Prezydent morderca. Duterte nie przestaje zaskakiwać

Rodrigo Duterte ma wiele za uszami (fot. Jes Aznar/Getty Images)

Dziwolągi, wariaci, maniacy. Niezależnie od szerokości geograficznej, zawsze na scenie politycznej musi być miejsce dla jakichś cudaków. Zwykle zajmują oni miejsce na jej marginesie, ale zdarza sie, że sięgają po władzę. Takim kuriozum jest prezydent Filipin Rodrigo Duterte, który ostatnio rozkazał żołnierzom, żeby nie zabijali terrorystek, tylko strzelali im w waginy... Kim jest polityk, który swego czasu nazwał papieża Franciszka i Baracka Obamę sk...synami?

Mugabe nie jest ginącym gatunkiem. Dyktatorzy trzymają się mocno

Upadek Roberta Mugabego w Zimbabwe nie musi być znakiem czasów oznaczającym kres dyktatur. Wydawało się, że cezurą będzie rozpad ZSRR, który...

zobacz więcej

Rodrigo Roa Duterte urodził się 28 marca 1945 roku w Maasin w prowincji Timog Leyte, mieście dużym, ale leżącym na prowincji. Jego dziadek od strony matki był chińskim imigrantem z prowincji Fujian. Pochodzenie było jedną z przyczyn problemów małego „Rody’ego”, ale jak zobaczymy nie jedyną. Chłopiec odebrał dobre wychowanie, miał właściwe przykłady w domu – jego ojciec Vicente G. Duterte był prawnikiem z ludu Visayan, zaś matka Soledad Duterte nauczycielką.

Od wczesnych lat mógł poznawać tajniki władzy, jego ojciec został bowiem burmistrzem miasta Danao, a nawet gubernatorem prowincji. Zresztą więcej członków rodziny „robiło” w samorządach. Wujek Ramon i kuzyn Ronald byli burmistrzami Cebu. Dutertowie byli też spokrewnieni z politycznymi klanami Durano i Almendra.

Można przypuszczać, że Rodrigo był trudnym dzieckiem. Objawiło się to w szkole. Z dwóch liceów wyrzucano go za złe zachowanie. Mimo to poszedł w ślady ojca i również został prawnikiem. Praktykę rozpoczął w biurze prokuratora miejskiego w Davao i przez dziesięć lat awansował z czwartego na drugiego asystenta prokuratora.

Ofiara molestowania

Fakt, że ukończył studia jest nielichym osiągnięciem, biorąc pod uwagę jego wcześniejsze przejścia oraz wybuchowy temperament. Ale po kolei. Duterte wyznał, że jako 14-latek padł ofiarą molestowania seksualnego ze strony księdza. Konferencja Biskupów Katolickich Filipin zobligowała go do podania nazwiska sprawcy. Ten wskazał na o. Marka Falveya, jezuitę zmarłego w 1975 roku.

Faktycznie Falvey był winny molestowania nieletnich. W 2007 roku ujawniono, że Towarzystwo Jezusowe zapłaciło 16 mln dolarów ofiarom księdza pedofila z regionu Los Angeles. W 2008 roku jezuici wypłacili też 100 tys. dolarów ofierze brata Marka, o. Arthura Falveya. Sęk w tym, że nie wiadomo, który z Falveyów służył w Davao.

Prezydent Filipin walczy z korupcją i zapowiada czystki w rządzie

Prezydent Filipin Rodrigo Duterte zapowiedział, że rozpocznie wkrótce, jak to sam określił, „nową falę czystek w rządzie i siłach zbrojnych”....

zobacz więcej

Zapytany przez hierarchów, dlaczego milczał na temat napaści, Duterte wyjaśnił, że był zbyt młody i bał się, że nikt mu nie uwierzy. Dodatkowo onieśmielała go władza księży. Jeżeli faktycznie przyszły prezydent padł ofiarą molestowania, może to tłumaczyć skandaliczne słowa pod adresem Ojca Świętego, ale do tego wrócimy.

