Gałązka Oliwna ociekająca krwią. Jak Rosja sprzedała sojusznika

Żołnierze tureccy nieopodal granicy syryjsko - tureckiej w Hatay (fot. PAP/EPA/SEDAT SUNA)

Turecka ofensywa na kurdyjską enklawę Afrin otworzyła nowy front w syryjskiej wojnie domowej. Operacja nie byłaby możliwa bez przyzwolenia Rosji. Moskwa do ostatniej chwili negocjowała równocześnie z obiema stronami konfliktu, w końcu to Ankara zaoferowała więcej. Rosjanie sprzedali Afrin za wysoką cenę, ale w dłuższej perspektywie może ich to sporo kosztować. Tej zdrady Kurdowie Moskwie nie zapomną.

Syria: Rosjanie bombardują w tzw. strefie deeskalacji w prowincji Idlib

W ciągu minionej doby w nalotach rosyjskich siły powietrznych zginęło ok. 850 dżihadystów – podała agencja Interfax, powołując się na rosyjskie...

zobacz więcej

Nie ma przypadków, są tylko znaki. Zaraz po wizycie dowódcy tureckiej armii w Moskwie Rosjanie wycofali swoich ludzi z Afrin, a turecka artyleria nasiliła ostrzał enklawy. Dzień później tureckie samoloty zaatakowały z pełną swobodą, choć wcześniej Damaszek ostrzegał, że będzie je zestrzeliwał. A tymczasem siły Asada w sąsiedniej prowincji Idlib odebrały strategiczną bazę rebeliantom, których chronić powinna Ankara.

Kolejne dwa dni później rosyjska prasa podała, że Turcja zgadza się na budowę drugiej nitki gazociągu Turecki Potok. Żadnym już zaskoczeniem nie mogły być więc słowa Erdogana o zawarciu turecko-rosyjskiej umowy ws. ofensywy w Afrin. Moskwa i Ankara dokonały transakcji, której ofiarą są z jednej strony Kurdowie zdradzeni przez Rosję, a z drugiej – syryjscy rebelianci opuszczeni przez Turcję. Trzecim przegranym mogą być Amerykanie – choć tu dużo jeszcze zależy od dalszych losów Operacji Gałązka Oliwna.

- Nadszedł czas, aby całkowicie zniszczyć projekt organizacji separatystycznej polegający na stworzeniu syryjskiego korytarza terrorystycznego. Zakończymy krok, który rozpoczęliśmy podczas operacji „Tarcza Eufratu”, kontynuując go w Afrin i Manbidż – taką deklarację prezydent Tayyip Recep Erdogan złożył 9 stycznia na forum tureckiego parlamentu. Wydawało się, że to znów tylko pusta groźba. Wszak Kurdowie mogli czuć się bezpiecznie z asystą rosyjskich żołnierzy w Afrin i amerykańskich w Manbidż.

Tyle że w tygodniach poprzedzających wystąpienie Erdogana w bezpośrednim sąsiedztwie Turcji doszło do dwóch bardzo istotnych dla jej bezpieczeństwa wydarzeń. Okazało się, że USA nie zamierzają po pokonaniu Daesh porzucać kurdyjskich sojuszników, zaś wspierany przez Rosję i Iran reżim Asada zaatakował ostatni znaczący bastion rebelii. Ankara uznała, że zostanie ograna i zostanie z pustymi rękami w powojennej Syrii, jeśli natychmiast nie wkroczy do gry.

Turcy rozpoczęli bombardowania syryjskich Kurdów, sprzymierzeńców USA

Premier Turcji Binali Yildirim poinformował w sobotę, że tureckie lotnictwo rozpoczęło atak na kurdyjską enklawę Afrin w prowincji Aleppo na...

zobacz więcej

Gałązka Oliwna

Afrin to kurdyjska enklawa na północy prowincji Aleppo, najbardziej na zachód położony zwarty obszar w zamieszkałym przez Kurdów pasie ciągnącym się wzdłuż granicy tureckiej (Rożawa). Nieprzypadkowo Ankara właśnie Afrin uznała za najsłabszy punkt faktycznej autonomii kurdyjskiej w północnej Syrii. W wyniku Operacji Tarcza Eufratu (2016) i utworzenia tzw. strefy deeskalacji w Idlib (2017) Turcja zyskała wygodne pozycje strategiczne. Jej żołnierze znaleźli się w październiku zeszłego roku (jako siły nadzorujące rozejm w Idlib) na południe od Afrin, są też oczywiście na północ od enklawy. Do tego, na wschód od niej stacjonują oddziały rebelianckiej, sprzymierzonej z Ankarą Wolnej Armii Syryjskiej (FSA).

