam Richthofen wykluczył taką możliwość. Nie chciał nawet pójść na dłuższy urlop. Przekonywał, że jeśli skorzysta z tej możliwości, wielu lotników może chcieć pójść w jego ślady, a wówczas ciężar walki spocznie na „biednych żołnierzach w okopach”.

Po powrocie na linię frontu przesiadł się do swojego najsłynniejszego samolotu, trójpłatowca Fokker Dr.I. W szybkiej i zwrotnej maszynie w pół roku osiągnął kolejnych 20 zestrzeleń. Jego sława i szacunek jakim był wówczas otoczony sprawiły, że władze wysłały go w grudniu 1917 roku do Brześcia, wówczas zajmowanego przez Rosjan, gdzie razem z bratem Lotharem brał udział w negocjacjach pokojowych.

Pod koniec lutego 1918 roku wrócił na front i do kolejnych zwycięstw. Pokonywanie przeciwników niezmiennie sprawiało mu przyjemność, ale jego frustracja rosła. Zdawał sobie, że wojna jest przegrana, do tego po postrzale w okolice ucha pojawiały się u niego nudności i bóle głowy. Ostatnie powietrzne wiktorie osiągnął 20 kwietnia, strącając mjr Richarda Raymond-Barkera i por. Davida Greswolde'a Lewisa.

Niemcy wykorzystwali Richthofena propagandowo (fot. Spencer Arnold/Hulton Archive/Getty Images)
Niemcy wykorzystwali Richthofena propagandowo (fot. Spencer Arnold/Hulton Archive/Getty Images)

W wieku 100 lat zmarł b. dowódca dywizjonu 303 ppłk Franciszek Kornicki

Nie żyje podpułkownik Franciszek Kornicki, dowódca polskiego Dywizjonu 303, który we wrześniu tego roku zwyciężył w plebiscycie Muzeum Królewskich...

zobacz więcej

Ostatnia misja

Nazajutrz, dzień przed planowanym urlopem (miał już bilet w miejsce w wagonie sypialnym pociągu do Freiburga), już nie żył. Kto upolował największego podniebnego myśliwego? Do dziś pozostaje to zagadką, choć wojskowi i historycy od początku usiłują dokładnie odtworzyć ostatnie chwile jego życia.

Wiadomo, że 21 kwietnia wystartował w swoim słynnym trójpłatowcu Fokker Dr.I 425/17 z lotniska Cappy w towarzystwie dziewięciu innych maszyn. Mieli się zmierzyć z pilotami z 209. dywizjonu RAF zasiadającymi za sterami samolotów Sopwith Camel. Przewodził im Kanadyjczyk Arthur „Roy” Brown. Do walki doszło nad przełęczą Morlancourt niedaleko Sommy.

Richthofen, wykonując swój ulubiony manewr, usiadł na ogonie jednej z maszyn, której pilot śmiał strzelać w kierunku jego kuzyna Wolframa i rozpoczął pościg. Zadanie miał dość łatwe – tego konkretnego Camela pilotował niedoświadczony Kanadyjczyk Wilfrid „Wop” May. Gdy zbierał się do strącenia, dostał się pod ostrzał lecącego podwładnemu na ratunek Browna. W tym samym czasie kanadyjscy żołnierze zaczęli z ziemi ostrzeliwać Fokkera ze swoich karabinów maszynowych. Gdy Czerwony Baron skręcił w kierunku Browna, żeby najpierw z nim się rozprawić, został trafiony.

Jak ustaliła sekcja zwłok, jeden z pocisków trafił go w klatkę piersiową przez prawą pachę, uszkodził serce oraz płuca i wyszedł koło lewego sutka. Umierający pilot zdołał jeszcze wylądować awaryjnie na polu, na północ od miejscowości Vaux-sur-Somme (na zdjęciach widać uszkodzony samolot, ale to nie efekt rozbicia, tylko żołnierze zabrali wiele części na pamiątkę). Szybko dobiegli do niego Kanadyjczycy. Jak relacjonowali, jego ostatnim słowem było „Kaputt”.

Akt zgonu w Gorzowie

W 2009 roku akt zgonu pilota odnaleziono w Urzędzie Stanu Cywilnego w Ostrowie Wlkp., ówczesne przepisy wojskowe nakazywały rejestrację zgonów poległych na wojnie w ostatnim miejscu stacjonowania, a właśnie tam tuż przed wybuchem I wojny światowej znajdowała się ewidencja jego jednostki. Na karcie popełniono błąd w nazwisku i wpisano „Richthoven”, ale już data śmierci, 21 kwietnia 1918 roku, się zgadza. Jako przyczynę zgonu wskazano „rany odniesione w boju”.

102 lata temu wybuchła wojna, która zmieniła mapę Europy

Ta wojna toczyła się na niemal wszystkich kontynentach i morzach. Główne działania wojenne prowadzono na terenie Europy. Konflikt, nazywany również...

zobacz więcej

Uważa się, że Richthofena zabił pocisk wystrzelony z ziemi. Wskazano nawet domniemanego strzelca – sierż. Cedrica Popkina z 53 baterii 14. Brygady Artylerii Polowej. Sam Popkin zeznał, że nie mógł trafić Fokkera. W końcu zestrzelenie wybitnego lotnika RAF oficjalnie przypisał Brownowi, choć pojawiły się głosy, że także on tego nie dokonał.

Zdaniem dokumentalistów przygotowujących film dla stacji Discovery, chwała należy się innemu strzelcowi, sierż. W.J. „Snowy'emy” Evansowi z 53 baterii, który znajdował się około 750 metrów od Fokkera. Jako potencjalnego sprawcę śmierci Richthofena inni badacze wymieniają również strz. Roberta Buie, który także służył w 53 baterii.

