Izrael ma duży problem. Po co Netanjahu poleciał do Putina

Dużo ważniejsze od historii jest to, co dzieje się teraz w Syrii i Libanie (fot. PAP/EPA/SERGEI CHIRIKOV)

Uroczystości z okazji Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu były dla premiera Izraela jedynie pretekstem, by polecieć do Moskwy. Dużo ważniejsze od historii jest bowiem to, co dzieje się teraz w Syrii i Libanie. I co się może wydarzyć w najbliższym czasie.

„Polska chce na nowo pisać swoją historię”. Protest ambasadora

Ambasador RP w Paryżu Tomasz Młynarski wyraził oburzenie treścią programu nadanego przez państwowy kanał telewizji France 2 w sprawie przyjętej...

zobacz więcej

Benjamin Netanjahu po raz kolejny ostrzegł Władimira Putina przed utrwaleniem militarnej obecności Iranu w bezpośrednim sąsiedztwie Państwa Żydowskiego. To samo mówił już w Soczi w sierpniu ub.r. Bez efektów – po pół roku nie widać, żeby Moskwa jakoś wpłynęła na irańskiego sojusznika. Tymczasem pozycja Izraela słabnie z każdym miesiącem – teraz największym zagrożeniem nie jest tylko doświadczony bojami w Syrii Hezbollah, ale intensywnie realizowany przez Iran program budowy wysoce precyzyjnych rakiet, tuż pod nosem Izraela.

Atak na Fabrykę 400

W nocy z 6 na 7 września 2017 roku w przestrzeń powietrzną nad południowym Libanem wleciała para samolotów wojskowych z Gwiazdami Dawida na skrzydłach. Izraelczycy odpalili rakiety w cel pod zachodniosyryjskim miastem Masyaf w prowincji Hama. Obiekt przemysłowy znany jako Fabryka 400 to własność Syryjskiego Centrum Naukowych Studiów i Badań (CERS), rządowej agencji zajmującej się pracami nad bronią niekonwencjonalną. Z ustaleń służb izraelskich i zachodnich wynika, że Fabryka 400 była zaangażowana w irański program zwiększania precyzję rakiet bojowych. Tuż obok składowano pociski ziemia-ziemia. Według byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego premiera Izraela, generała Yakova Amidrora, stąd rakiety trafiały na uzbrojenie Hezbollahu. Strona izraelska podkreślała też, że w Masyaf produkowano broń chemiczną – zresztą warto zwrócić uwagę, że atak nastąpił kilkanaście godzin po tym, jak śledczy ONZ formalnie oskarżyli syryjski rząd o współudział w chemicznym ataku na miasteczko Chan Szajchun w kwietniu 2017 r., kiedy zginęło 83 cywilów.

Atak na Fabrykę 400 był pierwszym przypadkiem, gdy izraelska armia uderzyła nie w konwój czy magazyny, ale zakład produkcyjny. Nie w bojówki Hezbollahu, ale w formalną własność rządu Syrii. Zdaniem Amosa Yadlina, byłego szefa wywiadu wojskowego, tym atakiem Izrael wysłał „trzy ważne sygnały”: że nie pozwoli na produkcję broni strategicznej; że będzie pilnował nakreślonych „czerwonych linii”, nawet jeśli ignorują je mocarstwa; że nawet obecność rosyjskiej obrony przeciwlotniczej nie uchroni przed izraelskimi nalotami.

Yadlin nawiązał tu do dwuznacznej postawy Moskwy, która z jednej strony pozwala izraelskiemu lotnictwu atakować konwoje przewożące broń dla Hezbollahu, a z drugiej nic nie robi z umacniającymi się w Syrii wojskowymi wpływami Iranu. Co ciekawe, Rosjanie nie zareagowali też na atak na Fabrykę 400, choć bateria ich nowoczesnego systemu rakietowego S-400 stacjonuje 40 km od celu. Być może była to decyzja polityczna, żeby nie strącać izraelskich pocisków. Ale też niewykluczone, że po prostu rosyjska obrona przeciwlotnicza w Syrii nie jest wcale tak skuteczna, jak ją stara się przedstawiać Moskwa (dyskusje na ten temat rozgorzały już w kwietniu 2017 po rakietowym uderzeniu Amerykanów na bazę wojsk Asada).