W Afrin może być teraz nawet prawie milion ludzi, z czego ponad połowa to uchodźcy z innych regionów Syrii. Teraz nie mają za bardzo gdzie uciekać, bo w sąsiedniej prowincji Idlib toczą się ciężkie walki. Enklawę kontrolują kurdyjskie milicje znane jako Ludowe Jednostki Samoobrony (YPG). Szacuje się, że jest ich tu ok 8-10 tys. bojowników.

Przez ostatnie dwa lata Kurdowie silnie ufortyfikowali Afrin, m.in. kopiąc mnóstwo tuneli i bunkrów, które zabezpieczają przed ogniem tureckiej artylerii. Dlatego Turcja musiała zaatakować na lądzie i w powietrzu.

Rozpoczętej w sobotę 20 stycznia wieczorem operacji nadano kryptonim Gałązka Oliwna – tureckie media ujawniły właśnie, że plan ofensywy był gotowy już od trzech miesięcy. Turcja uderzyła pod hasłami likwidacji terrorystycznego zagrożenia dla jej granicy (Ankara uznaje YPG za organizację terrorystyczną z racji związków tej formacji z PKK). Wkraczające z północy oddziały tureckie wsparła Wolna Armia Syryjska, której oddziały mają otoczyć enklawę. Głównym celem jest leżące na południowy wschód od Afrin miasto Tel Rifaat (od dwóch lat pod kontrolą Kurdów).

Po trzech dniach nalotów straty wśród ludności cywilnej wynosiły około 20 ofiar, w tym kobiet i dzieci. W poniedziałek 22 stycznia Erdogan podkreślił, że Turcja nie wycofa się z operacji i przejmie kontrolę nad enklawą Afrin, tak jak to było wcześniej w przypadku syryjskich miast Dżarablus, Al-Rai i Al-Bab. Turecki prezydent potwierdził też, że jest porozumienie z Rosją w sprawie tej operacji.

Misja do Moskwy

Od początku było jasne, że operacja wojskowa przeciwko Afrin wymaga zgody Rosji, która rozmieściła wcześniej w enklawie ok. 300 swych żołnierzy. Co więcej, polityczne skrzydło YPG, czyli PYD, już dawno otworzyła w Moskwie swoje przedstawicielstwo. Kurdowie byli w bieżącym kontakcie z rosyjskimi wojskowymi (czemu nie przeszkadzała ich równoczesna współpraca z Amerykanami – bo to było w innym rejonie Syrii), a do tego współpraca kurdyjsko-rosyjska ma wieloletnią bogatą tradycję. Kurdowie mieli więc wszelkie powody, by wierzyć, że nie zostaną zdradzeni przez Moskwę. Na dodatek Kreml ogłosił, że zaprosi syryjskich Kurdów do rokowań pokojowych w Soczi (co zresztą wywołało natychmiast ostrą krytykę Ankary i niezadowolenie części syryjskiej opozycji).

Jeszcze 15 stycznia Siergiej Ławrow oświadczył, że ma nadzieję, iż rozejm w Afrin będzie przestrzegany. 18 stycznia władze w Damaszku ostrzegły, że ewentualna operacja turecka w regionie Afrin zostanie uznana za akt agresji, a tureckie samoloty przeprowadzające ataki na terytorium Syrii będą zestrzeliwane. Ale rosyjski sprzymierzeniec nie wiedział chyba jeszcze, że w Moskwie rosyjscy i tureccy generałowie dobijają właśnie targu.

18 stycznia z przygotowaną naprędce wizytą do Moskwy przybyli szef sztabu tureckiej armii gen. Hulusi Akar i szef wszechpotężnego wywiadu MIT Hakan Fidan. Tego samego dnia szef tureckiego MSZ Mevlut Cavusoglu w wywiadzie dla CNN Turk powiedział, że „Rosjanie nie powinni sprzeciwiać się” operacji w Afrin.

