Mugabe nie jest ginącym gatunkiem. Dyktatorzy trzymają się mocno

Robert Mugabe zamierzał przekazać władzę żonie Grace, ale nie zdążył (fot. PAP/EPA/AARON UFUMELI)

Upadek Roberta Mugabego w Zimbabwe nie musi być znakiem czasów oznaczającym kres dyktatur. Wydawało się, że cezurą będzie rozpad ZSRR, który wspierał satrapie na świecie, ale okazuje się, że ta archaiczna forma rządów przetrwała. Choć kilku samodzierżców zmiotła arabska wiosna, podobne reżimy cały czas mają się dobrze, nawet tuż za naszą granicą.

Tysiące ludzi wyszły na ulice, by świętować. Mugabe ustąpił z urzędu prezydenta

Prezydent Zimbabwe Robert Mugabe ustąpił ze sprawowanego od 37 lat urzędu. O swojej decyzji poinformował w liście przekazanym parlamentowi.

zobacz więcej

Pewuenowski „Słownik języka polskiego” definiuje dyktatora jako „osobą mającą absolutną władzę w państwie”, zaś dyktaturę jako „formę sprawowania absolutnej i nieograniczonej władzy przez jedną osobę lub grupę osób, mającą poparcie wojska i policji”.

Pod tę definicję podlega wielu światowych „przywódców”, przy czym wyraz jest wzięty w cudzysłów, gdyż osoby te w sposób niezbyt honorowy pełnią swoje funkcje – prezydentów, premierów, duchowych przywódców, generałów z ruchów z „frontem wyzwolenia” w nazwie. Stoją oni na czele rozmaitych demokracji z przymiotnikami, które nie mają nic wspólnego z tym, co znamy w Europie, monarchii lub innych ustrojów.

Monarchie z definicji są systemami rządów opartymi o wolę jednostki, dlatego znacznie bardziej interesujące są osobliwe dyktatorskie demokracje, w których pozornie rządzi lud, ale władza de facto należy do wąskiego kręgu stosującego terror państwowy.

Głowy w lodówce

Robert Mugabe stanowi klasyczny przykład dyktatora. Owszem, daleko mu do obłąkanego Idiego Amina, ugandyjskiego feldmarszałka i prezydenta, który trzymał głowy pomordowanych wrogów w lodówce, a jedną z żon kazał poćwiartować, ale trudno o drugiego takiego oryginała. Mugabe jednak bardziej się hamował, być może częściowo dlatego rządzi dłużej.

Przyszły prezydent Zimbabwe urodził się jako syn ubogiego cieśli w brytyjskiej kolonii. Jak wielu późniejszych przywódców afrykańskich działał w ruchach narodowowyzwoleńczych, dzięki czemu zbudował własną legendę, która stała się potem podstawą kapitału politycznego.

Zimbabwe doczekało się pierwszych wolnych wyborów w 1980 roku. Wygrał je Afrykański Narodowy Związek Zimbabwe (ZANU), któremu przewodniczył Mugabe. Szef rządu doskonale zdawał sobie sprawę, jak kruchym fundamentem są rządy demokratyczne, dlatego za cel postawił sobie, żeby raz zdobytej władzy nie oddawać.

Mugabe pozbawiony tytułu ambasadora dobrej woli WHO

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wycofała się w niedzielę ze swej decyzji o mianowaniu prezydenta Zimbabwe Roberta Mugabe ambasadorem dobrej...

zobacz więcej

Wybrał mądrzejszą metodę dalekosiężną, jaką stosowali przed nim m.in. Józef Stalin czy rzymski cesarz Tyberiusz. Początkowo był politykiem ostrożnym i roztropnym – współpracował z białymi, zadbał o gospodarkę. Trzeba przyznać, że w wirtuozerski sposób poradził sobie z kryzysem w początkach rządów – starciami międzyplemiennymi. Właśnie to utorowało mu drogę do prezydentury w 1987 roku.