Charakter „Rody'ego” ujawnił też incydent, do którego miało dojść na uczelni. Podczas mityngu politycznego w kwietniu 2016 roku, już jako 16. prezydent Filipin, wyznał, że strzelił do kolegi ze studiów, który miał mu dokuczać z powodu jego pochodzenia.

„Strzelałem do ludzi”

– Prawda jest taka, że strzelałem do ludzi. Przed obroną pracy na uczelni San Beda strzeliłem do człowieka, który mnie przezywał. Było to w korytarzu – relacjonował. Potem zapewnił w rozmowie z mediami, że student przeżył, ale nie chciał mówić nic więcej na temat tego incydentu. Jak się jeszcze przekonamy, nie była to jedyna osoba, do której strzelał. Tych mogą być dziesiątki, a może i setki...

Przypuszczalnie student faktycznie przeżył awanturę z Rodrigo, ale innym to się nie udało. Podczas spotkania z Filipińczykami mieszkającymi w wietnamskiej prowincji Da Nang Duterte pochwalił się, że śmiertelnie dźgnął innego człowieka, bez szczególnego powodu.

– Gdy byłem nastolatkiem, trafiałem do więzienia. Wiecie, bójka tu, bójka tam... Gdy miałem 16 lat zabiłem człowieka. Podczas bójki pchnąłem go nożem. Miałem 16 lat. Tylko dlatego, że spojrzeliśmy się na siebie – opowiadał bez cienia skruchy.
Prezydent Filipin przyznał, że zabijał ludzi (fot. Jes Aznar/Getty Images)

Tysiąc morderstw tygodniowo. Filipiny zalewa fala przemocy

Około tysiąca zabójstw w miesiącu – to wynik antynarkotykowej polityki prezydenta Filipin Rodrigo Duterte. Po objęciu najwyższego urzędu w państwie...

zobacz więcej

Pospolite zabójstwo, strzelanina nie przeszkodziły Dutertemu w karierze politycznej. W 1986 roku został wybrany na burmistrza Davao. Nie zasłynął reformami poprawiającymi los najbiedniejszych, czy imponującą rozbudową infrastruktury, a mimo to rządził miastem przez 20 lat. Jego największym osiągnięciem było zwiększenie bezpieczeństwa. Zrobił to w swoim gangsterskim stylu.

Cel do wyeliminowania

– Jeśli popełniasz przestępstwo w moim mieście, jesteś kryminalistą albo częścią syndykatu żerującego na niewinnych mieszkańcach. Jak długo jestem tu burmistrzem, tak długo będziesz moim celem do wyeliminowania – oświadczył i potem konsekwentnie się tego trzymał.

Warto zwrócić uwagę na zwrot „wyeliminowania”. Duterte nie straszył sądem, ani więzieniem tylko egzekucjami. Polityka „zero tolerancji” przyniosła skutek i popularność wśród mieszkańców. Gdy obejmował urząd burmistrza, Davao było miastem bezprawia, stolicą morderstw. Tu swoje centra mieli piraci terroryzujący statki handlowe oraz przemytnicy, nie mówiąc już o dilerach narkotyków.

Przeciwko nim ambitny samorządowiec nie wysyłał już jedynie policji czy wojska, ale szwadrony śmierci mordujące rzeczywistych i domniemanych przestępców. Przed wyborami prezydenckimi w 2016 roku media ujawniły, że Duterte wyznał, iż osobiście angażował się w działalność takich grup. Zamiast się wybielać, polityk wszystko potwierdził.

– W Davao zabijałem osobiście. Chciałem pokazać policjantom, że skoro ja mogę, to oni też – wyznał szczerze. – Jeździłem po ulicach Davao na motocyklu, patrolowałem ulice, ale też szukałem problemów. Tak naprawdę szukałem konfrontacji, żebym mógł kogoś zabić – chwalił się już po zaprzysiężeniu na prezydenta.