Wrześniowy atak koło Masyaf, jak i grudniowe uderzenie na inny obiekt należący do CERS, tym razem w rejonie Jamraya niedaleko Damaszku, pokazują, jak ważne dla Izraela jest powstrzymanie budowy przez Iran zakładów produkujących precyzyjne rakiety w Libanie i Syrii. Teheran zrobił w tej dziedzinie bardzo duże postępy, m.in. dzięki wykorzystaniu rosyjskiego systemu satelitarnego GLONASS. Wiadomo, że Hezbollah już posiada dziesiątki tysięcy rakiet. Możliwość realizacji irańskiego programu na miejscu, w Syrii i Libanie, spowoduje, że w rękach tego śmiertelnego wroga Państwa Żydowskiego znajdą się precyzyjne rakiety o zasięgu od 100 do 500 km. Wówczas niewiele pomogą ataki na konwoje z bronią sprowadzaną z Iranu – cały Izrael znajdzie się w ogromnym niebezpieczeństwie.

Rosja i jej sojusznicy

Dlatego premier Benjamin Netanjahu usiłuje namówić Moskwę do bardziej stanowczych działań, mających zapobiec utrwaleniu irańskiej obecności wojskowej w Syrii. Już podczas sierpniowego spotkania w Soczi szef izraelskiego rządu ostrzegł Putina, że jeśli będzie to konieczne, Państwo Żydowskie na własną rękę, nie oglądając się na nikogo, podejmie militarne działania. W listopadzie zaś minister obrony Avigdor Liberman tak pisał na Twitterze: „Właśnie zakończyłem dwudniową wizytę na północnym froncie. Nie pozwolimy szyickiemu Iranowi ulokować się w Syrii i nie pozwolimy przekształcić Syrii w przyczółek przeciwko Izraelowi. Ktokolwiek tego nie rozumie, powinien zrozumieć”.

Jan Mosiński: Problem leży po stronie państwa izraelskiego

Goście programu „Minęła 8” komentowali relacje polsko – izraelskie w kontekście ustawy IPN.

zobacz więcej

Izrael sądzi, że Rosja również niechętnie patrzy na irańskie plany w Syrii – choćby utworzenia baz wojskowych. Problem w tym, że niewiele z tym robi. Widać dziś wyraźnie, że punktowe powietrzne ataki izraelskie – za zgodą Moskwy – nie zatrzymały Iranu w Syrii. Niepokoić Tel Awiw musi też postawa rosyjska wobec Hezbollahu i Hamasu. Jeśli chodzi o Partię Boga, to jest ona w Syrii faktycznym sojusznikiem Rosji (choć ta pozwala na izraelskie ataki na konwoje Hezbollahu). Znaczące było też zachowanie Moskwy podczas dyskusji w ONZ na temat przedłużenia mandatu sił pokojowych w Libanie (UNIFIL). Rosjanie nie pozwolili na umieszczenie jakichkolwiek negatywnych wzmianek o Hezbollahu w dokumentach. Rosja od lat prowadzi też przyjazną politykę wobec Hamasu (w 2006 r. Putin zaprosił kierownictwo tej organizacji do Moskwy po jej wyborczym zwycięstwie w Strefie Gazy), który – jak ostrzega Nadav Argaman, szef Szin Bet, zacieśnia w ostatnim czasie współpracę z Hezbollahem.

Swego czasu rosyjski ambasador w Izraelu Andriej Demidow stwierdził, że Izrael musi rozmawiać z Hamasem. Zapytany, czemu więc Rosja nie rozmawia z Czeczenami, odpowiedział, że czeczeński problem to wewnętrzna sprawa Rosji. Trudno o lepszy przykład polityki Kremla, który decyduje, kto jest, a kto nie jest terrorystą. Czeczeni są terrorystami, ale Hezbollah lub Hamas nie – bo to odpowiada interesom Moskwy.