Cuda nad urną i inne oznaki

Mając pełnię władzy, stopniowo przekształcił ojczyznę w satrapię – pojawiły się więc cuda nad urną, prześladowania opozycji i inne charakterystyczne oznaki. W 2008 roku doszło do starć podczas kolejnej próby sfałszowania wyników wyborów. Przekręty były tak oczywiste, że społeczność międzynarodowa uznała je za nielegalne, a Unia Europejska wprowadziła sankcje. Tym jednak Mugabe już nie musiał się przejmować.

Ciekawym rozwiązaniem było referendum konstytucyjne z 2013 roku, które zakładało ograniczenie do dwóch liczby kadencji prezydenta. 95 proc. głosujących poparło pomysł zmiany konstytucji. Mugabe mógł sobie pozwolić na ten ruch, bo wiedział, że władza i tak zostanie w rodzinie. Miała bowiem trafić do jego o 41 lat młodszej żony Grace, jego byłej sekretarki, która z powodu zamiłowania do przepychu doczekała się przydomka „Gucci Grace”.

Kalkulacje Mugabego się nie sprawdziły i niechętne dynastii wojsko wystąpiło przeciwko niemu. 15 listopada 2017 roku, wskutek zamachu stanu, 93-letni dyktator został umieszczony w areszcie domowym w Harare. Lider opozycji Chris Mutsvangwa wraz z przywódcą puczystów generałem Constantino Chiwengą dopięli swego i we wtorek prezydent ogłosił złożenie urzędu ze skutkiem natychmiastowym, aby „umożliwić płynne przekazanie władzy”.

Jedną z częstych cech dyktatur jest niefrasobliwe obchodzenie się z gospodarką. W przypadku Zimbabwe warunek ten został spełniony w pełnej rozciągłości. Kraj pod rządami Mugabego dorobił się drugiej po Węgrzech w 1944 roku rekordowej hiperinflacji, która osiągnęła poziom 13,2 mld proc. miesięcznie, czyli 516 trylionów procent w stosunku rocznym. Ceny towarów i usług podwajały się w nieco ponad dobę. Nieco pomogła denominacja, ale władze zostały w końcu zmuszone do odejścia od narodowej waluty i postawienia na amerykańskie dolary i chińskie juany.

Teodoro Obiang Nguema Mbasogo rządzi nieprzerwanie Gwineą Równikową od 1979 roku (fot. Pablo Blazquez Dominguez/Getty Images)

USA nie mają wątpliwości: Maduro jest dyktatorem

Władze USA uznały prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro za dyktatora i nałożą na niego sankcje. – Nielegalne wybory potwierdziły, że jest on...

zobacz więcej

Bizantyjski przepych

Inną cechą charakterystycznych dyktatur jest bizantyjski przepych. Ten wymóg spełnia z lubością jeden z synów Mugabego, Chatunga, który żyje beztrosko w RPA. Długo jego aktywność ograniczała się w zasadzie do chwalenia się bogactwem w mediach społecznościowych.

Kilka dni przed puczem opublikował film, na którym rozbawiony oblewa wart 60 tys. dolarów zegarek szampanem za 300 dolarów, wskazując, że tak się robi, gdy „ojciec rządzi krajem”. Po wojskowym przewrocie Chatunga zniknął. Kilka dni temu opublikował pełen synowskiej miłości i głębokiej troski o losy ojczyzny wpis z apelem, by nie „zwalniać rewolucyjnego lidera”, czyli jego ukochanego ojca. Dramatyczny apel nic nie pomógł.

Takiej sytuacji nie było w innej afrykańskiej republice – Gwinei Równikowej. Tam odpowiedzialnego za śmierć około stu tysięcy ludzi prezydenta Francisco Macíasa Nguemę (przywódcę Ruchu Wyzwolenia Narodowego Gwinei Równikowej – a jakże!) obalił, kazał zabić i zastąpił jego bratanek, Teodoro Obiang Nguema Mbasogo.