Prezydent Filipin chce „zjadać” islamistów. „Dajcie mi sól i ocet”

– Będę 50 razy bardziej brutalny niż Państwo Islamskie – zapowiedział prezydent Filipin Rodrigo Duterte, komentując ciężkie walki toczone w...

zobacz więcej

Ćwiartowali ciała ofiar

Kilka miesięcy wcześniej przed filipińskim Senatem w sprawie pozasądowych egzekucji zeznawał były szef jednego ze szwadronów śmierci Edgar Matabato. Opowiadał jak Duterte, gdy był jeszcze burmistrzem Davao, ukrywając się pod pseudonimem Charlie Mike osobiście zastrzelił agenta służby bezpieczeństwa z pistoletu maszynowego Uzi. Na polecenie szefa Matabato ćwiartował ciała ofiar i wrzucał do morza bądź na pożarcie krokodylom. Wśród zabitych byli m.in. właściciel hotelu, instruktor tańca, czy... była sympatia córki mera.

Inny były szef szwadronu śmierci, emerytowany oficer policji Arturo Lascanas wyznał, że członkowie grupy otrzymywali od 20 tys. do 100 tys. pesos za głowę (400-2000 dolarów). Cena była uwarunkowana od rangi zabitego.

Lascanas ujawnił, że wśród ofiar był m.in. dziennikarz radiowy nieprzychylny burmistrzowi, zabójstwo to było dotąd nierozwikłaną sprawą. Opowiedział, że osobiście zabił około 200 osób – podejrzanych o przynależność do świata przestępczego, ale też ludzi mediów i politycznych przeciwników Dutertego. Na jego rozkaz miał też wspólnie z Matabato dokonać zamachu bombowego w jednym z meczetów.

Wiadomo, że członkowie szwadronów śmierci ubierali się na czarno i po zatłoczonych uliczkach podróżowali głównie na motocyklach. Wśród nich znajdował się wieczorami specjalny jeździec w skórzanej kurtce, kasku i z pistoletem – Duterte, będący policjantem, sędzią i katem w jednej osobie.

Zaczaił się na moście

Na początku swojego urzędowania w charakterze burmistrza, wziął udział w pościgu za porywaczami, którzy mieli zgwałcić jedną z kobiet. Także w tym przypadku nie doszło do przewodu sądowego. Cwany polityk zaczaił się na zbirów na moście, słusznie zakładając, że będą nim uciekać, a gdy się pojawili całą trójkę wystrzelał. Amnesty International szacuje, że bilans szwadronów śmierci to co najmniej 1400 ofiar.

Duterte cieszy się popularnością wśród mieszkańców Filipin (fot. Jes Aznar/Getty Images)

Policja na Filipinach dopuszcza się masowych zabójstw

Filipińska policja, która za prezydentury Rodriga Duterte rozpoczęła brutalną walkę z przestępczością narkotykową, przy poparciu władz dopuszcza...

zobacz więcej

– Przyznaję, że jestem w stu procentach terrorystą. Ale terroryzuję tylko dilerów narkotyków, porywaczy, gangsterów i innych kryminalistów. Kidnaperzy, handlarze narkotyków z innych miast – wyzywam was – przybywajcie do mojego miasta. Wtedy będę mógł was wykończyć – zaapelował.

Wgląd w osobliwą naturę Dutertego dał również głośny incydent, do którego doszło w Davao, gdy był burmistrzem tego miasta. 13 sierpnia 1989 roku z więzienia uciekło 16 osadzonych. Byli to recydywiści z gangu Wild Boys of DaPeCol kierowanego przez Felipe Pugoya i Mohammada Nazir Samparaniego, którzy wcześniej uciekli z kolonii karnej.

Zbiegowie wzięli do niewoli 15 protestanckich misjonarzy z organizacji Radosne Zgromadzenie Boga. Negocjacje i akcja odbicia zakładników trwała dwa dni, wśród negocjatorów był m.in. Duterte. W tym czasie gangsterzy wielokrotnie zgwałcili, a następnie poderżnęli gardło australijskiej misjonarce Jacqueline Hamill.

