TYLKO U NAS

„Czasem jakimś cudem udaje się coś przewidzieć, jak np. pewne wątki związane z TK”

aktualizacja: 17:30 wyślijdrukuj
fot
Remigiusz Mróz (fot. Dominik Skarżyński/Czwarta Strona)

– Kiedyś powtarzałem sobie, że nie zamierzam wplatać realnych wydarzeń w swoje książki, a komentowanie rzeczywistości zostawiam publicystom. W pewnym momencie uzmysłowiłem sobie jednak, że moi bohaterowie odnoszą się do takich czy innych faktów, a na ich losy wpływają zdarzenia, z którymi na co dzień się spotykamy. Czasem jakimś cudem udaje się też co nieco przewidzieć, jak choćby pewne wątki związane z Trybunałem Konstytucyjnym – powiedział portalowi tvp.info autor bestsellerowych książek Remigiusz Mróz. Właśnie ukazała się jego książka pt. „Czarna Madonna”, a całkiem niedawno – „Inwigilacja”.

Dlaczego ludzie lubią czytać kryminały?

Dobre pytanie – i przypuszczam, że zadaje je sobie każdy autor kryminałów. Trudno dać jednoznaczną odpowiedź, bo ilu czytelników, tyle motywacji do sięgnięcia po tę czy inną książkę. Wydaje mi się jednak, że lubujemy się w kryminałach głównie dlatego, że szukamy niebezpieczeństwa – a jednocześnie chcemy doświadczać go w kontrolowanym, bezpiecznym środowisku. Dobrze napisany kryminał nam to zapewnia, w dodatku możemy zbliżyć się do zła, które w prawdziwym świecie ominęlibyśmy szerokim łukiem. Do zła, które w pewnym stopniu nas wszystkich pociąga. I może w tym tkwi sekret.

Od pana debiutu książkowego minęły cztery lata. Czuje pan teraz, że pisarstwo to jest właściwa droga? Można się w Polsce utrzymać z pisania książek?

Pewnie! Można utrzymać siebie, rodzinę, a nawet zostawić pokaźny spadek przyszłym pokoleniom. Ale z pewnością zajmowałbym się pisaniem nawet, gdybym na tym nie zarabiał, bo książki to moje życie – choć w takim układzie czytelnicy z pewnością mogliby złapać dłuższy oddech między jedną a drugą pozycją mojego autorstwa (śmiech).

Wydaje się, że ma pan receptę na sukces. Osiągnął pan wielką popularność w krótkim czasie. Gdzie tkwi tajemnica?

W systematycznej pracy i konsekwencji. Powtarza to jak mantrę chyba każdy pisarz na świecie, ale taka jest prawda. Bywają oczywiście przypadki takie jak E. L. James, kiedy komercyjny sukces przychodzi nagle i niespodziewanie, ale większość autorów długo na niego pracuje. Czasem tego nie widać – jak choćby w przypadku Gillian Flynn, która stała się międzynarodową sławą po ekranizacji „Zaginionej dziewczyny”. Z punktu widzenia wielu Czytelników jej hegemonia na półkach księgarń nadeszła jak grom z jasnego nieba, ale Flynn wydała przecież wcześniej „Mroczny zakątek” i „Ostre przedmioty”. Od jej debiutu do premiery głośnej adaptacji minęło osiem lat. A w tym czasie pracowała nad swoim stylem, warsztatem, umiejętnością snucia opowieści i innymi elementami, które składają się na jej pisarstwo.
Co sprawiło, że skręcił pan z prawniczej drogi i zajął się pisaniem?

Bliżej nieokreślony wewnętrzny imperatyw. Uwidocznił się po skończeniu lektury ostatniego tomu kryminalnej trylogii Stiega Larssona – dopadł mnie wtedy tak przemożny książkowy kac, że nie potrafiłem przyćmić go żadną inną pozycją. Próbowałem z innymi autorami, skandynawskimi, brytyjskimi i amerykańskimi, snułem się między regałami w księgarniach, szukając odpowiedniego klina, aż w końcu podjąłem jedyną decyzję, która wydawała mi się słuszna: sam zasiądę do pisania i stworzę historię, którą chciałbym przeczytać. Przypuszczam, że ta idea stopniowo dojrzewała w głowie przez lata, bo pierwsze próby napisania czegoś na kształt książki podejmowałem już w podstawówce. Potem porwałem się na to w gimnazjum i liceum, ale ostatecznie udało mi się dopiero na studiach. Najwyraźniej niezbędna była ta czytelnicza pustka po odłożeniu „Millennium”.