Władza bez ograniczeń

Mbasogo ma jeszcze dłuższy staż od Mugabego. Rządzi nieprzerwanie od 1979 roku. Stanowi on znakomity przykład satrapy republiki bananowej. Fasadę stanowią rządy Partii Demokratycznej Gwinei Równikowej, ale pełnia władzy jest w rękach dyktatora, który korzysta z niej bez żadnych ograniczeń i tak też rozprawia się z opozycją. Wcześniej przeciwników kazał mordować, potem jednak ograniczył się do wieloletnich wyroków więzienia.

Dyktator organizuje co jakiś czas namiastkę demokracji, wybory prezydenckie, z których żadne nie zostały uznane za wolne i uczciwe przez organizacje międzynarodowe. Uzyskuje w nich imponujące wyniki sięgające nawet 99,96 proc.

Mimo dowodów na zbrodniczy charakter jego rządów, oskarżeń o korupcję, nadużycia władzy, czerpanie prywatnych zysków ze sprzedaży ropy naftowej, łamanie praw człowieka i kult własnej osoby, 76-letni Mbasogo może być względnie spokojny o swoją posadę. Zawdzięcza to dobru narodowemu Gwinei Równikowej, czyli ropie naftowej, którą handluje między innymi z USA, Hiszpanią i Francją.

Prezydent Wenezueli Nicolas Maduro apelował do kobiet, żeby nie używały suszarek (fot. Carlos Becerra/Anadolu Agency/Getty Images)

Na fali opadającej jest natomiast Wenezuela, zaś kapitanem wiodącym okręt na dno jest prezydent Nicolas Maduro, kolejny w barwnej galerii południowoamerykańskich samodzierżców, w której nie brakowało nawet przemytników narkotyków.

1 sierpnia tego roku amerykańskie władze oficjalnie uznały go za dyktatora. Uczeń i naśladowca innego socjalistycznego dyktatora w swojej ojczyźnie, Hugo Chaveza, mocno zapracował na to miano. Pełnię władzy ma od niedawna, bo od 2013 roku, ale poprzez swoje działania już zdążył doprowadzić swój kraj na krawędź bankructwa i wojny domowej.

Marnowanie potencjału

Choć Wenezuela ma bogate złoża ropy naftowej, fatalne zarządzanie gospodarką sprawiło, że kraj nie jest w stanie wykorzystać swojego potencjału. Występują stałe niedobory prądu. Sytuacja jest tak zła, że w 2016 roku w sektorze publicznym wprowadzono piątki wolne od pracy, a potem również środy i czwartki.

Problemu nie udało się tą metodą rozwiązać i trzeba było szukać dalszych oszczędności. Maduro zaapelował więc do kobiet, by nie używały suszarek elektrycznych ani prostownic do włosów. Podnosił zalety energetyczne i estetyczne takiego rozwiązania. – Zawsze miałem wrażenie, że kobieta wygląda lepiej, kiedy gładzi włosy palcami i pozwala im wyschnąć naturalnie – przekonywał w wystąpieniu do narodu.

Pieniędzy brakuje na wszystko – na służbę zdrowia, bezpieczeństwo obywateli, ale pojawił się też nieoczekiwany i niespotykany element automatycznego hamulca blokującego postępującą inflację – nie ma nawet funduszy na dodrukowanie waluty. Dyletanckie kierowanie krajem i dyktatorskie zapędy Maduro wywołały opór Wenezuelczyków. Od 2014 roku regularnie dochodzi do zamieszek, w których zginęło już ponad 300 osób.

Takiego wrzenia nie ma na Kubie, co może po części wynikać z faktu, że mieszkańcy tego kraju zdążyli się już przyzwyczaić do systemu sprawiedliwości społecznej, który z takim uporem zaprowadza w Wenezueli Maduro. Zresztą sam reżim na Kubie słabnie i przywódcy Raulowi Castro daleko już do metod stosowanych przez dziesiątki lat przez jego brata Fidela.

