Poszedł na pierwszy ogień. Gnyś pierwszym zwycięzcą II wojny światowej

Władysław Gnyś brał udział m.in. w bitwie o Anglię (fot. Tony Hisgett)

To była niemal samobójcza misja. Ociężały górnopłat stanął do walki z nowoczesnymi niemieckimi maszynami. Władysław Gnyś wiedział, że nie ma szans. Po krótkiej potyczce odleciał, wkrótce dostrzegł bombowce lecące nieść śmierć cywilom. Bez wahania zaatakował i strącił dwie bestie. Były godziny poranne 1 września 1939 roku. Lotnictwo III Rzeszy straciło pierwsze maszyny...

Córka generała, śpiewaczka, pilot. Jedyna kobieta, która zginęła w Katyniu

Jej ojciec gen. Józef Dowbor-Muśnicki we wspomnieniach pisał, że „pierwszy poznał się na bolszewickiej zarazie”. Gdy do radzieckiej niewoli trafiła...

zobacz więcej

Polscy piloci zapisali się złotymi zgłoskami w annałach II wojny światowej. Pełne fantazji czyny Stanisława Skalskiego czy Jana Zumbacha są dobrze znane. Warto jednak przypomnieć bohatera, który, choć nie miał tylu okazałych zwycięstw, również okrył się chwałą w walce w niemieckimi samolotami.

Jego życie to wręcz gotowy materiał na scenariusz filmowy. Zwycięstwo, zestrzelenie, postrzał przez SS-mana, ucieczka z obozu jenieckiego, honorowe odstąpienie przeciwnika. – Jak na ironię wrogowie oszczędzili mu życie przy więcej niż jednej okazji – wskazuje Stefan Gnyś, syn pilota i autor poświęconej mu biografii „First kills”, która właśnie ukazała się na rynku brytyjskim.

Władysław Gnyś przyszedł na świat 24 sierpnia 1910 roku w Sarnowie, niewielkiej wiosce nieopodal Kozienic na Mazowszu. Praca na roli nie była szczytem jego marzeń. Od małego marzył o przestworzach, samolotach prujących chmury, eleganckich mundurach. Wiedział, że któregoś dnia wstąpi do sił powietrznych.

Na roli

Musiał jednak cierpliwie poczekać na swoją szansę. Rodzice Jan i Marianna woleli, żeby przejął po nich gospodarstwo, jedno z większych w okolicy – sporo ziemi i dwa młyny, choć I wojna światowa i wojna polsko-bolszewicka nieco uszczupliła majątek. Po ukończeniu szkoły z internatem w Radomiu wrócił na ojcowiznę i wraz z bratem prowadził młyn, uprawiał buraki cukrowe i hodował karpie.

Marzenia o lotnictwie go nie opuszczały. Służbę w wojsku rozpoczął jesienią 1931 roku. Najpierw przeszedł ćwiczenia ogólnowojskowe. Po dwóch latach wysłano go na kurs pilotażu do Grudziądza, po ukończeniu którego przydzielono go do 4 Pułku Lotniczego w Toruniu. Dziecięce sny zaczęły się spełniać...

Zapasy z losem. Tragiczna historia Sosabowskich

Znał ból sieroty i ojca, którego jeden syn stracił życie, a drugi wzrok. Znał głód i zawód, gdy mimo poświęcenia i niezwykłych dokonań, bohatera...

zobacz więcej

Namiastkę trudów służby miał już w trakcie studiów. 11 maja 1935 roku w trakcie ćwiczeń zespołowych zderzył się w powietrzu z samolotem PZL P.7 por. Dionizego Durki. Kolega zginął w katastrofie, zaś kpr. Gnyś zdołał wylądować z urwanym podwoziem. Dowództwo wyróżniło go pochwałą w rozkazie dziennym dowódcy pułku. Otrzymał też Brązowy Krzyż Zasługi.

Ukończył Szkołę Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie (z siódmą lokatą w drugiej promocji), następnie Szkołę Podchorążych dla Podoficerów w Bydgoszczy, a po promocji do stopnia podporucznika w Dęblinie 15 czerwca 1939 roku otrzymał przydział do 121 Eskadry Myśliwskiej w Krakowie. Wojna wybuchnie za kilka tygodni.

Wojna!

1 września niemiecka nawała zaatakowała Polskę z lądu, morza i powietrza. O godz. 5.45 Gnyś wystartował z lotniska w Balicach. Wraz z dowódcą III/2 Dywizjonu Myśliwskiego, kpt. Mieczysławem Medweckim miał przechwycić wrogie bombowce wracające z bombardowania Krakowa.