Rodzina przestrzegała pana, że porzuca pan pewny kawałek chleba na rzecz kaprysu?

Na szczęście nie! Rodzina od początku mnie wspierała – i bez tego wsparcia z pewnością nie byłbym teraz tam, gdzie jestem. Pamiętam, że kiedy opowiadałem mojemu Tacie o pierwszej powieści, stwierdził, że czeka mnie „ciekawa intelektualna przygoda”. Chyba nie spodziewał się, że potrwa tak długo i zaprowadzi mnie do takiego miejsca (śmiech).

Czy wziął pan udział w kursach pisania, które ostatnio zyskują wielką popularność? Można, pana zdaniem, nauczyć się pisać książki?

Wychodzę z założenia, że nie można nikogo nauczyć pisania – ale można, a nawet trzeba, nauczyć samego siebie. Pisanie jest jak nauka chodzenia – ktoś może przytrzymać nas za rękę, pokazać, jakie to proste, ale ostatecznie sami musimy ruszyć przed siebie. Kursy z pewnością niektórym są pomocne, choć wydaje mi się, że głównie ze względu na wsparcie środowiskowe, jakie zapewniają. Wszak w ich ramach spotykają się osoby, które doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak wielka magia tkwi w pisaniu – i jak wiele aspirujący pisarz jest w stanie poświęcić, by skończyć swoją powieść. Nigdy z nich nie korzystałem, ale jest kilka znanych nazwisk na świecie, które po takich zajęciach osiągały wielkie sukcesy, jak chociażby Camilla Läckberg.
Próbuje pan różnych gatunków – horror, powieść sensacyjna, kryminał. To kwestia sprawdzenia swoich umiejętności?

W pewnym sensie tak, ale głównym powodem jest chęć zachowania literackiej świeżości. Piszę dużo, po kilka godzin dziennie, przez cały rok. Wprawdzie ostatnio Kasia Bonda wygoniła mnie na tygodniowy urlop, ale już nadrabiam to, czego przez ten czas nie napisałem (śmiech). Przez ten intensywny rytm pracy potrzebuję odskoczni po napisaniu i zredagowaniu danej pozycji. Dlatego często przesiadam się z kryminału do innej konwencji – najlepiej takiej, w której nie czuję się zbyt dobrze, bo tylko poruszanie się po obcym terenie pozwala rozwijać swoje zdolności. A pisarz powinien być trochę jak lekarz, który przez całe życie uczy się swojego fachu.

Jak bardzo inspirują pana aktualne wydarzenia w kraju?

Pewnie bardziej, niż jestem gotów przyznać! Kiedyś powtarzałem sobie, że nie zamierzam wplatać realnych wydarzeń w swoje książki, a komentowanie rzeczywistości zostawiam publicystom. W pewnym momencie uzmysłowiłem sobie jednak, że moi bohaterowie odnoszą się do takich czy innych faktów, a na ich losy wpływają zdarzenia, z którymi na codzień się spotykamy. Czasem jakimś cudem udaje się też co nieco przewidzieć, jak choćby pewne wątki związane z Trybunałem Konstytucyjnym.

Co czuje pisarz, który – jak się okazuje już po wydaniu książki – w rzeczywistości pojawiają się wydarzenia, opisane przez niego w książce?

Nieco osobliwie. Pomijając wspomniany wątek w „Immunitecie”, było tak na przykład po wydaniu „Wotum nieufności”, pierwszego tomu mojej politycznej serii, w której dochodzi do wypadku samochodowego z udziałem prominentnego polityka prawicy. W rzeczywistości niedługo po premierze miała miejsce kolizja z udziałem premier Beaty Szydło, a niektórych Czytelników, nomen omen, zmroziło na myśl o tym, że po raz kolejny rzeczywistość dogoniła powieść, a nie odwrotnie.

