Rzeź w dolinie Eufratu. Kto zdradził „kucharza Putina”?

Zdjęcie ilustracyjne. Rosyjscy żołnierze w Syrii (fot. REUTERS/Pavel Rebrov)

Więcej tu znaków zapytań i wątpliwości, nie potwierdzonych niezbicie faktów. Wiadomo na pewno, że doszło do rzezi rosyjskich najemników. Kto ich wysłał? Po co? Tutaj mamy różne wersje. Wszystko wskazuje na to, że kilkuset obywateli Rosji zostało potraktowanych jak zwykłe „mięso armatnie” w rozgrywce Moskwy z Waszyngtonem.

Szantaż i „awaria”. Jak Sieczyn niszczył polską inwestycję w Możejkach

To miał być kolejny etap przejmowania aktywów Jukosu. Igor Sieczyn był święcie przekonany, że przejmie Możejki za grosze. Kiedy ubiegli go Polacy,...

zobacz więcej

Po raz pierwszy od czasów wojny w Wietnamie, gdy sowieccy wojskowi zestrzeliwali amerykańskie samoloty, doszło do bezpośredniego zbrojnego starcia Rosjan z Amerykanami. Nie było to regularne rosyjskie wojsko, ale rosyjskich najemników w Syrii też można uznawać za zbrojne ramię Moskwy.

To ramię amerykańskie lotnictwo odcięło, a zabieg trwał nieco ponad trzy godziny. Do masakry 7 lutego doszło, ponieważ zgrupowanie syryjsko-rosyjskie złamało obowiązujące reguły. Władimir Putin chciał przetestować Amerykanów, przy okazji pomagając zaprzyjaźnionemu biznesmenowi. Dlaczego akurat teraz? Z dwóch powodów: zmiany sytuacji w regionie po rozpoczęciu tureckiej ofensywy na Afrin oraz załamania się rozmów ws. kontroli nad złożami naftowo-gazowymi w prowincji Deir ez-Zor.

„Posprzątali Apaczami”

Wszystko rozegrało się na wschodnim brzegu Eufratu, który od dawna pozostaje linią graniczną między strefą odpowiedzialności rosyjsko-syryjskiej a strefą kontrolowaną przez SDF i międzynarodową koalicję z USA na czele. W nocy z 7 na 8 lutego potężna kolumna sił proreżimowych - czołgi, transportery, artyleria, ciężarówki – ruszyła w stronę instalacji naftowych na złożach amerykańskiego Conoco w rejonie miejscowości Khusham, jakieś osiem kilometrów na wschód od Eufratu.

Trzon zgrupowania tworzyło około 600 najemników, głównie Rosjan, głównie z Kompanii Wagnera. Wiadomo też o obecności najemników z organizacji ISIS Hunters oraz bojownikach szyickich i członkach proasadowskich milicji plemiennych. To miał być szybki, niemal bezkrwawy atak. Tyle że plan miał wiele słabości, a przede wszystkim był przejrzysty dla przeciwnika. Wagnerowcy et consortes wchodzili w morderczą pułapkę.

Być może ktoś nawet zdradził, bo Amerykanie z góry znali zamiary najemników. Ci zaś nie mieli żadnej ręcznej broni przeciwlotniczej, żadnego wsparcia z powietrza nikt im nie obiecywał. Plan był taki, że po artyleryjskim zmasowanym ostrzale szybko zajmą rafinerię, a Kurdowie rzucą broń i uciekną. W przypadku bezpośredniego starcia Amerykanie mieliby nie atakować z powietrza z racji ryzyka ostrzelania sojuszników.

Według wersji Pentagonu, siódmego lutego około dziesiątej wieczorem, wrogie zgrupowanie w sile odpowiadającej wzmocnionemu batalionowi, ze wsparciem czołgów i artylerii, zaczęło ostrzał bazy, w której oprócz dowództwa SDF byli też amerykańscy komandosi. Pociski z czołgów T-55 i T-72 wybuchały około pięciuset metrów od Amerykanów i Kurdów. Jeśli chodziło o wystraszenie przeciwnika i zmuszenie do odwrotu (wątpliwe, by najemnicy chcieli ostrzeliwać naftowe instalacje, skoro zamierzali je przejąć), to plan się nie udał. Amerykanie odpowiedzieli zaskakująco szybko.

Za szybko dla najemników. Gdy na kolumnę zaczęły spadać pociski artyleryjskie i nadleciały samoloty, dopiero połowa zgrupowania zdążyła rozwinąć szyk bojowy. Byli to głównie Syryjczycy, którzy mieli iść w pierwszej linii. Większość najemników wciąż siedziała w ciężarówkach i transporterach w kolumnie rozciągniętej na niczym nie osłoniętej drodze.

