Historia i wybory, Smoleńsk i gaz. Wschodnie wyzwania nowego rządu

Andrzej Duda i Petro Poroszenko (fot. REUTERS/Gleb Garanich)

Trudno nie odnieść wrażenia, że to, co na wschód od naszych granic, coraz mniej interesuje nasze władze. Polityki wschodniej jako całościowej koncepcji Polska nie ma już od wielu lat, a teraz nawet dwustronne relacje z sąsiadami w rodzaju Rosji i Ukrainy, o zapomnianej Białorusi nie wspominając, zdają się być dla decydentów jedynie uciążliwym balastem. Fakt, trudno tu o sukces; wschodnia dyplomacja przypomina raczej pole minowe.

Kto gra w Polsce Ukrainą?

zobacz więcej

W nowy rok z nowym polskim rządem. Najważniejsze zmiany w kontekście Wschodu nastąpiły w resortach obrony narodowej i spraw zagranicznych. Co ciekawe, akurat te dymisje w Rosji i na Ukrainie przyjęto z ostrożnym optymizmem, choć oczywiście z różnych powodów. Moskwę usatysfakcjonowała dymisja Antoniego Macierewicza, Kijów – Witolda Waszczykowskiego.

Mieszane uczucia

Rosyjskie media przyjęły doniesienia o zmianie rządu w Polsce raczej pozytywnie. Przede wszystkim ze względu na dymisję Macierewicza, któremu od razu wypomniano, że jest zwolennikiem teorii zamachu w Smoleńsku.

Były już szef MON był znienawidzony w Moskwie jednak za dwie inne rzeczy. Po pierwsze za wkład we wzmocnienie nie tylko potencjału obronnego Polski, ale też całej wschodniej flanki NATO. Różnie można oceniać byłego ministra, ale na pewno w Sojuszu słuchano uważnie tego, co mówi o rosyjskim zagrożeniu. Do tego dochodziły bardzo dobre relacje z Amerykanami.

Ale jest i druga rzecz, dotycząca już tylko polskiego bezpieczeństwa: personalne wietrzenie armii, wykorzenianie resztek wpływów Wojskowych Służb Informacyjnych, awans młodszej, patriotycznej kadry oficerskiej i utworzenie obrony terytorialnej. Po trzecie, Rosjanom nie mogło się podobać podejście Antoniego Macierewicza do Ukrainy.

- Ukraina jest ważnym, niepodległym państwem, którego interesy powinny być respektowane tak samo jak interesy innych państw - mówił (w dniu dymisji zresztą) Macierewicz w Polskim Radio 24.

Stwierdzenie, że polskim priorytetem jest przywrócenie jedności i niepodległości Ukrainy, było jasnym nawiązaniem do agresji rosyjskiej. To, co budziło wrogość Moskwy, zupełnie inaczej przyjmowano w Kijowie. Przez ostatnie dwa lata chyba w żadnej innej dziedzinie relacje polsko-ukraińskie nie były tak dobre, jak w obronności. Wystarczy wspomnieć wielonarodową brygadę litewsko-polsko-ukraińską, wspólne przedsięwzięcia w zakresie szkolenia czy projekty współpracy zbrojeniowej.

Jeśli z żalem będą wspominać w Kijowie Macierewicza, to zupełnie odmienne nastroje są w przypadku Waszczykowskiego. Z zadowoleniem przyjęto dymisję, jak pisały niektóre media, „ministra Ukrainofoba”. Jego następca to dla Kijowa znak zapytania. Tym bardziej, że wszyscy zdają sobie sprawę, że nowy szef MSZ ma się skoncentrować na stosunkach z Unią Europejską.

Telefoniczną rozmowę Jacka Czaputowicza z ukraińskim odpowiednikiem Pawłem Klimkinem (11 stycznia) można uznać za potwierdzenie utrzymania linii Warszawy wobec Kijowa: poparcie dla integralności terytorialnej, wsparcie europejskich aspiracji, rozwiązanie problematycznych kwestii historycznych.

Ostrzelano z granatnika polski konsulat w Łucku na Ukrainie

Nieznani sprawcy ostrzelali polski konsulat w Łucku na zachodzie Ukrainy. Nikt nie ucierpiał. „Potwierdzamy, że po północy czasu miejscowego w...

zobacz więcej

Nowe otwarcie?