Polscy piloci w przestarzałych myśliwcach PZL P.11c stanęli do walki z nowoczesnymi lekkimi bombowcami szturmowymi Ju-87. Medwecki szybko został zestrzelony przez sierż. Franka Neuberta nad polami pod wsią Chrosna w Małopolsce. Kapitan był pierwszym pilotem, który poległ w II wojnie światowej. Gnyś stoczył krótki pojedynek z por. Johannesem Brandenburgiem oraz Neubertem, który przyleciał wspomóc kolegę. Po serii manewrów będący bez szans polski pilot wykonał ostry skręt i zdołał uciec wrogom.

Gnyś kontynuował lot, wiedząc, że gdzieś w powietrzu suną dwa ciężkie i słabo zwrotne Dorniery Do-17 z 77 Pułku Bombowego Luftwaffe. Napotkał je w okolicach Olkusza i zaatakował. „W pierwszej chwili zauważyłem, że strzelec do mnie strzela, ale po kilku seriach przestał strzelać i lewy silnik zaczął lekko dymić” – opisze po latach starcie.

Niemieckie bombowce Gnyś strącił, pilotując myśliwiec PZL P.11c (fot. Wiki/Alan Wilson)

Polski pilot Franciszek Kornicki zwyciężył w plebiscycie „Telegrapha”

Podpułkownik Franciszek Kornicki, ostatni żyjący polski pilot, który walczył w bitwie o Anglię, ma być bohaterem wystawy na stulecie brytyjskiego...

zobacz więcej

„Wyrwałem w górę. Samoloty niemieckie zaczęły schodzić w dół. Zaatakowałem powtórnie samolot, który poprzednio był przeze mnie atakowany, przechodził na moją stronę. Strzelec samolotu strzelał. Oddałem kilka długich i dobrych, jak mi się wydawało, serii i zszedłem w dół. Znalazłem się dość nisko nad ziemią. Po wyciągnięciu samolotów nie widziałem i sądziłem, że schowały mi się za wzgórze, pomimo jednak obserwacji przypuszczalnego kierunku lotu, samolotów zobaczyć nie mogłem. Było to dla mnie jednak dziwne” – relacjonował.

Krótka seria

„Widziałem coś dymiącego się na ziemi, ale się temu nie przyglądałem i wziąłem kurs na lotnisko. Samoloty przeze mnie atakowane były dwustatecznikowe i jak wtedy określiłem, były to dorniery. W drodze powrotnej oddałem krótką serię do przelatującego He 111, na dużej ode mnie odległości pod kątem około 90 stopni, ale z powodu braku amunicji zawróciłem do bazy. W drodze powrotnej zauważyłem palący się samolot na ziemi kpt. M. Medweckiego” – wspominał.

Dorniery nie odleciały. Zostały zniszczone. Pod presją ostrzału z myśliwca Gnysia jeden z niemieckich pilotów doprowadził do kolizji z drugą maszyną. W efekcie oba bombowce spadły nad miejscowością Żurada niedaleko Olkusza. Niektórzy badacze twierdzą, że zasługa należy się obronie przeciwlotniczej, ale bardziej prawdopodobna jest wersja, iż to pilot myśliwca uszkodził jeden z samolotów, który staranował drugi.

Por. Gnyś został zatem pierwszym pilotem alianckim, którzy zestrzelił niemiecki samolot w czasie wojny. Czasu na świętowanie jednak nie było. 17 września doszło do sowieckiej napaści, tego dnia pilot doznał poważnego zakażenia pokarmowego i nazajutrz został ewakuowany z eskadrą do Rumunii. Granicę przekroczył w Kutach. Ponownie w granicach Rzeczpospolitej stanie niemal 30 lat później...

W Rumunii został internowany w obozie w Tulcei, który zdołał opuścić i przez Bukareszt przedostał się do portu w Bałcziku nad Morzem Czarnym. W listopadzie, z grupą innych lotników, na pokładzie greckiego statku „Patris” dotarł na Maltę, skąd na pokładzie okrętu „Franconia” dotarł do Marsylii. Od razu trafił do Centrum Wyszkolenia Lotnictwa w Lyonie, gdzie został przeszkolony do pilotażu nowoczesnych myśliwców Morane-Saulnier MS.406 i dołączył do polskiego klucza myśliwskiego.