- Najpierw zaatakowały bombowce, a potem posprzątali przy pomocy Apaczów – powiedział potem Reutersowi Jewgienij Szabajew, lider organizacji Kozaków, mający informacje od najemników. Masakra trwała nieco ponad trzy godziny, ok. 5.30 nad ranem było po wszystkim.

Patrzący w twarz śmierci i ich największa porażka

Spektakularna klęska Kurdów w starciu z armią iracką nie jest tak naprawdę żadną niespodzianką. Rzekoma siła peszmergów, czyli kurdyjskich...

zobacz więcej

Mięso armatnie

W komunikatach amerykańskich i doniesieniach medialnych pojawiła się tylko informacja o zniszczeniu przez siły USA „proasadowskiego” oddziału, który zaatakował pozycje SDF. Jako jeden z pierwszych o rzezi Rosjan poinformował Igor Girkin (Striełkow), pisząc o co najmniej setce poległych najemników. Miał o tym się dowiedzieć od dawnych towarzyszy broni z Donbasu, teraz walczących w Kompanii Wagnera.

Kolejne nieoficjalne doniesienia zaczęły krążyć po niszowych mediach i w Internecie. Dopiero po kilku dniach Bloomberg napisał, że w wyniku nalotu sił pod wodzą USA zginęło od 100 do 200 „rosyjskich najemników”. Portal cytował amerykańskiego urzędnika, który mówił o 100 zabitych i 200-300 rannych, oraz trzy źródła w Rosji, które informowały o 200 ofiarach śmiertelnych. Liczba zabitych wciąż jednak rosła, bo umierali kolejni ciężko ranni – przewieziono ich do szpitali wojskowych w Moskwie i Petersburgu.

Później Reuters podał liczbę około 300 zabitych i rannych. Prokremlowskie media pisały o 10-20 zabitych Rosjanach oraz 50 rannych. Dopiero 15 lutego ukazało się pierwsze oficjalne potwierdzenie śmierci obywateli Rosji w wyniku ataku amerykańskiego lotnictwa. Co ciekawe, informację taką przekazało ministerstwo obrony, a nie MSZ.

Władimir Putin zniknął na dłuższy czas (oficjalnie z powodu przeziębienia), za niego rzecznik Dmitrij Pieskow w końcu przyznał: „Nie da się wykluczyć, że w Syrii mogą brać udział w walkach jacyś obywatele Federacji Rosyjskiej. Ale nie są oni związani z siłami zbrojnymi Federacji Rosyjskiej”. Milczenie i zdawkowe odpowiedzi władz rosyjskich wynikały nie tylko z niechęci do przyznania się przed własną opinią publiczną do strasznej porażki w Syrii. Moskwa nie przyznając się do najemników w Dolinie Eufratu, którzy zaatakowali Amerykanów, unika jeszcze większego zaostrzenia stosunków z USA.

Jak stwierdził doradca rządu ds. Syrii, Witalij Naumkin, „nikt nie chce zaczynać światowej wojny z powodu ochotnika czy najemnika, który nie był wysłany przez państwo, a został zabity przez Amerykanów”. Wiele wskazuje na to, że Putin próbował przetestować Amerykanów. I się przeliczył. Trudno uwierzyć, że operacja nie miała zgody Kremla. Dowódcy najemników doskonale wiedzieli, że atakują pozycje, gdzie są amerykańscy wojskowi.

Putin wykorzystał wagnerowców do sprawdzenia, jak Amerykanie zareagują. Ofiary wśród wojskowych USA – rzekomo zabitych przez siły Asada – miały wręcz zmusić Trumpa do wycofania się z Syrii. Dlaczego akurat teraz Putin zdecydował się na prowokację? Niezdolność USA do powstrzymania tureckich nalotów na kurdyjskiego sojusznika w enklawie Afrin została przez Putina uznana za słabość Waszyngtonu. Na dodatek część stacjonujących w Deir ez-Zor oddziałów kurdyjskich wyruszyła na pomoc Afrin. Rosjanie mogli uznać, że to doskonała okazja, by zdobyć osłabione pozycje SDF. I przy okazji załatwić pewne biznesowe interesy.