Czy przed napisaniem robi pan sobie konspekt książki? Czy też, jak mówi część pisarzy, bohaterowie i wydarzenie potrafią podążać swoją drogą.

Nigdy! Stephen King, którego uznaję za pisarską wyrocznię, powiada, że konspekt jest ostatnią deską ratunku dobrego pisarza i podstawowym narzędziem pracy nudziarza. Ja wprawdzie nie idę w ocenach tak daleko, bo każdy ma swój własny sposób na opowiadanie historii – ale gdybym tworzył plany, odbierałbym sobie niemal całą przyjemność z pisania. W moim wypadku sprowadza się ona bowiem właśnie do odkrywania kart, które chowają przed pisarzem bohaterowie i fabuła. W głowie mam wprawdzie zawsze jakiś ogólny zamysł, ale staram się nie przelewać go w żadnej formie na papier – to dobry sprawdzian dla pomysłów, bo pamięć odsiewa te, które są słabe, a zapisuje te, które mogą okazać się dobre.
Narzucił pan sobie chyba mordercze tempo pracy. Wydaje pan kilka książek rocznie. Jak się panu to udaje?

Właściwie to nic innego, jak rezultat zwykłej konsekwencji w pisaniu. Pracując codziennie w określonych godzinach i nie pozwalając sobie na odstępstwa od swojej rutyny, słowa systematycznie się pojawiają i ostatecznie układają w powieść (śmiech). Staram się ostatnimi czasy narzucić sobie trochę spokojniejsze tempo, ale cierpię na podobną przypadłość, jak King, kiedy miał na karku dopiero trzydziestkę – zbyt wiele pomysłów, zbyt mało czasu, by przelać wszystko na papier!

Stworzył pan bardzo wyrazistą postać kobiecą, czyli Joannę Chyłkę. Trudno mężczyźnie pisarzowi zadomowić się w głowie bohaterki?

Wydaje się, że tak, ale ilekroć siadam do kolejnego tomu z Joanną Chyłką, właśnie tę postać pisze mi się najłatwiej. Do tego stopnia, że kiedy ktoś pyta, jak mi idzie praca, zazwyczaj z czystym sercem posługuję się standardową odpowiedzią: Chyłka pisze się sama. I rzeczywiście tak jest. A kiedy dochodzi do tego ciekawy temat, jak tajemnice opozycji z czasów PRL-u, które wziąłem na tapet w nowym tomie, Chyłka pędzi przed siebie, jakby od tego zależałą jej książkowa egzystencja. Kobieta nie do zatrzymania, bez dwóch zdań.

Wcielanie się w postaci kobiece czasem wymaga jednak… skomplikowanego dla mężczyzny researchu. A już szczególnie, jeśli chodzi o powieści historyczne. Przygotowując się do pisania międzywojennej historii w „Świcie, który nie nadejdzie”, musiałem prześledzić, jak ówczesne kobiety radziły sobie z… typowo damskimi przypadłościami. Że o researchu związanym z ciążą nie wspomnę (śmiech).

Bieganie jest dla pana sposobem na reset po godzinach pracy nad książką? Czy gdy jest pan w trasie pojawiają się pomysły na powieść?