Zgoda Moskwy była konieczna przede wszystkim z racji rosyjskiego panowaniu w powietrzu nad enklawą. No i był wojskowy personel w bazie Kafr Jannah, położonej pomiędzy Azaz (kontrolowana przez Turków strefa Tarczy Eufratu) a Afrin, a więc bezpośrednio na linii ognia. Tuż po spotkaniu Turków z Siergiejem Szojgu i szefem sztabu Walerijem Gierasimowem, Rosja zaczęła się stamtąd wycofywać.

Licytacja po rosyjsku

Ale o zgodzie Moskwy na wkroczenie Turków świadczy przede wszystkim otwarcie dla ich lotnictwa przestrzeni powietrznej nad Afrin. Znamienne jest też oficjalne stanowisko Rosji. MSZ zaapelowało do stron o „wzajemną powściągliwość i zachowanie spokoju” – choć każdy widzi, kto tu jest agresorem.

Kurdowie są na Rosję wściekli. W opublikowanym oświadczeniu PYD otwarcie obciążyła Moskwę winą za ofensywę na Afrin: „Wiemy, że bez zgody globalnych sił, a głównie Rosji, której wojska znajdują się w Afrin, Turcja nie mogłaby zaatakować cywilów, wykorzystując przestrzeń powietrzną. Tak więc czynimy Rosję odpowiedzialną, podobnie jak Turcję i podkreślamy, że Rosja jest zbrodniczym partnerem Turcji w masakrowaniu cywilów w regionie”. Również arabsko-kurdyjska koalicja SDF (jej trzonem są YPG), wspierana przez USA i zbudowana do walki z Daesh, nazwała działanie Rosji „niemoralnym” i „zdradzieckim”.

Do ostatniej chwili Rosjanie prowadzili grę na dwóch frontach. Groźbą ataku tureckiego próbowali wymusić na Kurdach ustępstwa – choćby oddanie części bogatych w węglowodory terenów wokół Deir ez-Zor reżimowi Asada. Kurdowie ujawnili, że Rosja naciskała też, żeby oddali kontrolę nad Afrin Asadowi. Gdyby to zrobili, znaleźliby się pod ochroną i do tureckiego ataku miałoby nie dojść. W rozmowach z Rosjanami YPG zaoferowały jednak co najwyżej oddanie siłom reżimu bazy powietrznej Menagh, na południe od Azaz, ale ostatecznie nie doszło to do skutku.

Co takiego Rosja dostała od Turków? Ankara potwierdziła oficjalnie, że zgadza się na budowę morskiego odcinka drugiej nitki gazociągu Turecki Potok, który ma biec z Rosji po dnie Morza Czarnego i przejąć część gazu obecnie przesyłanego przez Ukrainę - podał dziennik „Wiedomosti”. Taką wiedzę miał mieć szef Gazpromu już 19 stycznia, w wigilię napaści tureckiej na Afrin.

Być może umowa przewiduje też, że po rozbiciu Kurdów i krótkotrwałej okupacji Turcja wycofa się, przekazując kontrolę nad enklawą siłom Baszara al-Asada. Nie wiadomo, czy nie będzie to wstępem do zmiany stanowiska Ankary ws. przyszłości Asada. Dotychczas Turcy zdecydowanie sprzeciwiali się pozostaniu dyktatora – co było jednym z dwóch (obok stosunku do Kurdów) głównych punktów spornych pomiędzy Rosją a Turcją. Rosja zyskuje jeszcze jedno: ostry kryzys w relacjach Turcja - USA. To oznacza osłabienie od wewnątrz NATO, nie wspominając o sytuacji geostrategicznej w Syrii.

„Zgodziliśmy się z Rosją przestrzegać pokojowych zasad w Afrin, ale teraz pozwala ona tureckim samolotom atakować Afrin. To oznacza, że Rosja nas zdradziła” (Keno Gabriel, rzecznik Syryjskich Sił Demokratycznych)

Ofensywa w Idlib

Putin i Erdogan zapewne dogadali się w sprawie sytuacji w prowincji Idlib. W zeszłym roku powstała tam jedna z tzw. stref deeskalacji (pomysł Rosji, poparty przez Iran i Turcję), zdominowana przez rebeliantów walczących z Asadem. W tym sprzymierzone z Turkami umiarkowaną Wolną Armię Syryjską i islamistyczną Ahrar al-Sham.