Spisek na stypie. Jak Iran zagrał kurdyjską kartą

Jesienny pogrom peszmergów na północy Iraku umocnił centralny rząd w Bagdadzie i położył kres kurdyjskim marzeniom o niepodległości. Największym...

zobacz więcej

Wojna o ropę

Dystansując się od krwawych wydarzeń w Dolinie Eufratu, Moskwa oskarżyła USA o dążenie do zagrabienia ekonomicznych zasobów Syrii zamiast prowadzenia walki z Daesh. To w rosyjskich mediach pojawiła się informacja, że prawdziwym celem ataku najemników były instalacje naftowe, a nie – jak twierdził Pentagon – baza SDF.

To nic zaskakującego, bo wspierane przez USA siły kurdyjskie od dawna rywalizują o kontrolę nad bogatą w ropę naftową wschodnią prowincją Deir ez-Zor, ze wspieranymi przez Rosję oddziałami syryjskimi, których sojusznikami są też milicje wspierane przez Iran. 13 lutego minister energetyki Aleksandr Nowak oznajmił, że kilka dni wcześniej (mniej więcej w tym czasie, gdy doszło do rzezi nad Eufratem) Rosja podpisała z Syrią umowę ws. współpracy energetycznej.

– Podpisaliśmy mapę drogową, nie tylko w obszarze energii elektrycznej, ale też ropy i gazu, dotyczącą odbudowy pól naftowych i rozwóju nowych zasobów – mówił Nowak. Wcześniej, w grudniu ub.r., w Damaszku gościła rosyjska delegacja omawiając inwestycje w rozwój sektorów ropy, gazu, transportu, handlu. – Syria to kraj niezmierzonych bogactw. Rosyjskie spółki mają moralne prawo rozwijać tutaj zakrojone na szeroką skalę projekty ekonomiczne – mówił wtedy wicepremier Dmitrij Rogozin.

Operacja najemników w nocy z 7 na 8 lutego była częścią walki o zdobycie kontroli nad syryjskimi węglowodorami. Dokładnie zaś chodziło o stację pomp podtrzymującą stałe ciśnienie ropy w rurociągu T-3, położoną w rejonie złóż odkrytych przez amerykański koncern Conoco. Na jesieni ub.r. przez most pontonowy na drugi brzeg Eufratu przerzucono pododdziały 4. Dywizji Pancernej SAA (armia syryjska) z siłami specjalnymi w forpoczcie.

Żołnierze Asada rozbili dżihadystów, zajęli kilka wsi i okopali się na tym przyczółku. Dalej nie maszerowali, nie chcąc wejść w starcie z Kurdami, którzy już zdążyli – we wrześniu – opanować złoża należące do Conoco. Przez parę miesięcy toczyły się między Kurdami a Syryjczykami, przy pośrednictwie Rosji, rozmowy ws. przekazania aktywów pod kontrolę Damaszku. Rosyjskie media twierdziły, że nawet doszło już do porozumienia i pojawili się na miejscu przedstawiciele rosyjskich firm.

Ale potem relacje rosyjsko-kurdyjskie popsuły się i rafineria znów przeszła pod kontrolę SDF. Teraz postanowiono wykorzystać sytuację i zająć obiekt. Obiekt nieuszkodzony. Tym można chyba tłumaczyć strzały na postrach i w ogóle atak w nocy. Decydującym czynnikiem miało być zaskoczenie i osiągnięcie celu niemal bez walki. Bo walka w ciemnościach daje ogromną przewagę Amerykanom wykorzystującym technologie niedostępne dla wroga. Dlaczego tak bardzo zaryzykowano życiem kilkuset obywateli Rosji? Kto wysłał ich na rzeź?

Wojna Jednodniowa. Jak upadła Jerozolima Kurdów

Październik 2017 roku zapisze się w historii Kurdów czarnymi zgłoskami. W kilkadziesiąt godzin prysł mit bitnych peszmergów, w kilka dni rozwiała...

zobacz więcej

Armia „kucharza Putina”

W Syrii działa co najmniej dziesięć organizacji wojennych najemników. Ale bez wątpienia największa i najważniejsza jest Prywatna Spółka Wojskowa (CzWK) Wagnera. Tzw. wagnerowcy pojawili się na froncie, po stronie Asada, w 2015 roku, jeszcze zanim Rosja oficjalnie zaangażowała się w wojnę. Najemnicy odegrali później ważną rolę m.in. w zajęciu Palmyry w maju 2016 r. Większość wagnerowców ma za sobą służbę w specjalnych siłach rosyjskich, wielu walczyło wcześniej w Donbasie.