Raul Castro przejął władzę na Kubie po swoim bracie Fidelu (fot. Chip Somodevilla/Getty Images)

Droga donikąd

Raul Castro posiada pełnię władzy w kraju – ma w rękach siły zbrojne i porządkowe, media, sądownictwo, ale jest też politykiem dość pragmatycznym, więc daleko mu do dyktatury w stylu Kim Dzong Una. Zrozumiał, że socjalistyczne kierowanie gospodarką po utracie patrona, jakim był ZSRR, to droga donikąd, i po przejęciu władzy w lutym 2008 roku, gdy Fidel ogłosił wycofanie się z życia politycznego, postawił na reformy.

Liberalizacja życia społecznego i gospodarczego przyniosła pewną ulgę Kubańczykom i doprowadziła do ożywienia ekonomicznego. Raul Castro usprawnił turystykę, dzięki czemu pojawiło się więcej dewiz. Godnym pochwały są również działania na arenie międzynarodowej mające na celu poprawę prestiżu Kuby.

Jednym z najważniejszych sukcesów jest nawiązanie stosunków dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi, które były zamrożone przez ponad 60 lat. USA pod rządami Baracka Obamy były wprawdzie przyjaźniejszym partnerem niż administracja Donalda Trumpa, ale kierunek wydaje się być jedyną szansą dla Kuby po dziesięcioleciach zacofania pod rządami Fidela Castro, podręcznikowego przykładu dyktatora.

Taki stanowi również nieobliczalny przywódca Korei Północnej Kim Dzong Un. Trzeci w dynastii dyktatorów wznosi na wyżyny wiele cech klasycznego satrapy, ale zaprezentował także wiele niespotykanych w innych częściach świata i epokach.

Bezgraniczny terror

Przede wszystkim stosuje bezgraniczny terror. Potwierdzają to doniesienia o bestialstwie panującym w obozach pracy. Bezlitośnie rozprawia się nawet z rodziną – kazał zamordować brata Kim Dzong Nama, choć ten mu nie zagrażał, zaś – jak donosił południowokoreański wywiad – swojego wujka Changa Sung-taeka kazał rzucić psom na pożarcie. Wśród metod egzekucji jest m.in. rozstrzelanie przez artylerię.

Kim Dzong Un stosuje terror także wobec własnej rodziny (fot. arch.PAP/Newscom)

Śmierć za recenzję książki. Kim Dzong Un grozi dziennikarzom

Korea Północna wezwała do wykonania egzekucji na dziennikarzach dwóch południowokoreańskich gazet za „obrazę godności kraju”. Mieli się jej...

zobacz więcej

Od razu po przejęciu władzy Kim Dzong Un wprowadził kult jednostki. Oddaje się mu niemal cześć boską, podobnie jak jego ojcu Kim Dzong Ilowi i dziadkowi Kim Ir Senowi. Choć zdaje się mieć charakter maniakalny, trzeba przyznać, że potrafi inteligentnie rozgrywać władzę. Dopiero od maja ubiegłego roku jest przewodniczącym Partii Pracy Korei, wcześniej zadowalał się funkcją Pierwszego Przewodniczącego Narodowej Komisji Obrony.

Mimo że jego kraj jest na krawędzi bankructwa, „Niezłomny Przywódca Partii, państwa i armii” nie przejmuje się losem poddanych. Postawił na niezwykle kosztowne zbrojenia nuklearne, przez co realnie zagraża pokojowi nie tylko w regionie, ale wręcz na świecie. Sankcje nakładane przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, USA i Chiny nic nie dają i reszta świata z niepokojem oczekuje kolejnych ruchów szaleńca.