Jest też trzecia, najsilniejsza tu, formacja zbrojna. To związana z al-Kaidą organizacja Hayat Tahrir al-Sham (HTS). Rokowania w Astanie i Genewie uznaje za zdradę, a Rosja zalicza ją do tej samej kategorii co Daesh, więc nie obejmuje jej rozejmem. Co innego Turcy, którzy doszli do porozumienia z HTS, dzięki czemu ich wojsko w październiku mogło w ogóle wejść do Idlib, w celu monitorowania „deeskalacji”.

Tyle że pod koniec grudnia armia syryjska, wspierana przez Iran i Rosję, zaatakowała w Idlib. Oficjalnie w celu rozprawienia się z dżihadystami, ale chodzi o likwidację ostatniego znaczącego bastionu rebelii i opanowanie prowincji. Oczywiście Ankara – jako gwarant „strefy deeskalacji” – zaprotestowała i nawet wezwała na dywanik ambasadorów Rosji i Iranu. Ale wszystko skończyło się tylko na ostrej retoryce, bo Erdogan dostrzegł, że to daje mu okazję do rokowań z Putinem ws. podziału stref wpływów w Syrii.

Dużo wskazuje na to, że doszło do handlu: Turcy dostali wolną rękę w Afrin, a w zamian porzucili na pastwę Asada wspieranych dotychczas rebeliantów w Idlib. 20 stycznia, w dniu rozpoczęcia tureckiej Operacji Gałązka Oliwna, wojska rządowe opanowały bardzo ważną bazę lotniczą Abu al-Duhur. To oznacza rozcięcie rebelii w Idlib na dwie części i daje świetną pozycję wyjściową do zdławienia oporu.

Z danych ONZ wynika, że od połowy grudnia walki w Idlib oraz sąsiednich prowincjach Hama i Aleppo zmusiły ponad 200 tys. cywilów do opuszczenia domów. Tyle są warte słowa Władimira Putina z 11 grudnia o zakończeniu wojny w Syrii.

Test dla Amerykanów

Rosyjsko-turecka zmowa ws. Afrin usztywni stanowisko Rożawy wobec „pokojowych” wysiłków Moskwy i wobec reżimu w Damaszku. Syryjscy Kurdowie prawdopodobnie nie skorzystają z zaproszenia Ławrowa i nie będą uczestniczyć w zaplanowanym na 29-30 stycznia kongresie w Soczi. Zdrada ze strony jednego z dwóch wielkich sojuszników powinna też w naturalny sposób zbliżyć Kurdów z drugim sojusznikiem – Amerykanami.

Problem w tym, że reakcja, a właściwie brak reakcji USA na tureckie działania, bardzo rozczarowuje YPG i PYD. Kurdowie mają pretensje do Amerykanów nie tylko o obecne stanowisko (zaledwie umiarkowana krytyka Ankary przy jednoczesnym „zrozumieniu” jej obaw o bezpieczeństwo), ale chyba nawet bardziej o bezczynność jeszcze przed 20 stycznia. Gdy Erdogan miotał groźbami, amerykańskie dowództwo umyło ręce, twierdząc, że Afrin nie leży w strefie działań międzynarodowej koalicji. Dla USA ważna jest teraz Dolina Eufratu; to, co na zachodzie, to zdaniem Waszyngtonu sprawa Rosji. Tyle że Kurdowie doskonale pamiętają stanowisko USA sprzed pół roku. Kiedy Turcja zagroziła atakiem na Afrin, a YPG ostrzegły, że pójdą na odsiecz enklawie, amerykański sojusznik skutecznie wyperswadował Ankarze agresję. Dlaczego? Bo wtedy jeszcze broniła się Rakka, „stolica” Daesh. A to Kurdowie (w ramach SDF) odgrywali główną rolę w walkach o to miasto. W październiku Rakka padła, więc teraz Amerykanie mogli puścić mimo uszu apele kurdyjskiego sojusznika, nie chcąc w imię Afrin jeszcze bardziej narażać relacji z Turcją.

Tyle, że pozostaje jeszcze Manbidż. To miasto leży na wschód od Afrin, ale też na zachodnim brzegu Eufratu. W 2016 r. oddziały SDF wyparły stąd dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego przy wsparciu koalicji, wygrywając swoisty wyścig z Turkami (Operacja Tarcza Eufratu). W 2017 r., aby zapobiec przejęciu miasta przez wspierane przez Turcję oddziały arabskie, Amerykanie rozmieścili w Manbidż swoje siły specjalne.