Skandaliczne słowa

Operacja zakończyła wystrzelaniem przestępców, ale śmierć poniosło także sześcioro zakładników. Ówczesny burmistrz Davao oglądał potem zwłoki zabitych. Przed wyborami prezydenckimi w 2016 roku wyciekło nagranie z jego skandalicznymi słowami o Hamill.

– Spojrzałem w jej twarz, k..., co za strata. Wyglądała jak hollywoodzka aktorka. Byłem zły, ponieważ została zgwałcona, ale była taka piękna. Burmistrz powinien mieć ją pierwszy – wypalił z głupia frant.

„Osobiście zabijałem przestępców”. Prezydent Filipin znów szokuje

Prezydent Filipin Rodrigo Duterte potwierdził doniesienia mediów dotyczące jego wcześniejszych słów, że osobiście angażował się w operacje...

zobacz więcej

Potem zapewniał, że to co powiedział nie było żartem. Przeprosił też Filipińczyków. – Taki mam styl, tak mówię. Słowa te wypowiedziałem będąc w stanie wściekłości na sprawców – kajał się. Wypowiedź, która powinna go zdyskwalifikować z udziału w polityce, co ciekawe nie zaszkodziła mu. W cuglach wygrał wybory, jawiąc się jako „bohater mas” i został pierwszym człowiekiem z Mindanao, który objął najwyższy urząd w państwie.

Żeby zostawić już barwną karierę Dutertego samorządowca, warto wskazać, że w 2013 roku na stanowisku zastąpiła go 39-letnia córka, Sara Duterte-Caprio. Ona już wprawdzie nie włączała się do egzekucji wykonywanych przez szwadrony śmierci, ale i tak w tym przypadku potwierdza się powiedzenie „niedaleko pada jabłko od jabłoni”. Sympatyczna Sara potrafiła choćby spoliczkować sędziego.

Zbawca

Przenieśmy się do 16 czerwca 2016 roku. Populista Rodrigo Duterte zostaje zaprzysiężony na 16. prezydenta Filipin. Z łatwością wygrywa wybory, dzięki sławie „protektora” i „zbawcy” Davao. Tego dnia kraj zmienił się na zawsze. Prezydent szybko przeniósł zwyczaje z miasta, którym zarządzał, na całe Filipiny.

Wkrótce po zaprzysiężeniu wypowiedział zdecydowaną wojnę narkomanii. Oczywiście nie w głowie mu były kampanie informujące społeczeństwo o szkodliwości zażywania takich substancji. – Hitler dokonał masakry trzech milionów Żydów. Mamy trzy miliony narkomanów, byłbym szczęśliwy jakby zniknęli – wyjaśnił Duterte.

Ulice wielu miast z miejsca spłynęły krwią. Za każdego zabitego narkomana władze wypłacały po 5 tys. pesos (ok. 100 dolarów), zaś za dilerów nawet 15 tys. pesos (300 dolarów), więc za wymierzanie „sprawiedliwości” wzięli się zwykli ludzie. – Jeśli znacie jakiegoś ćpuna, idźcie i go zabijcie, proszenie o to ich rodziców byłoby dla nich zbyt bolesne – zaapelował.

Duterte wydał bezlitosną wojnę terrorystom (fot. Jes Aznar/Getty Images)

35 ofiar dziennie. Szwadrony śmierci „czyszczą” Filipiny z dealerów i narkomanów

Od lipca na Filipinach zabito prawie 1900 osób. Wszystko to w ramach walki z przestępczością narkotykową – poinformował komendant główny policji....

zobacz więcej

Co ciekawe, jeżeli starczy mu determinacji, wkrótce sam może przekonać się o bólu straty dziecka. Jego syn Paolo i zięć są podejrzani o przemyt narkotyków o wartości 125 mln dolarów. – Jeśli zostaniesz zatrzymany, to cię zabijemy. I będę bronił policjantów, którzy to zrobią – obiecał prezydent, który faktycznie ułaskawia funkcjonariuszy, skazanych za okrutne morderstwa.