Prochy kpt. Kazimierza Spornego z Dywizjonu 303 spoczęły w Kwaterze Lotników

zobacz więcej

U boku Francuzów

Klucz Frontowy Nr 4 „Bu” walczącego przy dywizjonie Groupe de Chasse III/1 wysłano go do walki nad Belgią, gdzie wziął udział w wielu starciach powietrznych. Wraz z kolegami uszkodził m.in. bombowiec Heinkel He-111, a drugi uszkodził samemu. W jednej z walk zginął jego dowódca por. Kazimierz Bursztyn i Gnyś przejął dowodzenie kluczem.

Po klęsce Francji ponownie musiał uciekać. 21 czerwca 1940 roku wraz z kompanami dotarł do portu Port-Vendres, skąd statkiem odpłynęli do Oranu, a stamtąd drogą lądową przedostali się do Casablanki. Lotników zabrał angielski statek, który przez Gibraltar popłynął do Liverpoolu.

W sierpniu 1940 roku Anglicy przydzielili Gnysia do 302 Dywizjonu Myśliwskiego Poznańskiego. W kolejnych miesiącach na zmianę latał i służył w naziemnym stanowisku dowodzenia 302 Dywizjonu, a następnie 303 Dywizjonu. Potem znowu latał – dowodził eskadrą w 316 i 309 Dywizjonie Myśliwskim Ziemi Czerwieńskiej – ale na kolejne zwycięstwo musiał czekać.

27 sierpnia 1944 roku Gnyś objął dowództwo 317 Dywizjonu „Wileńskiego” i z miejsca poleciał na czele 12 spitfire'ów na bombardowania niemieckiego zgrupowania na południe od Rouen. Jego maszyna została strącona przez obronę przeciwlotniczą. Zdołał wylądować w przesiece w środku lasu, choć rozbił przy tym samolot. Na domiar dostał się pod ogień niemieckiej piechoty z Waffen-SS.

Pocisk w wątrobie

Jedna z kul trafiła Gnysia w plecy. Ranny poddał się. Choć Niemcy często mordowali lotników, zabrali krwawiącego Polaka do szpitala w obozie jenieckim. Lekarzowi nie udało się wyjąć kuli, gdyż utkwiła zbyt głęboko. – Nosił ten pocisk w wątrobie przez ponad 45 lat, aż do śmierci – wskazał jego syn Stefan.

Artystyczna wizja starcia Gnysia z niemieckimi dornierami autorstwa Roya Grinnella

Syn Mela Gibsona zagra w filmie o Dywizjonie 303

Milo Gibson wcieli się w rolę kapitana Johnny’ego Kenta w brytyjskim filmie „Hurricane” – informuje „Variety”. Zdjęcia mają rozpocząć się na...

zobacz więcej

Nie zamierzał pozostawać w niewoli. Mimo poważnych ran szybko podjął próbę ucieczki, ale nie zakończyła się powodzeniem. Druga – już tak. Odnaleźli go członkowie francuskiego Ruchu Oporu i przekazali Anglikom. Polak został przetransportowany samolotem do szpitala w angielskim Swindon, w którym przeszedł wielomiesięczną rehabilitację. Wojowanie się dla niego zakończyło.

Na początku 1945 roku Gnyś podjął naukę w elitarnej Wyższej Szkole Lotniczej w Weston-Super-Mare. Ukończył ją już po zakończeniu wojny i trafił do dowództwa lotnictwa myśliwskiego. Po rozformowaniu Polskich Sił Powietrznych nie przyjął propozycji długoletniego kontraktu w Royal Air Force.

Wiedział, że do rządzonej przez komunistów Polski nie ma po co wracać. Wraz z żoną Barbarą, Brytyjką, zdecydował się wyjechać do Kanady. Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło – rodzice chcieli, żeby zajął się rolnictwem i faktycznie Władysław Gnyś wraz z rodziną zakupili farmę w pobliżu miejscowości Vinemount.

Los emigranta

Długo jednak były pilot nie gospodarzył. Już po trzech latach sprzedał farmę i przeniósł się do miasteczka Grimsby, gdzie znalazł pracę w fabryce samochodów Studebaker, zaś jego żona prowadziła hodowlę psów rasowych. Doczekali się dwójki dzieci – córki Ashley i syna Stefana.

