TYLKO U NAS

„Już przed wojną w sporcie przestawały się liczyć siła mięśni i umiejętności, a wygrywało cwaniactwo”

Beata Zatońska aktualizacja: 17:02 wyślijdrukuj
fot
Motto książki pochodzi ze wspomnień przedwojennego zapaśnika Teodora Sztekkera (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

– Nie chcę męczyć biednego Zygi Maciejewskiego i eksploatować go w nieskończoność. To dobry policjant i bokser, mistrz okręgu z 1924 r. Powinien więc zejść z ringu niepokonanym, a nie przez nokaut – mówi portalowi tvp.info Marcin Wroński, autor bestsellerowych kryminałów, których bohaterem jest przedwojenny komisarz Zyga Maciejewski. Właśnie ukazała się kolejna jego powieść pt. „Czas Herkulesów”. To ostatnia książka z cyklu, czyli czas się z lubelskim policjantem powoli żegnać.

W „Czasie Herkulesów”, nowej powieści o Zydze Maciejewskim, trup ściele się gęsto. Jest zagadka kryminalna, jest znany bohater, ale znowu wprowadza pan nowe elementy.

Pokazuję Zygę Maciejewskiego z innej niż do tej pory perspektywy – i jako policjanta pod czterdziestkę, i jako nastoletniego kibica. Wracam w kilku scenach do lat jego dzieciństwa, do czasów które go ukształtowały, opowiadam o jego idolach. Tak, rzeczywiści, nie było tego wcześniej, a przynajmniej pozostawało w cieniu. O Zydze czytelnik wie niewiele. Inaczej ma się rzecz np. u Mariusza Czubaja i jego bohatera, Rudolfa Heinza, który ma swoje ulubione zespoły i grywa amatorsko. Tymczasem i komisarz był kiedyś fanem i przez to teraz jest emocjonalnie zaangażowany w śledztwo, co mu wcale nie pomaga. Często w kryminałach pojawia się motyw, że osobą pokrzywdzoną lub podejrzaną staje się ktoś bliski detektywowi. Sprawa wtedy się gmatwa, praca przestaje już być tylko pracą. Uchylając rąbka tajemnicy, że właśnie w „Czasie Herkulesów” pojawia się dawny idol Maciejewskiego i stanie się podejrzanym.

Z posłowia wynika, że gdzieś tam u podłoża tej książki leżała suto zakrapiana podróż literacko-sentymentalna do Chełma. Proszę o tym opowiedzieć.

Pijacko-sentymentalną podróż do Chełma odbyłem, gdy miałem jakieś 25, 26 lat. Byłem wtedy nauczycielem polskiego. Bardzo mi się wryła w pamięć i wykorzystałem ją już w mojej pierwszej powieści o Zydze Maciejewskim, czyli „Morderstwie pod cenzurą”. Występuje tam knajpa „Wykwintna”, inspirowana tą dawno widzianą, chełmską. Z tej podróży wywiozłem nieprawdopodobne wrażenie związane z dymem tytoniowym zalegającym w tej knajpie. Zaglądałem tam w niedzielę, z dym był jeszcze sobotni. Wspomnienie nie odegrało jednak kluczowej roli w pisaniu „Czasu Herkulesów”. Kryminalne fabuły muszą być konstruowane z zegarmistrzowska precyzją. Chełm pasował mi z innego powodu, potrzebowałem miasta mniejszego niż Lublin i takiego, które jest obce Maciejewskiemu. Myślałem o Kazimierzu nad Wisłą, ale szybko doszedłem do wniosku, że jednak jest zwyczajnie za mały i nie będzie odpowiedniej przestrzeni do śledztwa. Zainspirowało mnie też spotkanie autorskie, które miałem w Chełmie z czytelnikami. Podrzucili mi kilka ciekawych tematów.
Marcin Wroński (fot. fot. Bartek Wardziak)
Z książki dowiedziałam się, że w latach trzydziestych Chełm to była taka kolejowa Gdynia.

A dokładniej, miał się nią stać w grudniu 1939 roku… Wcześniej był to jednak największy plac budowy w Polsce. Miała tam zostać przeniesiona dyrekcja kolei i w związku z tym budowano nowoczesną dzielnicę, która miała osiągnąć rozmiary niemal całego dotychczasowego miasta, a z lotu ptaka przypominać polskie godło. Kręciło się więc po Chełmie wielu przyjezdnych, ludzi szukających pracy, robotników. Idealna przestrzeń na kryminał. Nie było dla mnie też bez znaczenia, że Chełm jest teraz miastem zapomnianym. Ludzie np. z Warszawy jeżdżą na weekendy do Kazimierza, Sandomierza lub Lublina, a do Chełma już nie. A to miasto z ciekawą historią, które przed wojną było bardzo zróżnicowane etnicznie. Pomyślałem, że warto Chełmowi zrobić przysługę i napisać o nim, chociaż może akurat kontekst kryminalny nie jest dla mieszkańców tym wymarzonym. Ostatnio głośno było o Chełmie w 2000 r., gdy w tamtejszym barze „Miś” zastrzelono dwóch maturzystów . Chodziło wtedy o gangsterskie porachunki, a chłopcy zginęli przez pomyłkę.

Tytuł książki jest heroiczny, „Czas Herkulesów”, i kontrastuje mocno z jej treścią. Bo nie o Herkulesach w niej mowa.

Dlaczego? Przecież tak, o słabych punktach Herkulesów. Tytuł zaczerpnąłem ze wspomnień przedwojennego mistrza zapaśnika Teodora Sztekkera, pt. „W potrójnym nelsonie”. Sztekker był nie tylko mistrzem świata, ale też prawdziwym przedwojennym celebrytą. Napisał: „Czas Herkulesów i Krotonów przeszedł i w sporcie zaczyna triumfować Ulisses”. Czyli już w latach 20. i 30. w jego dyscyplinie przestawały się liczyć siła mięśni i umiejętności, a wygrywało cwaniactwo! To bardzo interesujące z perspektywy naszej współczesności, gdy w kółko wałkujemy korupcję i doping w sporcie, który powinien być przecież zgodny z regułą fair play. Mówi się nawet potocznie, że ktoś coś robi „dla sportu”, czyli bezinteresownie, w imię czystej satysfakcji.
fot. materiały prasowe
Kryminały retro są bardziej aktualne niż nam się wydaje?

Piszę o środku Polski, a więc o Polsce statystycznej. Pewne cechy naszego charakteru się nie zmieniają, to co było aktualne lat temu 100, jest aktualne teraz. Żyjemy wbrew pozorom podobnymi sprawami. Niedawno przeczytałem wypowiedź Marka Krajewskiego, który stwierdził, że z kryminałem retro mamy do czynienia, gdy piszemy o czymś, co było możliwe tylko w określonym czasie i miejscu. I tak zapewne jest w przypadku jego przedwojennych opowieści o Eberhardzie Mocku z Breslau oraz Edwardzie Popielskim ze Lwowa. Tamtych miast w dawnym kształcie już nie ma. Ja natomiast odwołuję się do Chełma, który aż tak bardzo się nie zmienił. Zniknął jego dawny koloryt, bardzo przysiadł ekonomicznie jak na planowaną kolejową stolicę Polski, ale nadal jest swojski. Jeśli chodzi o tzw. kryptopublicystykę, to wiem, że od niej nie ucieknę. Pojawia się zawsze, jakby przy okazji. Np. mamy wciąż do czynienia z kwestią rozliczeń, zastanawiamy się, kto był dobrym, a kto złym Polakiem. Więc nie mogłem nie brać tego pod uwagę, pisząc w „A imię jej będzie Aniela” o tym, jak Maciejewski w czasie II wojny został wcielony do niemieckiej Policji Kryminalnej zwanej Kripo. A z kolei w „Pogromie w przyszły wtorek” Zyga wchodzi w układy z UB, by ratować swoich bliskich.

Ludzkie wybory w czasach nieporównywalnie trudniejszych niż nasze rzadko są jednoznaczne. Nie będę też odkrywczy, jeśli powiem, że podstawowe pobudki do popełniania zbrodni nie zmieniły się od czasów jaskiniowych. Zaś wracają do Lublina i jego okolic, to było centrum naszego kraju, w którym kumulowały się nasze kompleksy, przywary i ambicje. Chełm końca lat trzydziestych XX wieku, o którym piszę, to miejsce wielokulturowe. Żyli tam obok siebie Polacy, Żydzi i Ukraińcy.

Razem z „Czasem Herkulesów” żegnamy się z Zygą Maciejewskim?

Jeszcze nie. Kontrakt z wydawcą opiewał na 10 książek o lubelskim komisarzu. Ostatnią będzie tom opowiadań, a właściwie mikropowieści. Poznają państwo kilka nowych śledztw Maciejewskiego, a przy okazji dowiedzą się o wiele więcej niż do tej pory o Zydze i o jego rodzinie. Wiem ze spotkań autorskich, że bardzo tego brakowało czytelnikom. .

Nie oznacza to oczywiście, że potem już nigdy nic o Maciejewskim nie napisze, ale chcę skończyć na pewno ten cykl. Zależało mi na tym, żeby każda książka była inna i do tej pory to się udawało. Opowiadania też będą różnorodne, m.in. z powodu przeskoków czasowych – od lat 20. do stanu wojennego. Oczywiście można przez lata pisać wg tego samego wzorca i nie ma w tym nic złego. Np. Agatha Christie, pomijając jej mniej znanych bohaterów, pisała całe życie tak naprawdę dwie książki – o pannie Marple i Poirocie. To samo robił Arthur Conan Doyle. Nie chcę jednak tak męczyć biednego Zygi Maciejewskiego i eksploatować go w nieskończoność. To dobry policjant i bokser, mistrz okręgu z 1924 r. Powinien więc zejść z ringu niepokonanym, a nie przez nokaut.
Chełm (fot. Flickr/godlesso)
Zwłaszcza że nie szczędził pan mu nieszczęść…

Bohatera trzeba męczyć. W innym przypadku powieść nie będzie ciekawa. Detektyw musi mierzyć się ze skrajnymi trudnościami i emocjami. Znowu możemy oczywiście przywołać wyjątki, bo taki komisarz Maigret z powieści Georgesa Simenona nie przeżywał dramatów i po każdym dniu pracy spokojnie wracał do domu, by zjeść z żoną kolację. Ale już Chandlerowski Philip Marlowe w trakcie każdego śledztwa czuł, że zaraz może źle skończyć.

Napisał pan w słowie odautorskim, że „nie ma smacznej kanapki bez odrobiny tłuszczu, podobnie bez podkładu prawdy nie ma rzetelnego kłamstwa”. Co w „Czasie Herkulesów” jest tą kapką prawdy?

Istniało np. w Chełmie pismo „Kamena”, jeden z najdłużej funkcjonujących w Polsce periodyków literackich – przez całe lata trzydzieste aż po dziewięćdziesiąte. Wśród bohaterów drugiego planu jest kilka postaci prawdziwych, np. lekarze, którzy współpracują z Maciejewskim, choć w rzeczywistości byli psychiatrami i nie robili sekcji zwłok. W policyjnych rejestrach pojawia się nazwisko Hejwowskiego, dawnego przełożonego Zygi z „Kwestji krwi”, którego po latach spotka w Chełmie. Prawda miesza się więc z fikcją. Choć zwykle staram się zmieniać nazwiska, mam skrupuły, gdy używam tych prawdziwych, nawet jeśli jakiejś postaci nie lubię. W „Czasie Herkulesów” mamy młodego poetę Zimowskiego, którego dalekim pierwowzorem był Wacław Mrozowski, trzeciorzędny poeta, który kręcił się wokół „Kameny”. Gdyby nie opieka i pomoc takich ludzi jak Józef Czechowicz czy Józef Łobodowski – którzy też u mnie się pojawiają jako Trąbicz i Zakrzewski – nikt by o nim nie usłyszał. Po wojnie Mrozowski napisał obrzydliwą, szkalującą to środowisko literackie książkę pt. „Cyganeria”. Ma ona dla mnie jako dla autora kryminałów wiele zalet, bo wyciąga brudy, ale z czysto ludzkiej strony było czymś obrzydliwym tak opisywać ludzi, którzy podali mu rękę.
Ciekawie i sugestywnie opisuje pan menu chełmskich karczm i knajp. Wymagało to osobnych studiów?

W wielu takich miejscach jadłospisów pisanych nigdy nie było, a nawet te z lepszych restauracji nie zachowały się. Wyobraziłem sobie menu na podstawie lektury prac historycznych. Było to o tyle łatwe, że skoro istniały tam knajpy żydowskie i ukraińskie, więc kuchnia narodowa. Tak samo jak w polskich. Muszę przyznać, że nadal mało wiemy o kuchni polskiej, wyobrażamy sobie ją na podstawie doświadczeń z dzieciństwa. Moje dzieciństwo przypadało na lata 70., gdy królował rosół, schabowy lub mielony z ziemniakami i pieczony kurczak. Kuchnia przedwojenna była o wiele bogatsza w smaki i przyprawy, niż teraz sobie to wyobrażamy. Było też bogactwo zakąsek, nie tylko śledź i galareta.

Zyga Maciejewski zaistnieje w innej niż książka przestrzeni artystycznej?

Zapewne jeszcze w tym roku odbędzie się premiera spektaklu teatralnego na podstawie „Pogromu w przyszły wtorek”. Sztukę chce wystawić znakomity reżyser Łukasz Witt Michałowski, twórca lubelskiej Sceny Prapremier InVitro. Nie wiem jednak, kto Zygę zagra. Będzie to spektakl plenerowy na lubelskim Zamku. Wkrótce Polskie Radio Lublin wyemituje też słuchowisko o Maciejewskim. Ja z kolei wrócę do mojej powieści „Officium Secretum” z 2010 r. i napiszę jej dalszą część. Myślę, że akurat na napisanie współczesnego thrillera politycznego nastał czas wprost wymarzony.

Marcin Wroński – autor bestsellerowych kryminałów o komisarzu przedwojennej policji Zygmuncie Maciejewskim. Ma na swoim koncie wiele nagród, m.in. Wielkiego Kalibru (2014) i Kryminalnej Piły (2014). Mieszka w Lublinie. Morderstwo pod cenzurą (2007), „Kino Venus” (2008), „A imię jej będzie Aniela” (2011), „Skrzydlata trumna” (2012), „Pogrom w przyszły wtorek” (2013), „Haiti” (2014), „Kwestja krwi” (2014), „Portret wisielca” 2016.

Wybrane dla Ciebie