Rosja zbliża, historia dzieli – tak najkrócej można podsumować nasze relacje z Kijowem. I ciszej i spokojniej będzie na froncie w Donbasie, tym głośniejszy będzie spór o Stepana Banderę, Wołyń czy akcję „Wisła”. Polityczne happeningi z obu stron na pewno nie służą rozwiązywaniu problemów, ale też dymisja Waszczykowskiego nie poprawi automatycznie relacji Polski z Ukrainą. Tym bardziej, że ciężar odpowiedzialności za ich poprawę przesunięto, jak się wydaje, poza MSZ.

Podczas ostatniej wizyty w Charkowie prezydent Andrzej Duda ustalił z prezydentem Petrem Poroszenką, że uregulowaniem sytuacji zajmie się polsko-ukraińska komisja ds. historycznych. Na jej czele mają stanąć wicepremier Pawło Rozenko oraz wicepremier i minister kultury Piotr Gliński. Czeka ich trudne zadanie. Wydaje się, że jedną z największych przeszkód jest ciągłe zrzucanie winy za pogorszenie relacji polsko-ukraińskich na Rosję. Taki pogląd prezentuje też Rozenko („Doskonale przecież rozumiemy, kto chce skorzystać na tym zaostrzeniu i rozumiemy, że za niszczeniem ukraińskich upamiętnień w Polsce i dewastacją polskich upamiętnień na Ukrainie nie stoi nikt inny, tylko Rosja”).

Wicepremier ma niebawem złożyć wizytę w Warszawie. Wywiad udzielony telewizji 5. Kanał to przedstawienie wyjściowego stanowiska przed rozmowami z Glińskim. Mamy więc znów słowa o „równoprawnym dialogu” bez „ultimatów czy gróźb”, tezę, że trzeba dialog na tematy historyczne odpolitycznić i że powinni zajmować się nimi fachowcy. Problem w tym, że z takimi fachowcami jak szef ukraińskiego IPN Wołodymyr Wiatrowycz, deeskalacji z stosunkach z Warszawą nie będzie.

Uważam, że naszym wspólnym hasłem powinno być hasło „za waszą i naszą wolność”. Oczywiście jesteśmy dorosłym krajem i dorosłym narodem i mamy swoje rozumienie własnej historii, ale będziemy rozmawiać z naszymi polskimi przyjaciółmi na podstawie naszych przyjaznych stosunków. Należy wstrzymać spekulacje i upolitycznianie tej kwestii. (Pawło Klimkin, szef MSZ Ukrainy)

Duda: Polska była, jest i będzie przy Ukrainie

zobacz więcej

Historia jako narzędzie

Spór o historię nie wygaśnie choćby z racji nadchodzących rocznic. Najpierw będziemy mieli 75. rocznicę Rzezi Wołyńskiej, niedługo później 100. rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. I o ile pamięć o wspólnie prowadzonej wojnie z bolszewikami (1919-20) zbliża Polaków i Ukraińców, to już wydarzenia 1918 r. – wręcz przeciwnie, o czym przypominają wciąż problemy z renowacją Cmentarza Orląt Lwowskich.

Na takiej glebie rozkwita aktywność prowokatorów i rozmaitych prorosyjskich środowisk – zresztą po obu stronach granicy. Niepokoić musi nasilenie ataków na publicystów i ekspertów opowiadających się za jak najściślejszą współpracą Polski z Ukrainą. Szczególnie zapalnym tematem, wykorzystywanym przez wrogów Ukrainy w Polsce i wrogów Polski na Ukrainie, może być imigracja zarobkowa ze Wschodu. Niektóre szacunki mówią, że do końca roku nad Wisłą może już mieszkać i pracować nawet 3 mln przybyszów z Ukrainy.