Interesom Moskwy odpowiada też zwycięstwo Baszara el-Asada. Tyle że to oznacza nowe wyzwania dla Izraela. Jak mówił 20 listopada ub.r. minister Liberman, „Asad wygrał i teraz kontroluje około 90 proc. zamieszkałego terytorium Syrii. Zaczyna tworzyć nowe dywizje i brygady, w tym obrony powietrznej. Syryjska armia więcej się szkoli. Są lepiej przygotowani i jest więcej sygnałów pod naszym adresem, że są gotowi stawić nam czoła. Mają baterie SA-22, które są bardzo skuteczną bronią, ale nie wiedzą jeszcze, jak to wykorzystać”. Pewniejsi siebie Syryjczycy zaczęli na jesieni ub.r. reagować na izraelskie ataki, choćby strzelając w kierunku samolotów. Nie niesie to żadnego zagrożenia dla maszyn i pilotów, ale demonstruje zmianę w postawie Damaszku. Na to jednak musi reagować Izrael, skoro swoboda operacyjnego działania jego lotnictwa to jedna z trzech głównych czerwonych linii nakreślonych już na początku wojny.

16 października, kilka godzin przed lądowaniem rosyjskiego ministra obrony Siergieja Szojgu w Izraelu, syryjska bateria obrony przeciwlotniczej wystrzeliła pocisk rakietowy SA-5 w stronę izraelskiego samolotu wykonującego patrol nad Libanem. Pocisk nie sięgnął celu, a odpowiedź nastąpiła po dwóch godzinach. Izraelskie lotnictwo zniszczyło radar baterii leżącej 50 m na wschód od Damaszku. Z kolei 1 listopada Izrael zbombardował zakłady miedziowe w przemysłowym mieście Hisja w prowincji Homs. Syryjskie wojsko odpowiedziało odpaleniem rakiety ziemia-powietrze – znów nieskutecznie. Do kolejnego incydentu doszło już w tym roku. W nocy z 8 na 9 stycznia pociski wystrzelone z libańskiej przestrzeni powietrznej i Wzgórz Golan spadły na obiekty Gwardii Republikańskiej na północno-wschodnich przedmieściach Damaszku.

Płonąca granica

Rosnące napięcie na linii Tel Awiw-Damaszek, jak również rosnące zagrożenie ze strony Hezbollahu i innych wspieranych przez Iran szyickich formacji, spowodowały, że 3 listopada Izrael oficjalnie ostrzegł – po raz pierwszy od początku wojny syryjskiej – że może militarnie interweniować w Syrii. Punktem zapalnym, który omal nie wywołał izraelskiej ofensywy, były wydarzenia na zamieszkałym przez druzów wschodnim zboczu Góry Hermin, w syryjskiej prowincji Quneitra. 3 listopada bojówki dżihadystów ze związanej z al-Kaidą organizacji Jabhat Fateh al-Sham zaatakowały leżącą zaledwie pięć kilometrów od granicy Izraela wioskę Hader. Mieszkający w niej druzowie zachowują lojalność wobec rządu w Damaszku, podobnie jak druzowie w Izraelu są wierni Państwu Żydowskiemu (w przeciwieństwie do innych mniejszości, służą nawet w armii). Zresztą druzowie po obu stronach granicy są powiązania licznymi więzami pokrewieństwa. W przeprowadzonym przez dżihadystów zamachu bombowym zginęło co najmniej 10 mieszkańców Hader, w tym sześcioro krewnych Akrama Hasoona, druzyjskiego deputowanego Knesetu.

Wieści szybko rozeszły się wśród druzów na Wzgórzach Golan i w całym Izraelu. Wzburzeni ruszyli w stronę granicy, by pomóc mieszkańcom Hader. Izraelska armia zablokowała ich marsz, ale sama zagroziła interwencją, ustami rzecznika przypominając, że jest zobowiązana chronić druzów. To poskutkowało - natarcie dżihadystów na wieś rozbili lokalni bojownicy syryjscy, a druzowie odzyskali kontrolę nad drogami biegnącymi do Hader.

Ambasador Azari: Spór z Polską ws. reprywatyzacji bez związku z ustawą o IPN

Ambasador Izraela Anna Azari przyznała, że trwa spór dyplomatyczny ws. reprywatyzacji. Jednocześnie zapewniła, że spór o kształt ustawy...

zobacz więcej

Wydarzenia wokół Hader potwierdziły wyraźny od jesieni ub.r. wzrost napięcia na granicy izraelsko-syryjskiej. 19 września Izrael zestrzelił sterowany przez Hezbollah dron produkcji irańskiej, który naruszył strefę zdemilitaryzowaną. 21 października cztery rakiety spadły po izraelskiej stronie Wzgórz Golan. 11 listopada Izrael znów zestrzelił drona – tym razem syryjskiego. Tydzień później czołg izraelski oddał strzały ostrzegawcze, gdy syryjscy żołnierze zbliżyli się do strefy zdemilitaryzowanej. Tel Awiw już trzy lata temu ostrzegł, że nie będzie tolerował tutaj żadnej obecności sił związanych z Iranem. Ale i w tej sprawie przekonał się, że trudno będzie liczyć na rosyjską pomoc.