W 1965 roku na krótko przyjechał do Polski. Z należnymi honorami przyjęto go jednak dopiero ponad 30 lat później. W 1996 roku przyjechał na zaproszenie kpt. Stanisława Majcherczyka, prezesa Klubu Seniorów Lotnictwa w Katowicach. – Marzę, by móc odwiedzić ukochany kraj i ucałować krzyż w rodzinnym Sarnowie, zanim Bóg powoła mnie do siebie – zdradził „Dziennikowi Zachodniemu”.

W wieku 100 lat zmarł b. dowódca dywizjonu 303 ppłk Franciszek Kornicki

Nie żyje podpułkownik Franciszek Kornicki, dowódca polskiego Dywizjonu 303, który we wrześniu tego roku zwyciężył w plebiscycie Muzeum Królewskich...

zobacz więcej

Dopiął swego. Były uczestnik kampanii wrześniowej odwiedził między innymi rodzinny Sarnów, Kraków, Olkusz i Żuradę. Z każdym z tych miejsc wiązały się u Gnysia ogromne emocje. W Żuradzie wziął udział w uroczystości nadania swojego imienia tamtejszej szkole podstawowej. W szkole odsłonięto też obelisk i urządzono salę pamięci poświęconą bohaterskiemu pilotowi.

– Łatwiej było mi walczyć z niemieckimi bombowcami, niż opanować wzruszenie wobec okazanej przyjaźni i serca – powiedział skromnie podczas uroczystości. – Jako żołnierz robiłem, co do mnie należało. Dobry Bóg na ramieniu siedział i kule nosił, dzięki czemu jestem z wami.

„Po coś przylatywał?”

Lotnik obejrzał również fragment silnika jednego z zestrzelonych dornierów ze śladami dziur po kulach. – Siedem razy cię trafiłem, po coś przylatywał? – mówił, klepiąc fragment wrogiej maszyny.

W Olkuszu Gnyś przyjął honorowe obywatelstwo miasta, zaś w krakowskim Muzeum Lotnictwa zasiadł za sterami jedynego ocalałego na świecie polskiego myśliwca P11C. Właśnie za sterami takiej maszyny niemal 60 lat wcześniej strącił dwa niemieckie bombowce. W 1998 roku ponownie przyjechał do Polski, gdzie w Pałacu Prezydenckim przyjął go prezydent Aleksander Kwaśniewski.

Po wojnie Władysław Gnyś zaprzyjaźnił się z Frankiem Neubertem, który omal go nie zabił

Pilot z dywizjonu 304 generałem. „Jest dla polskiego lotnictwa postacią pomnikową”

Loty trwały nawet dziesięć godzin. Często w zupełnych ciemnościach i bez żadnej obstawy. Zadanie było jedno – wykryć i rozpoznać jak najwięcej...

zobacz więcej

O polskim lotniku nie zapomniał jego wróg. W latach 80. Frank Neubert, pilot sztukasa, który 1 września 1939 roku zestrzelił kpt. Medweckiego i usiłował zrobić to samo z Gnysiem, zapragnął odszukać swojego przeciwnika, którego „elegancki skręt w lewo” zapamiętał na lata.

Spotkanie z wrogiem

Niemiec odnalazł Gnysia i napisał doń list z prośbą o spotkanie, ale bojąc się odmowy, nie wysłał go przez kolejnych pięć lat. W końcu zaniósł list na pocztę. Po trzech latach przyszła odpowiedź z zaproszeniem do Kanady. Do historycznego spotkania doszło 31 sierpnia 1989 roku, w przeddzień 50. rocznicy starcia. Spotkanie odbiło się głośnym echem. Śmiertelni wrogowie zaprzyjaźnili się. Potem regularnie wymieniali się listami i kilkukrotnie spotkali. Przyjaźń kontynuują także ich dzieci.

Płk Władysław Gnyś zmarł 28 lutego 2000 roku. Kawaler m.in. Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari i trzykrotnie Krzyża Walecznych został pochowany na cmentarzu w Osborn w Kanadzie, obok żony Barbary (pomogła mu napisać autobiografię „Pierwsze spotkanie”).

– Może się nasuwać pytanie, dlaczego mój ojciec był osobą tak wyjątkową w historii, skoro było wielu pilotów polskich myśliwców, którzy brali udział w większej liczbie starć i odnieśli więcej zwycięstw niż on. Odpowiedź jest prosta. Waldemar Gnyś był pierwszym alianckim pilotem, który strącił niemiecką maszynę na froncie II wojny światowej, zaś pół wieku później zaprzyjaźnił się z pilotem, który zabił jego dowódcę i jego niemal również – wskazał Stefan Gnyś.

źródło:
Zobacz więcej