Kompania Wagnera, choć formalnie prywatna, działa zawsze w ścisłej koordynacji z GRU. Byłym oficerem wywiadu wojskowego jest dowódca formacji, Dmitrij Utkin ps. Wagner (pseudonim wziął się z fascynacji Utkina wszystkim co niemieckie, także muzyką poważną). Miesięczny żołd członków CzWK to co najmniej 80 tys. rubli (niecałe 1,4 tys. dolarów), ale dużo lepsze pieniądze daje dopiero wyjazd do Syrii. Tam wagnerowiec może liczyć na przeszło 4 tys. dolarów miesięcznie, no i znaczne odszkodowanie wypłacane rodzinie w razie śmierci.

Niezależny portal RBK wyliczył, że funkcjonowanie CzWK kosztowało dotychczas ok. 172 mln dolarów. Po rzezi nad Eufratem na pewno koszty znacząco wzrosną… Kompania Wagnera jest finansowana przez petersburskiego biznesmena Jewgienija Prigożina, a dokładniej przez należącą do niego spółkę Evro Polis. Prigożin nazywany jest przez media „kucharzem Putina”, bo zbił fortunę na restauracjach, zamówieniach publicznych i cateringu dla Kremla i jego zagranicznych gości.

Utrzymujący od wielu lat bardzo dobre relacje z Putinem Prigożin ostatnio rozszerzył biznes na zaopatrzenie rosyjskiego wojska. Prigożin i Utkin znajdują się na amerykańskiej liście osób objętych sankcjami. Utkin trafił na nią za rekrutowanie byłych żołnierzy na front w Donbasie. Prigożin jest zaś, według Amerykanów, jednym z Rosjan bezpośrednio zaangażowanych w ingerowanie w wybory prezydenckie 2016 r. (prawdopodobnie chodzi o finansowanie słynnej fabryki trolli internetowych).

Ale Prigożin ma dużo większe ambicje. Latem ub.r. Evro Polis podpisała kontrakt z rządem Asada na wydobycie jednej czwartej syryjskiej ropy. Pod warunkiem, że rejony wydobycia zostaną odebrane IS. Kurdowie i Amerykanie byli szybsi, więc to Kompania Wagnera dostała zadanie uszczknięcia choćby kawałka naftowego tortu.

Historia i wybory, Smoleńsk i gaz. Wschodnie wyzwania nowego rządu

Trudno nie odnieść wrażenia, że to, co na wschód od naszych granic, coraz mniej interesuje nasze władze. Polityki wschodniej jako całościowej...

zobacz więcej

Kto „wystawił” najemników

Większym problemem dla Putina i generałów jest nie sam fakt klęski najemników, ale to, że nie zostali oni uprzedzeni przez wojskowych o zamiarach Amerykanów. Według Moskwy, oddział proasadowski prowadził „w rejonie byłej rafinerii el-Isba operację przeciwko komórce IS”. Rosyjskie władze twierdzą, że proasadowskie siły nie poinformowały ich o operacji po wschodniej stronie Eufratu.

Moskwa twierdzi, że „przyczyną incydentu były nie uzgodnione z dowództwem rosyjskiej grupy operacyjnej w miejscowości Salhiya zwiadowczo-poszukiwawcze działania syryjskiego pospolitego ruszenia”. Gdyby wersja moskiewska była prawdziwa, to by oznaczało, że po ogłoszeniu końca wojny przez Putina, zmalał drastycznie wpływ rosyjskich doradców na działania sił Asada. Do tego stopnia, że Rosjanie mogli nie być poinformowani o planowanym natarciu.

To oczywiste kłamstwo, bo bez wiedzy rosyjskich doradców i GRU siły Asada nie robią niczego istotnego. A co dopiero rosyjscy najemnicy. Już na tydzień przed bitwą Amerykanie zarejestrowali ożywienie na lewym brzegu Eufratu i nie raz ostrzegali rosyjskie dowództwo przed prowokacjami. Przedstawiciele koalicji nawiązali kontakt z rosyjskimi wojskowymi „przed, w trakcie i po ataku”.

Pentagon twierdzi, że otrzymał od Rosjan zapewnienie, że nie ma tam rosyjskich żołnierzy i że strona rosyjska nie będzie się mieszała w tę sprawę. Jeden z kurdyjskich komendantów działających w tym rejonie relacjonuje, że kiedy zaczął się atak najemników, zadzwonił do rosyjskiego łącznika i zażądał przerwania natarcia. Oficer odpowiedział, że nic mu nie wiadomo o jakimkolwiek ataku. Kiedy potem zakończyła się bitwa, ten sam Rosjanin zadzwonił do Kurda z prośbą o wstrzymanie działań, by można było zabrać zabitych i rannych.