Czynnikiem nie zbliżającym, a dzielącym Warszawę i Kijów będzie też wewnętrzna sytuacja polityczna w obu krajach. Bardziej na Ukrainie, gdzie z wolna rozkręca się kampania przed wyborami prezydenckimi na wiosnę 2019 r. Kandydaci będą chętnie grali kartą nacjonalizmu, przede wszystkim skierowanego przeciwko rosyjskiemu agresorowi, ale skutkiem ubocznym szermowania hasłami i tradycjami Bandery i Szuchewycza, OUN i UPA będzie szkodzenie relacjom z Polską. Co gorsza, oczekiwać tego można także ze strony prezydenta Poroszenki. Tym bardziej, im mocniej będzie on atakowany w kraju za miękkość wobec Moskwy.

NPW odpiera zarzuty Rosjan. „Ze zdumieniem przyjmuję ich stanowisko, większość wniosków zrealizowaliśmy”

– Z 31 rosyjskich wniosków o pomoc prawną strona polska zrealizowała zdecydowaną większość. Nadal czekamy na realizację własnych wniosków złożonych...

zobacz więcej

Polityczny gaz

Niemniej wciąż więcej łączy nas z Ukrainą niż dzieli. Najważniejszym czynnikiem jest oczywiście wspólny wróg na wschodzie; co do tego wątpliwości w Warszawie i Kijowie nie ma. Kaczyński nie jest Orbanem – na szczęście dla Ukraińców. Jakakolwiek zbrojna eskalacja w Donbasie będzie sprzyjać stanowi polsko-ukraińskich stosunków. Tyle że w tym roku, co najmniej do piłkarskiego mundialu w Rosji, nie należy oczekiwać agresywnych kroków Moskwy. Przeciwnie – Putin ostatnio stara się przedstawiać jako peacemaker, chętny oddać Donbas Kijowowi (wymiana jeńców, kwestia misji ONZ), ale oczywiście na rosyjskich warunkach. To może siać pewien zamęt na Zachodzie i być wykorzystane do poluzowania sankcji wobec Rosji (zwłaszcza przy przychylnych Moskwie socjaldemokratach w niemieckim rządzie).

Wydaje się, że najwięcej do zrobienia jeśli chodzi o naszą politykę wobec Ukrainy można wciąż zrobić w gospodarce i obronności. Trzeba szukać porozumienia w obszarach współpracy wojskowej i przede wszystkim energetycznej. Pierwsze kroki wykonano już w sektorze gazowym – i oby taką politykę kontynuowano. Zresztą tenże gaz, który zbliża nas do Kijowa, jest jednocześnie przyczyną konfliktu z Moskwą. Walka z monopolistycznymi praktykami Gazpromu to pole dla owocnej współpracy polsko–ukraińskiej.

W tym roku powinien zapaść wyrok w międzynarodowym arbitrażu i jest właściwie przesądzone, że będzie korzystny dla PGNiG. Ale i tak kluczową kwestią pozostaje kontrakt jamalski. Z polskiej strony padły jasne deklaracje, że nie będziemy go przedłużać. Można więc spodziewać się różnych działań Gazpromu i jego politycznych protektorów, by zmusić Polaków do ustępstw na tym polu, chociażby uderzając w projekt kluczowy dla uniezależnienia się od rosyjskiego gazu: Baltic Pipe.

Zdecydowanie głośniej jednak o innym infrastrukturalnym przedsięwzięciu, zupełnie inaczej postrzeganym przez Warszawę i Moskwę. Wygląda na to, że najbliższe miesiące będą decydujące w sprawie przyszłości Nord Stream 2. Tutaj możemy liczyć na Ukrainę, kraje bałtyckie, ale przede wszystkim Stany Zjednoczone. Czy to wystarczy do pokonania koalicji rosyjsko-niemieckiej, wspieranej przez inne zachodnioeuropejskie wielkie koncerny?

Rosja przemieszcza bombowce na granicę z Polską. Załogi latały nad Syrią

Ponad 20 samolotów bombowych Su-34 i kilka rozpoznawczych Su-24MR zostało przebazowanych do Kaliningradu z macierzystej bazy lotniczej w Woroneżu....

zobacz więcej

Razem i osobno

Batalia o Nord Stream 2 potwierdza, że nie da się prowadzić polityki wobec Rosji w oderwaniu od międzynarodowych realiów. Temperatura relacji polsko-rosyjskich w największym stopniu – już od kilku lat – zależy do klimatu na linii Zachód-Rosja. O ile administracja Trumpa utrzymuje ostry kurs wobec Kremla – co widać choćby po zwiększaniu sankcji i dostawie broni dla Ukrainy – to już Europa coraz wyraźniej szuka sposobów, by doszło jeśli nie do resetu, to choćby odwilży w relacjach z Putinem.

