TYLKO U NAS

Podwórkowe wojny, wyrwane hydranty i ulice jak rwące potoki. Lany poniedziałek w PRL

aktualizacja: 08:18 wyślijdrukuj
(fot. TVP)

Królowały butelki po „Ludwiku” i „Kokosalu”, ale przegrywały konkurencję z wiadrem. Tak jak miejskie zwyczaje nie wytrzymywały wyścigu z wiejskimi tradycjami, gdzie wodę lano z wozu strażackiego, a panny lądowały w studniach albo wannie. Lany poniedziałek w PRL.

Nazywano je wiosennymi świętami kurczaczka czy zajączka. W Dzienniku Telewizyjnym zamiast o Wielkanocy mówiono o dniach odpoczynku. Gazety zapowiadały, że kolejny numer ukaże się po trzech dniach. – Składano nawet życzenia, ale nie precyzując z jakiej okazji – mówi historyk dr Andrzej Zawistowski z SGH.

Sposób na neutralizację świąt

Święta te sprowadzano do rodziny. Wiele materiałów dziennikarskich przedstawiało je jako wydarzenie folklorystyczne, bo nawiązanie do ludowości było głównym kierunkiem na zneutralizowanie świątecznego dnia. Bardzo przydatna była w tym miejscu tradycja śmigusa dyngusa. W świąteczny poniedziałek reporterzy mieli łatwiej. Wystarczyło pokazać lanie wodą.
Co roku chętnie pokazywano więc tradycyjne polewanie na wsiach. Na własnej skórze miał okazję nie raz przeżyć to prezenter pogody Ziemowit Pędziwiatr z TVP, który będąc dzieckiem święta często spędzał u stryja na wsi w okolicy Ruśca w województwie łódzkim. – Nikt nie bawił się w nalewanie wody do wiader – mówi Pędziwiatr i wspomina, jak pewnego razu niemal wylądował w studni. – Oczywiście takiej płytkiej – wyjaśnia. Miał wówczas 12 lat i udało mu się wyrwać. Ale nie wszyscy mieli takie szczęście i lądowali w niej albo w wannie.
– W wannę zmieniło się też kiedyś łóżko jednej z tamtejszych panien – opowiada prezenter. A los taki zgotował jej przyszły mąż wpuszczony do domu przez przyszłych teściów. Sucha nitka na niej nie została.

Nadzieja na zmartwychwstanie

Śmigus dyngus to tradycja, która nawiązuje do słowiańskich zwyczajów wypędzania zimy i okazywania radości z nadejścia wiosny. Ale także kojarzona jest ze zbiorowym chrztem Polski. Dr Zawistowski dodaje, że w latach 80. Święta Wielkanocne szczególnie ważne były dla opozycji, dając nadzieję na zmartwychwstanie.
Wozy strażackie i wykupywanie się jajkami

Wcześniej śmigus i dyngus były dwoma odrębnymi zwyczajami. Śmigus miał pochodzić od smagania się – witkami po nogach, a dyngus od „dingen”, czyli wykupywania się. Po wsiach jeździły wozy strażackie i oblewały chałupy zachęcając do wykupienia się np. jajkami. Zwyczaj smagania witką po nogach jest tradycją pogańską, ale nadal praktykowany jest w niektórych regionach Polski. Np. na Kaszubach smaga się gałązkami wierzbowymi.
W Małopolsce mężczyźni przebierają się w kobiece stroje i usmarowani sadzą udają Siudą Babę chodzą po domach i szukają panien, by wysmarować je sadzą.

Wojny podwórkowe

A w całej Polsce spotkać można grupy młodych ludzi polewających się wodą. I, jak podkreśla Beata Chmielowska-Olech z Teleexpressu nie było to symboliczne psikanie plastikowym jajkiem. Jej zdaniem lane poniedziałki przed laty były jakby bardziej mokre. Na podwórkach toczyły się wojny. A dziewczyny wychodziły na dwór głównie po to, by wzbudzić zainteresowanie polewających.
Król „Kokosal”

Do polewania najlepiej służyły plastikowe butelki po płynach do mycia naczyń i popularnym wówczas płynie do prania „Kokosal”. Z relacji wynika, że konstrukcja korka pozwala lać wodą na imponujące wręcz odległości. Na przechodniów czyhały hordy uzbrojone w wiadra. Ich zawartość lądowała w autobusach, tramwajach czy windach. Bywali też tacy, którzy rzucali z okien plastikowe torebki z wodą. Z plastikowymi jajkami był taki problem, że często opatrzone były wadą – wypadającą zatyczką. Ale to była zabawka dla maluchów.

Wybrane dla Ciebie