Erdogan i inni najwyżsi urzędnicy tureccy powtarzają od wielu dni, że celem Operacji Gałązka Oliwna jest wyparcie kurdyjskich bojowników nie tylko z Afrin, ale też Manbidż. Jeśli faktycznie Ankara podejmie taką próbą, to będzie naprawdę poważnym testem dla USA.

Trump nie Putin

Kurdowie mogą mieć wiele żalu do Amerykanów, ale muszą przyznać, że w przeciwieństwie do Rosjan ci sojusznicy nie zamierzają porzucać Rożawy, choć oczywiście za decyzją USA o utrzymaniu militarnych wpływów w Syrii nawet po pokonaniu Daesh nie stoi tylko zwykła lojalność wobec sprzymierzeńca. Decyzja o budowie Sił Bezpieczeństwa Granicznego (BSF) pokazuje, że sojusz USA z YPG nie skończy się wraz z wykorzenieniem IS, na co nadzieję mogła mieć Ankara. Turcy twierdzą, że zapewniał o tym Erdogana w ostatniej rozmowie telefonicznej prezydent Donald Trump.

Tymczasem 6 stycznia turecka agencja Anadolu doniosła, że CIA szkoli w obozie Sabah al Hayir, na południu prowincji Hasakah, członków nowej zbrojnej formacji. Siły Bezpieczeństwa Granicznego mają zostać rozmieszczone w północno-wschodniej Syrii wzdłuż granic obszaru kontrolowanego przez SDF i YPG. Oficjalne potwierdzenie tego faktu przez Amerykanów 14 stycznia wywołało wściekłość Ankary i zwiększyło jej determinację, by zaatakować Afrin. Erdogan oświadczył, że Waszyngton „buduje armię terroru” na granicy Syrii z Turcją, więc „naszym obowiązkiem jest zdusić to, zanim się narodzi”. Decyzję Amerykanów o utworzeniu BSF skrytykowały też władze Rosji, Iranu oraz rząd syryjski.

Docelowo, w ciągu kilku lat, BSF mają liczyć 30 tys. ludzi. Połowa BSF to mają być ludzie z SDF, głównie Kurdowie, połowa będzie werbowana z lokalnych społeczności zdominowanych przez Arabów. Zasadniczo Kurdowie będą służyć na granicy tureckiej, zaś Arabowie wzdłuż granicy z Irakiem i wzdłuż doliny Eufratu, którą uznaje się za linię rozdzielającą siły SDF i syryjskie siły rządowe wspierane przez Iran i Rosję.

„USA muszą określić, po której stronie są. Czy po stronie sojuszników, czy grup terrorystycznych. Użyjemy własnych środków przeciwko terrorystom niezależnie od tego, kto ich wspiera. Czy są to USA czy inne kraje, to dla nas nie ma znaczenia” (Mevlut Cavusoglu, szef MSZ Turcji)

SDF, których trzon stanowią kurdyjscy bojownicy, panuję obecnie nad blisko 25 proc. syryjskiego terytorium wzdłuż granic z Turcją i Irakiem. Kurdowie kontrolują prawie 700 km z liczącej 911 km granicy z Turcją. Pojawienie się BSF nie zmieni więc de facto sytuacji. Rzecznik YPG Nuri Mahmoud tłumaczył, że BSF to nie jakaś nowa armia, ale próba instytucjonalizacji luźnej koalicji SDF po zakończeniu wojny z Daesh. Ale to właśnie niepokoi Ankarę, która wszelkie próby sformalizowania kurdyjskiej autonomii, czy to wojskowe, czy polityczne, uznaje od razu za casus belli.

Pentagon odrzuca oskarżenia, że USA tworzą u granic Turcji „terrorystyczny korytarz i terrorystyczną armię” z udziałem Kurdów. USA podkreślają, że nie można dopuścić, aby tzw. Państwo Islamskie odrodziło się na tych terenach. Erdogana to nie przekona, bo dla Turków od lat wrogiem numer jeden są Kurdowie, a nie dżihadyści. Jeśli Donald Trump nie chce ponieść klęski w Syrii, a nawet przeciwnie, zyskać na rosyjskiej zdradzie Kurdów – nie może więcej cofać się pod turecką presją.

źródło:
Zobacz więcej