Krwawy bilans

Ile ofiar pochłonęła walka prezydenta z narkomanią? Policja wskazuje, że ponad 7 tys., ale organizacja Human Rights Watch szacuje, że nawet kilkanaście tysięcy — nie tylko osób uzależnionych, ale też złodziei i dzieci ulicy. W statystykach prezydenta to wciąż niewiele. Podczas kampanii obiecywał, że w pierwszych miesiącach będzie to ponad sto tysięcy. – Wrzucę do rzek tyle ciał zabitych, że ryby się utuczą – zapowiadał.

Duterte nie przejmuje się opinią społeczności międzynarodowej zarzucającej mu łamanie praw człowieka. – Mam w d... prawa człowieka – powiedział przy jednej okazji. Gdy za masakry został skrytykowany przez ówczesnego prezydenta USA Baracka Obamę odpowiedział mało elegancko: „Co on sobie wyobraża? Nie jestem żadną amerykańską kukłą. Odpowiadam wyłącznie przed obywatelami Filipin. Sk...synu, przeklnę cię!”.

Obama nie był jedynym przywódcą obrażonym przez Dutertego. Gdy na Filipiny przyjechał papież Franciszek, zręczny dyplomata wypalił pod adresem Ojca Świętego: „Ty sk...synu, wracaj do domu i nigdy się tu więcej nie pokazuj”. Gdy wypowiedź przedostała się do mediów, prezydent nie chciał przeprosić, tylko dalej atakował. Powiedział, że Kościół katolicki i księża to banda hipokrytów, która za kasę odpuści każdy, nawet najcięższy grzech. Tę niechęć oczywiście można tłumaczyć tym, że jako dziecko miał paść ofiarą molestowania.

Filipińska kara za łapownictwo? Zrzucenie z helikoptera

Budzi strach w swoim kraju i konsternację na całym świecie. Prezydent Filipin Rodrigo Duterte tym razem grozi śmiercią skorumpowanym politykom....

zobacz więcej

Kampania przeciwnarkotykowa nie jest jedyną prowadzoną przez prezydenta. Kraj, w większości chrześcijański, od kilku dekad zmaga się z islamskimi terrorystami, którzy zajmują kilka wysp w południowej części Filipin. Najgroźniejszą organizacją jest Abu Sajaf, której bojownicy złożyli przysięgę na wierność Państwu Islamskiemu i stosują te same metody co islamiści w Syrii i Iraku, polegające m.in. na przeprowadzaniu zamachów terrorystycznych, porywają też dla okupu.

Będzie zjadał terrorystów

W ubiegłym roku ciężkie walki toczyły się szczególnie o wyspy Bohol i Jolo. Duterte oświadczył, że nie będzie żadnej taryfy ulgowej. – Będę 50 razy bardziej brutalny niż Państwo Islamskie – zapowiedział, wskazując co spotka złapanych żywcem terrorystów. – Dajcie mi sól i ocet, a będę zjadał ich wątroby – zażądał.

Ostatnio Duterte z właściwym sobie wdziękiem wziął się za walkę z korupcją. Nakazał zniszczenie aut odebranych urzędnikom. Pod gąsienicami buldożera zniszczono 20 samochodów wartych łącznie 1,2 mln dolarów. – Urzędnicy nie mogą mieć takich samochodów. Oddajcie je na złom, niech zrobią z nich zabawki – stwierdził. Przyznał wprost, że to wyraźny sygnał dla myślących o wzięciu łapówki.

Nie można jednak powiedzieć o prezydencie, żeby był oderwany od rzeczywistości. W styczniu nakazał wojsku i policji, by go zastrzeliły „jeśli pozostanie u władzy i stanie się dyktatorem”. Zresztą niedawno 71-letni Duterte przyznał, że codziennie męczy go migrena, bolą plecy i nie jest pewien, czy dotrwa do końca kadencji.

źródło:
Zobacz więcej