Miana dyktatora nie można odmówić, mimo wszystko najbliższemu sojusznikowi Kim Dzong Nama, prezydentowi Chin Xi Jinpingowi. On nie musiał czekać na zgon poprzednika. Władzę zdobył w demokratycznymi metodami, stopniowo przejmując panowanie nad Komunistyczną Partią Chin. Państwem Środka rządzi od 2012 roku, ale dopiero podczas październikowego XIX zjazdu KPCh na tyle umocnił swoją pozycję, że jego jedynowładztwo jest niepodważalne.

Kult jednostki

Xi Jinping jest niezwykle wytrawnym politykiem. Z jednej strony wprowadził kult jednostki i jego reżim rozprawia się ze wszystkimi przejawami opozycji, z drugiej na arenie międzynarodowej ma opinię reformatora walczącego z korupcją („Będziemy łapać zarówno tygrysy, jak i muchy”). Zawdzięcza to jednak nie liberalizacji stosunków społecznych, a postawieniu na gospodarkę wolnorynkową i ekspansję ekonomiczną za granicę.

Xi Jinping umocnił swoją władzę podczas ostatniego szczytu KPCh (fot. Lintao Zhang/Getty Images)

Prezydent jak Rambo. Kiczowaty dyktator czy ojciec narodu?

Prezydent Turkmenistanu układa narodowy hymn, tańczy, dyryguje chórem, operuje, w wyścigach zawsze przyjeżdża pierwszy. Teraz prezentuje swoje...

zobacz więcej

Podobną metodę zdaje się wyznawać Gurbanguły Berdimuhamedow, przywódca Turkmenistanu, w ocenie ekspertów od spraw międzynarodowych drugiego po Korei Północnej najbardziej zamkniętego kraju na świecie. Prezydent lubi pozory i posiłkuje się namiastką demokracji, czyli wyborami. Te jednak są jedynie plebiscytami poparcia, w których głosuje na niego nawet 97 proc. obywateli.

Berdimuhamedow to niezwykle barwna postać, zresztą następca innego barwnego dyktatora, Saparmurata Nijazowa, który wspaniałomyślnie zgodził się przyjąć tytuł „Turkmenbaszy”, czyli „ojca wszystkich Turkmenów”, i skromnie nie negował też ustaleń komisji historyków, która orzekła, że jest on potomkiem Aleksandra Wielkiego. Jego następca zadowolił się tytułem „Arkadaga”, czyli Protektora.

Darmowe mieszkania

Ponieważ Turkmenistan posiada znaczne zasoby ropy naftowej i gazu ziemnego, kraj jest dość zasobny, co pozwala Berdimuhamedowowi na osobliwe spożytkowywanie budżetu. Nieliczny turyści, którzy tam przyjeżdżają, są raczeni m.in. budynkami z białego marmuru, nie dziwią też klimatyzowane przystanki autobusowe z 50-calowymi telewizorami, darmowe mieszkania, ogrzewanie czy podstawowe produkty spożywcze.

Można rzec, że Berdimuhamedow jest człowiekiem renesansu. Kult jednostki w tym przypadku został tak daleko posunięty, że prezydent stał się niedoścignionym ekspertem w niemal wszystkich dziedzinach życia. Ma niepodważalne zasługi m.in. w hodowli koni i jeździectwie, dzięki czemu parlament przyznał mu honorowe tytułu Narodowego Hodowcy Koni oraz Mistrza Jeździectwa.

Jego zainteresowania sięgają także choćby zalesiania, jest też niezwykle płodnym pisarzem, tworzącym m.in. książki dla dzieci czy specjalistyczne poradniki. Rodacy podziwiali go już również za dźwiganie ciężarów w sali gimnastycznej czy pływanie. Wygrywa wyścigi rowerowe i rajdy samochodowe, a nawet przeprowadza operację usunięcia guza z ucha pacjenta.

W 2015 roku pobił rekord Guinnessa, śpiewając w towarzystwie liczącego 4166 osób chóru pieśń patriotyczną, którą – podobno – sam napisał. Miał także przygotować choreografię. Nie może zatem dziwić, że darzący go szczerą miłością rodacy wystawili mu w stolicy 15-metrowy pomnik konny, pokryty 24-karatowym złotem.