Amerykańskie lotnictwo nie teleportowało się nagle nad Eufrat. Rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej bazujące w Syrii i na okrętach na Morzu Śródziemnym musiały śledzić ruchy Amerykanów. Jeśli dodać do tego wcześniejsze kontakty Amerykanów z dowództwem rosyjskim ws. niepokojących poczynań najemników na lewym brzegu Eufratu, to można mieć pewność, że Rosjanie doskonale wiedzieli, po co samoloty US Air Force lecą w rejon T-3.

Nawet jeśli Moskwa nie była wcześniej poinformowana o zamiarach najemników, miała wystarczająco dużo czasu, aby ostrzec i syryjskiego sojusznika i dowództwo Kompanii Wagnera. Ale najwyraźniej tego nie uczyniono. Z premedytacją wystawiono najemników na egzekucję. Może było już za późno na odwrót?

Może do ostatniej chwili w Moskwie liczono, że Amerykanie nie poważą się na tak brutalne działanie? A może jest coś na rzeczy o konflikcie Prigożina z Siergiejem Szojgu i wojskowymi, którym nie podoba się ekspansja prywatnych armii? Nie można wykluczyć, że wojskowi z premedytacją „wystawili” najemników jankesom.

Rosyjska recepta na artykuł 47.4 Zasłona dymna nie tylko na Zapad

Moskwa ukrywa prawdziwą skalę manewrów Zapad-2017. Celowo zaniża liczbę żołnierzy, aby ukryć ćwiczenia przed zagranicznymi obserwatorami. W...

zobacz więcej

Wielka fala i B-52

Wszystko wskazuje na to, że Amerykanie doskonale znali plany wroga. Zresztą dowódca sił powietrznych USA na Bliskim Wschodzie gen. Jeffrey Harrigian powiedział później dziennikarzom, że atak w Deir ez-Zor „nie był tak zupełnie nieoczekiwany”. Tydzień wcześniej Amerykanie zaobserwowali koncentrację wrogich sił na wschodnim brzegu Eufratu, na przyczółku przy moście pontonowym.

Kilkanaście godzin przez bitwą nagła potężna fala zniszczyła to zbudowane we wrześniu ub.r. przez rosyjskich saperów 210-metrowe połączenie pontonowe. Wszystko wskazuje na to, że Amerykanie i Kurdowie specjalnie otworzyli część śluz na zaporze w Tabce, w górze rzeki. Zniszczenie mostu spowodowało, że najemnicy na wschodnim brzegu Eufratu zostali odcięci od dostaw, posiłków i możliwości zorganizowanego odwrotu.

Intryguje też ogromny o zróżnicowany arsenał wykorzystany przez USA do zniszczenia najemników. Amerykanie użyli precyzyjnej amunicji z artylerii lądowej, myśliwców F-15E, dronów MQ-9 Reaper, bombowców B-52, „latających czołgów” AC-130 i śmigłowców AH-64 Apache. Część tego uzbrojenia była w zasięgu, gotowa do użycia w razie ataku wroga. Ale już na przykład udział strategicznych bombowców B-52 w ataku na kilka setek proasadowskich bojowników to rzecz niespotykana.

Musiały wystartować z bazy w Katarze jeszcze przed atakiem najemników. Kto i dlaczego wydał rozkaz ich startu? Z kolei użycie AC-130 – samolotów mało ruchliwych i latających na niskim pułapie (zestrzeliwano je już w Wietnamie) sugeruje, że dowódcy amerykańscy doskonale wiedzieli, że najemnicy nie posiadają jakiejkolwiek broni przeciwlotniczej, choćby nawet jednej ręcznej wyrzutni rakietowej.

Wygląda na to, że zadowoleni z masakry nad Eufratem są i Amerykanie i Kurdowie (z oczywistych względów), ale też rosyjscy generałowie. Trudno powiedzieć, czy po takim ciosie wagnerowcy jeszcze się podniosą, podobnie jak Prigożin. Skompromitowano przy okazji ideę szerszego, legalnego używania sił najemnych przez państwo rosyjskie (trwają prace nad odpowiednimi ustawami w Dumie).

Traci na tym wszystkim bardzo sam Putin – taka kompromitacja w środku kampanii prezydenckiej to fatalna wiadomość. Na tym nie koniec. To także klęska w polityce zagranicznej. Nie będzie w Syrii pokoju na warunkach rosyjskich. Znów Putin się przeliczył – Amerykanie okazali się twardsi, niż myślał. Za błąd w kalkulacjach prezydenta życiem i zdrowiem zapłaciły setki Rosjan.

źródło:
Zobacz więcej