Traktuję bieganie jako odskocznię, która pozwala mi nie zwariować. Gdybym pisał cały dzień, nie mając popołudniowego, sportowego resetu, dawno zamknięto by mnie w pokoju bez klamek. A tak, dzięki przerywnikowi po porannej pracy, mogę wieczorem wrócić do roboty z nowymi siłami. Staram się podczas biegania zatopić w dźwiękach muzyki i skupiać głównie na niej, ale czasem bywa tak, że książka pisarza nie opuszcza – a nagły zastrzyk endorfin sprawia, że pomysły pojawiają się mimowolnie. I czasem okazuje się to ratunkiem. Miałem tak w przypadku pracy nad „Wotum nieufności” – w pewnym momencie musiałem połączyć wątek komisji śledczej, pewnego gazociągu, dziennikarza i podejrzanych zagrań ze strony Rosjan. Wydawało mi się, że nici fabularne zupełne się rozjechały, bo wszystkie te wątki dotyczyły innych spraw. Byłem w kropce, więc nie pozostało mi nic innego, jak wyjść tego dnia na bieg nieco szybciej. W jego trakcie zupełnie oczyściłem umysł, a po nim, kiedy się rozciągałem, wszystko nagle połączyło się w jedną, spójną całość. I odniosłem wrażenie, jakby od początku miało się tak stać.
Napisze pan kiedyś książkę o bieganiu, tak jak to zrobił Haruki Murakami, pisarz i zapalony biegacz?

„Stricte” o bieganiu raczej nie, bo nie miałbym pojęcia, czym zapełnić odpowiednią liczbę stron. Ale kryminał w pewien sposób związany z bieganiem? Czemu nie. Z pewnością jednak nie zaczynałby się od odnalezienia ciała przez przypadkowego biegacza w lesie… wydaje się, że dochodzi do tego stanowczo zbyt często. I przez to stajemy się trochę podejrzani dla reszty społeczeństwa (śmiech).

Czy jako prawnik z wykształcenia mógłby się pan odnieść do rozgrzewającej ostatnio wszystkich dyskusji o kondycji polskiego wymiaru sprawiedliwości?

Pewnie, ale kto będzie chciał tego słuchać? (śmiech) Staram się nie komentować bieżących spraw w mediach, mimo że czasem korci – wydaje mi się jednak, że nie mam do tego mandatu. Mogę to robić ustami bohaterów w książkach, choć niejednokrotnie mają poglądy inne od moich, bo to mieści się w pewnej konwencji. Jeśli jednak prywatnie o radę zapytałby mnie któryś z polityków, powiedziałbym, żeby uważał na precedensy. Nawet najlepsze intencje mogą bowiem odbić się czkawką, a poszerzanie kompetencji polityków może okazać się po latach destrukcyjne dla kraju. Nietrudno przecież wyobrazić sobie sytuację, w której do władzy dochodzi populistyczne, a nawet autorytarne ugrupowanie – co, jeśli wraz z przejęciem władzy otrzyma także szereg narzędzi pozwalających realizować zgubne dla kraju inicjatywy? Jeśli nikt wcześniej z nich nie korzystał, będzie mieć z tym trudność. Jeśli jednak było inaczej, pojawi się szansa, by użyć mocnego argumentu: skoro poprzednie ekipy to robiły, my także możemy.

Jaki ma smak popularność? Czy zdarza się, że uwiera?

Od czasu do czasu w pewnym sensie tak, więc smak ostatecznie określiłbym jako słodko-kwaśny. Nie znaczy to, że cienie przyćmiewają blaski – wszak wielu jest zwolenników tajskiej kuchni, a tam taka mieszanka smaków to podstawa najlepszych dań. Miłych akcentów jest zdecydowanie więcej niż tych, które znajdują się na drugiej szali. Z jednej strony kurczy się sfera prywatności, show-biznes stara się wciągnąć człowieka w swoje ruchome piaski i pojawiają się pewne pokusy, z drugiej jednak dzięki temu można robić to, co się uwielbia. A to jest chyba najważniejsze.
Remigiusz Mróz urodził się w 1987 roku. Studiował prawo na Akademii Leona Koźmińskiego, zrobił doktorat. Po studiach poświęcił się pisaniu. Ma na koncie m.in. serię powieści z prawniczką Joanną Chyłką, trylogię z komisarzem Mrozem. Mróz opublikował też m.in. trzy powieści pod seudonimem literackim Ove Løgmansbø. Składają się na trylogię z Wysp Owczych - pierwszy tom to „Enklawa”, drugi „Połów”, a trzeci „Prom”. Laureat Nagrody Czytelników Wielkiego Kalibru z 2016 roku za powieść pt. „Kasacja”.

Wybrane dla Ciebie