Prezydent Turkmenistanu Gurbanguły Berdimuhamedow to człowiek renesansu (fot. Mermer/Anadolu Agency/Getty Images)

Wg raportu ONZ prezydent Syrii odpowiedzialny za użycie broni chemicznej

Po raz pierwszy międzynarodowe dochodzenie, które prowadzi ONZ, ma wskazywać konkretnie na prezydenta Baszara al-Asada i jego brata jako...

zobacz więcej

Potężny patron

Aż taka miłością poddanych nie może cieszyć się syryjski despota Baszar al–Asad. Mimo starannego wykształcenia medycznego zdobytego m.in. w Londynie stał się krwawym dyktatorem oskarżanym przez Zachód o stosowanie broni chemicznej wobec przeciwników politycznych. W opublikowanym w zeszłym roku przez Amnesty International raporcie oceniono, że w katowniach reżimu Asada zamordowano około 20 tys. osób. Ambasador Syrii przy ONZ Baszar Dżafari przyznał, że stosowane są tortury.

Mimo stosowanego okrucieństwa w walce nie tylko z Państwem Islamskim, ale i liberalną opozycją, Asad może być raczej spokojny o swoją głowę. Ma potężnego patrona w postaci prezydenta Rosji Władimira Putina. Podczas ostatniej rozmowy z prezydentem USA Donaldem Trumpem Putin ustalił, że operacja w Syrii ma doprowadzić jedynie do wyrugowania dżihadystów, zaś sam kraj ma pozostać pod rządami Asada.

Większe możliwości manewru jeżeli chodzi o dobór sojuszników ma prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan. Kraj wprawdzie należy do NATO, ale Erdogan woli niczym panna na wydaniu lawirować między absztyfikantami. Taka polityka wprawdzie zaprowadziła go w objęcia grającego na osłabienie Paktu Putina, tym niemniej potrafił powiedzieć w Kijowie, że jego kraj nie uznaje aneksji Krymu.

Erdogan, choć został wybrany w demokratycznych wyborach w świeckim państwie, od dwóch lat wprowadza niedemokratyczne wybory i tworzy państwo o znaczącej roli religii w życiu społecznym („Haremy był szkołą życia”, zaś kontrola urodzin to „zdrada”).

Stalinowska metoda

Cezurą był pucz z lipca ubiegłego roku, być może zainspirowany przez niego samego, co zresztą nie byłoby niczym wyjątkowym w dyktaturach – dławienie domniemanych zamachów i przewrotów były ulubioną metodą usuwania przeciwników choćby dla Józefa Stalina. Zduszenie rebelii i wywołanie w obywatelach wrażenia oblężonej twierdzy, którą może uratować jedynie on, wzmocniło pozycję Erdogana. Pewny swoich sił przeprowadził referendum konstytucyjne, w którym obywatele opowiedzieli się za zmianami tworzącymi system prezydencki.

Recep Tayyip Erdogan odwrócił się od demokracji (fot. Elif Sogut/Getty Images)

Turecka opozycja: prezydent Erdogan rządzi jak tyran

Na rozpoczętym w sobotę czterodniowym kongresie kemalistowskiej Partii Ludowo-Republikańskiej (CHP) jej lider Kemal Kilicdaroglu zarzucił...

zobacz więcej

Wydaje się, że raz zdobytej władzy prezydent Turcji nie odda. Początkowe przymiarki ws. akcesji Turcji do Unii Europejskiej są już nieaktualne. Model obowiązujący w „faszystowskiej” Unii – jak się wyraził – go nie interesuje. Wyraźnie skłania się ku modelowi dyktatorskiemu.