Sprzyjać temu będzie bardziej koncyliacyjne oblicze gospodarza Kremla w najbliższym półroczu. Po pierwsze, wybory prezydenckie w marcu. Po drugie, w czerwcu i lipcu mistrzostwa świata w piłce nożnej. Do tego czasu Kreml będzie chciał zmniejszyć napięcie z Zachodem. Jeśli jednak niczego nie ugra, nastąpi zaostrzenie kursu. To akurat byłoby korzystne dla Polski. Działa wciąż bowiem stara zasada: im gorzej na linii Rosja-Zachód, tym lepiej dla nas.

Stosunek Moskwy do Polski jest pochodną relacji Kremla z Białym Domem. Dla Rosjan jesteśmy ekspozyturą amerykańskich wpływów w Europie Środkowej i Wschodniej. Jak stwierdził 15 stycznia Siergiej Ławrow, oceniając relacje z Warszawą, „Będziemy gotowi do dialogu, ale w tym celu nasi polscy koledzy powinni oczywiście zrozumieć, że dialog jest możliwy tylko na podstawie wzajemnego uwzględniania interesów, a nie na podstawie prób dyktowania nam czegoś ze świadomością, że za plecami są Amerykanie i inne jastrzębie w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego”.

Moskwa krytykuje Polskę za „przeciwdziałanie wszelkim propozycjom bardziej realistycznego spojrzenia na stosunki z Rosją” w NATO i UE. Unijne i natowskie narzędzia, jakimi dysponują członkowie obu organizacji, bywają dla Rosjan bardzo kłopotliwe, gdy sięgają po nie kraje niechętne Moskwie.

Przykładem takiego polskiego działania, która zirytowało mocno Rosjan, jest uniemożliwienie wjazdu do strefy Schengen rosyjskiego politologa, znanego propagandzisty kremlowskiego Olega Bondarienki. Gdy 14 stycznia przyleciał do Berlina na imprezę partii Die Linke, został deportowany do Moskwy. Okazało się, że w listopadzie Polska wystąpiła z wnioskiem, by zakazać mu wjazdu do UE na trzy lata.

Chyba jedyną istotną kwestią w stosunkach Warszawy z Moskwą, którą można uznać za typowo dwustronną, jest śledztwo smoleńskie. Satysfakcja Rosjan z dymisji Antoniego Macierewicza wynikała m.in. z jego poglądów na ten temat („Kommiersant”: „Z polskiego rządu usuwani są radykałowie”). Tyle że szybko się okazało, że to on pokieruje pracami podkomisji smoleńskiej na ostatnim etapie przygotowania raportu. A ten na pewno nie będzie dla Moskwy korzystny.

Wbrew pozorom to dla Rosjan wciąż istotna sprawa, o czym mówi reakcja na oświadczenie polskiej podkomisji smoleńskiej z 10 kwietnia o eksplozjach w Tu-154. Już nazajutrz oświadczenie wydał prowadzący po stronie rosyjskiej śledztwo ws. Smoleńska Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej. Oświadczył, że wersja o eksplozji została sprawdzona i nie znalazła potwierdzenia oraz że do takich samych wniosków doszedł też Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK).

Kampania dyskredytująca ustalenia podkomisji smoleńskiej to tylko część informacyjnej gry, jaką będzie prowadziła Rosja wobec Polski. I to właśnie może być głównym wyzwaniem dla Warszawy na odcinku rosyjskim. W „klasycznej” dyplomacji przełomu nie będzie, choć docierają już do MSZ pewne sygnały – czego wcześniej nie było – o potrzebie intensyfikacji roboczych kontaktów z Rosją, na razie na średnim i niskim szczeblu. Nie sposób oceniać tego w oderwaniu od relacji Polski z Brukselą i Berlinem. To one są teraz priorytetem dla rządu. Na wschodnim froncie na razie bez zmian – przynajmniej oficjalnie.

źródło:
Zobacz więcej