W lipcu ub.r. USA, Rosja i Jordania uzgodniły powstanie tzw. strefy deeskalacji w trzech prowincjach południowo-zachodniej Syrii graniczących z Izraelem i Jordanią. Miało to położyć kres walkom sił rządowych z rebeliantami. Problem w tym, że porozumienie nie blokuje Hezbollahowi i innym szyickim oddziałom dowodzonym przez irańskich oficerów dostępu do obszaru graniczącego z Izraelem. Nic dziwnego, że Tel Awiw natychmiast ogłosił, że w żaden sposób związany ustaleniami ws. deeskalacji i zachowuje prawo do działania na wypadek zagrożenia. Izrael zażądał strefy buforowej szerokości 60 kilometrów, do której irańskie i proirańskie formacje zbrojne nie miałyby prawa wstępu. Obecnie szyickie bojówki mogą się znaleźć nawet zaledwie 15 km od granicy.

Poinformowałem też naszych przyjaciół, przede wszystkim w Waszyngtonie, ale też naszych przyjaciół w Moskwie, że Izrael będzie podejmował działania w Syrii, włącznie z Syrią południową, zgodnie z naszymi porozumieniami i z wymogami naszego bezpieczeństwa - premier Izraela Benjamin Netanjahu, 13 listopada 2017.

Izrael pod ścianą

Według syryjskiej opozycji, w sąsiadującej ze Wzgórzami Golan prowincji Deraa tworzony jest Batalion 313 – jednostka związana z irańskim Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej. Izrael nie chce tuż obok stałych baz sił proirańskich, zwłaszcza gdyby zostały uzbrojone one w precyzyjne rakiety. To oczywiste, że wojskowa obecność w Syrii daje Iranowi dużo lepszą pozycję w razie wojny z Państwem Żydowskim. Jak mówił szef sztabu IDF (Israeli Defense Forces), generał Gadi Eisenkot, „Iran chcą skonsolidować i utrwalić swoją obecność w Syrii. Na lądzie, w powietrzu i na morzu. Irańczycy budują też obiekty wywiadowcze. To znaczące dla nas zagrożenie”.

W nocy z 1 na 2 grudnia izraelskie lotnictwo zaatakowało i częściowo zniszczyło tajemniczy obiekt leżący zaledwie 50 km od Wzgórz Golan. Według źródeł wywiadów państw zachodnich powstać tu miała pierwsza stała baza dla szyickich oddziałów operujących w Syrii. Iran ma też ambicje założenia bazy nad Morzem Śródziemnym (irańskie okręty wojenne mają już za sobą demonstracyjny rejs w te rejony). Dowódca irańskiej armii generał Mohammad Hossein Bagheri zdążył już ogłosić, że baza morska w Syrii miałaby stać się takim samym środkiem odstraszania, jakim wcześniej były instalacje atomowe.

Podczas wizyty w Rosji w sierpniu ub.r. Netanjahu przekonywał Putina, że bez usunięcia Irańczyków i szyickich milicji z Hezbollahem na czele z Syrii, niemożliwy będzie pokój w tym kraju. Zapewne raz jeszcze powtórzył to podczas zakończonych dopiero co rozmów w Moskwie – tym razem jeszcze mocniej, z powodu wzrostu zagrożenia już także na odcinku libańskim.

I wygląda na to, że znów niewiele wskórał. Sugerują to słowa skierowane do dziennikarzy w poniedziałek wieczorem, po spotkaniu z prezydentem Rosji: „Izrael nie będzie tolerował irańskich wysoce precyzyjnych rakiet w Libanie i Syrii, jeśli zajdzie potrzeba, uderzymy w nie w Libanie”.


źródło:
Zobacz więcej