Państwo mafijne

Taki bezsprzecznie obowiązuje w Rosji Władimira Putina. Były korespondent brytyjskiego „Guardiana” w Moskwie Luke Harding ocenił w swojej książce, że Putin stworzył państwo mafijne, w którym struktury wzorowane na grupach przestępczych stworzyli funkcjonariusze byłego aparatu KGB.

Zgodnie ze wszelkimi prawidłami satrapii, media państwowe są tubą propagandową władzy, wybory pełnią funkcję fasadową i dochodzi do cudów nad urną, opozycja demokratyczna jest prześladowana, prawa człowieka są łamane, zaś łagry – znienawidzony symbol ZSRR – funkcjonują w najlepsze. Istnieje również podejrzenie, że to Kreml stoi za zamachami na przeciwników – Borysem Niemcowem, Aleksandrem Litwinienką, Anną Politkowską, Siergiejem Magnitskim, Galiną Starowojtową, Stanisławem Markiełowem...

Sam Putin odgrywa w tym systemie rolę ojca chrzestnego. Posiada pełnię władzy niezależnie od sprawowanej funkcji. Gdy wygasła jego druga kadencja jako prezydenta, a konstytucja zakazała objęcia trzeciej, na cztery lata został premierem, któremu przyznano jednak dodatkowe prerogatywy, zaś na nominalną głowę państwa wyznaczył posłusznego sobie Dmitrija Miedwiediewa.

Władimir Putin ma nieograniczoną władzę w Rosji (fot. Sefa Karacan/Anadolu Agency/Getty Images)

„Putin to profesjonalny zabójca. A na liście jego wrogów Lech Kaczyński był pierwszy”

Były prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili był gościem programu „Minęła dwudziesta”.

zobacz więcej

W ciągu czterech lat zmieniono konstytucję, dając Putinowi możliwość ubiegania się o nieograniczoną liczbę kadencji prezydenta. Funkcję tę naturalnie z powrotem wzmocniono. Sam Miedwiediew nie był zainteresowany prezydenturą i pokornie przyjął tekę premiera.

Niewyjaśnione morderstwa

Takich zmartwień związanych z procedurami nie ma Aleksandr Łukaszenka, który sam siebie nazywa „ostatnim dyktatorem Europy”, co jak wiadomo nie jest do końca zgodne z prawdą. Łukaszenka pełni funkcję prezydenta Białorusi od 1994 roku. Podobnie jak Rosja kraj rządzony przez niego stał się satrapią. Także tam działają łagry i doszło do serii tajemniczych zaginięć i morderstw. Trudno mówić o przypadku, kiedy ich ofiarami stają się przeciwnicy prezydenta. Taki los spotkał Juryja Zacharankę, Wiktara Hanczara, Anatola Krasouskiego czy Dzmitryja Zawadskiego.

W ostatnich latach Łukaszenka stara się uniezależnić od Rosji i czyni umizgi do Unii Europejskiej, która doceniła jego starania i cofnęła część sankcji. Mimo to prezydent Białorusi zapewne nie zdecyduje się na liberalizację w kraju i na żadną aksamitną rewolucję – co zresztą przyznał – nie pozwoli.

Dyktatorzy nie są gatunkiem ginącym. Nadal jest ich wielu, świetnie ma się w odróżnieniu od swoich poddanych choćby Isajas Afewerki z Erytrei (Ludowy Front na rzecz Demokracji i Sprawiedliwości). Sporo ich dzieli, ale mają wiele cech wspólnych. Łączy ich przede wszystkim konieczność ciągłego umacniania władzy, albo tworzenia porządku dynastycznego, który zagwarantuje im nietykalność. Poluzowanie reżimu może się bowiem skończyć tak, że szybko znajdzie się ktoś, komu również spodoba się dewiza Ludwika XIV Burbona, francuskiego Króla Słońce, który stwierdził, że „państwo to ja”.

Aleksandr Łukaszenka prześladuje białoruską opozycję (fot. PAP/EPA/NIKOLAI PETROV / POOL)

źródło:
Zobacz więcej