Pojawiło się wiele teorii dotyczących ostatniego lotu. Niemiecki neurolog opublikował w 1999 roku artykuł w czasopiśmie medycznym „The Lancet”, w którym dowodził, że postrzał w głowę odniesiony kilka miesięcy wcześniej spowodował uszkodzenie mózgu pilota, który podczas boju tak skupiał się na celu, że tracił właściwą ocenę sytuacji i mógł nie zauważyć, że przeleciał nad linie wroga.

Pogrzeb dla wroga

Te spekulacje możemy jednak zostawić. Faktem jest, że dzień po śmierci Czerwonego Barona odbyła się wyjątkowa uroczystość. Dowódca 3 dywizjonu Australijskiego Korpusu Lotniczego major David Blake zorganizował niemieckiemu kapitanowi uroczysty pogrzeb z wszelkimi honorami na cmentarzu Bertangles pod Amiens.

Trumnę Richthofena niosło sześciu oficerów, zaś inni żołnierze stali na baczność i salutowali. Oddano honorowy wystrzał z karabinów. Żołnierze trzymali wieńce, na jednym z nich na szarfie znalazł się napis „Naszemu dzielnemu i godnemu wrogowi”. Pismo informujące o pogrzebie wraz ze zdjęciem z uroczystości wysłano niemieckiemu dowództwu.

Trzy lata po zakończeniu wojny ciało przeniesiono na niemiecki cmentarz wojenny w Fricourt, do kwatery oznaczonej numerem 53.091, ale siedem lat po śmierci grób po raz kolejny został otworzony. Dzięki staraniom najmłodszego brata Bolka, ciało zostało przeniesione do Niemiec. Wprawdzie chciał je pochować w Świdnicy obok zmarłego w 1920 roku ojca i brata Lothara, który jak wiemy zginął w 1922 roku, ale władze przekonały go, że godniejszy będzie berliński cmentarz Invalidenfriedhof. Ulicami stolicy przeszedł kondukt żałobny, któremu przyglądały się tysiące berlińczyków. Hołd bohaterowi złożyło wielu przedstawicieli władz wojskowych i cywilnych, w tym prezydent Paul von Hindenburg.

Australijczycy wyprawili Niemcowi pogrzeb z honorami wojskowymi (fot. Wiki)
Australijczycy wyprawili Niemcowi pogrzeb z honorami wojskowymi (fot. Wiki)

Pilot z dywizjonu 304 generałem. „Jest dla polskiego lotnictwa postacią pomnikową”

Loty trwały nawet dziesięć godzin. Często w zupełnych ciemnościach i bez żadnej obstawy. Zadanie było jedno – wykryć i rozpoznać jak najwięcej...

zobacz więcej

W III Rzeszy naziści roztoczyli kult Czerwonego Barona i lotnikowi wystawiono efektowny pomnik. Po II wojnie światowej cmentarz znalazł się w radzieckiej strefie okupacyjnej. Żeby oszczędzić nagrobkowi możliwej profanacji, w 1975 roku szczątki Richthofena przeniesiono na cmentarz Südfriedhof w Wiesbaden, do rodzinnego grobowca, w którym spoczywały już matka, siostra Ilse, oraz brat Bolko. Szczątków ojca i Lothara nie udało się przenieść, gdyż w latach 70. Cmentarz Garnizonowy w Świdnicy, na którym ich pochowano już nie istniał.

Arogancki cynik

Jakim człowiekiem był pilot, który miał 80 potwierdzonych trafień i szacuje się, że być może jeszcze ponad 20 nieoficjalnych? Jak wspomniano, już za życia wzbudzał mieszane uczucia. Sam po wydaniu w 1917 roku swojej autobiografii „Der rote Kampfflieger” stwierdził, że przedstawia go ona jednak jako osobę „zbyt bezczelną”, choć nawet brat Lothar przyznał, że wybór czerwonego koloru dla swojego samolotu było oznaką arogancji. Potem Manfred zapewniał, że się zmienił, ale już nie dożył odnowionej edycji książki.

Wiadomo, że Richthofen miał trudny charakter. Był wyniosły, humorzasty i arogancki. Do tego był cyniczny i wyrachowany. Świadczą o tym rady, które udzielał swoim podwładnym. – Celuj w pilota, a jeśli walczysz z samolotem dwumiejscowym – najpierw zabij strzelca pokładowego, wówczas nie będzie ci przeszkadzał w celowaniu w pilota – tłumaczył. Przełożeni i podwładni za nim nie przepadali, ale już rodacy go uwielbiali, zaś przeciwnicy szanowali.

Czerwony Baron nie liczył się z innymi, nie celował w wirtuozerskich zmaganiach i efektownych wiktoriach. Był nastawiony tylko i wyłącznie na strącenie jak największej liczby wrogich samolotów. „Nigdy nie latam dla zabawy. Najpierw celuję w głowę pilota, albo raczej w głowę obserwatora, jeśli taki jest” – odnotował.

W swojej kwaterze trzymał kolekcję trofeów – godła i znaki zdarte z zestrzelonych maszyn. Takie pamiątki chętnie wysyłał także matce do Świdnicy, trafiły one potem do założonego przez nazistów muzeum pilota w tym mieście. Może to był efekt wyniesionego z dzieciństwa zamiłowania do polowania, może pewna próżność, ale także to przyczyniło się do budowy legendy Manfreda von Richthofena, jednego z najwybitniejszych pilotów myśliwskich w historii.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej