Komuniści chcieli zabić pamięć o nim. 94. rocznica urodzin Jana Rodowicza „Anody”

Komuniści odsuwali w pamięciowy niebyt swoje ofiary, a taką ofiarą był Jan Rodowicz (fot. mat. pras.)

Harcerz, żołnierz Szarych Szeregów i AK, powstaniec warszawski, po wojnie student architektury, zaangażowany w zachowanie pamięci o powstaniu i kolegach z "Zośki". Jan Rodowicz „Anoda” urodził się 7 marca 1923 r. w Warszawie. - Komunistom zależało, aby zabić pamięć o nim, bo jak widzimy przez pryzmat dzisiejszych czasów, mógł stać się wzorem dla wielu młodych ludzi - mówi w rozmowie z portalem tvp.info Mariusz Olczak, autor książki „Jan Rodowicz Anoda. Życie i śmierć bohatera Kamieni na szaniec”.

Dlaczego przez tyle lat nic tak naprawdę nie wiedzieliśmy o Anodzie?

To zapomnienie to przede wszystkim okres „komuny” - PRLu. Komuniści odsuwali w pamięciowy niebyt swoje ofiary, a taką ofiarą był Jan Rodowicz. To jeden z wielu żołnierzy podziemia niepodległościowego, który stracił życie po aresztowaniu przez UB i nawet nie najwyższy funkcją czy stopniem, ale wyjątkowy pod kątem charakteru, przynależności do grona bohaterów „Kamieni na szaniec” i legendarnego harcerskiego batalionu AK „Zośka”. Dlatego właśnie zależało komunistom, aby zabić pamięć o nim, bo jak widzimy przez pryzmat dzisiejszych czasów, mógł stać się wzorem dla wielu młodych ludzi. A to już mogło być dla nich groźne. Zresztą pamięci o nim nie udało się unicestwić, gdyż była ona żywa m.in. w środowiskach harcerskich, wśród byłych żołnierzy AK i w środowiskach niepodległościowych.

Można odnieść wrażenie, że Janek chociaż z ogromnymi zasługami dla Państwa Podziemnego, nie jest stawiany w ten samej linii co np. Rudy, Alek czy Zośka.

To wszystko zależy od punktu widzenia, gdyż jeśli spojrzymy na ostatni okres to właśnie o Rodowiczu napisano aż sześć książek, w 2011 r. Muzeum Powstania Warszawskiego powołało do życia powszechnie znaną nagrodę im. Jana Rodowicza dla współczesnych bohaterów dnia codziennego, nagrano sztukę teatralną w reżyserii Mariusza Malca itd. itd. Śmiem twierdzić, że wielu wyższych funkcją i stopniem oficerów AK nie cieszy się takim zainteresowaniem.

Czy wpływ na jego poglądy mógł mieć brat matki gen. Władysław Bortnowski?


Nie tylko dowódca Armii Pomorze w 1939 r. gen. Władysław Bortnowski, ale również starszy brat Zygmunt i wielu członków tej zasłużonej dla Polski rodziny było dla Rodowicza wzorem. Ten polski gen wolności nie wziął się przecież z niczego. Warto tu chociaż wspomnieć wuja Stanisława Rodowicza i jego rolę w uruchomieniu łączności radiowej KG ZWZ z władzami na emigracji w pierwszych miesiącach - latach okupacji. To przez zlokalizowaną w domu Rodowiczów przy ul. Fortecznej na Żoliborzu tzw. „łódź podwodną” przechodziły najważniejsze rozkazy dla konspiracji w Kraju, jak i sprawozdania Stefana Roweckiego wysyłane na zachód. O innych członkach tej rodziny i ich walce o niepodległą Polskę można napisać wiele książek. Z nimi wszystkimi czy to osobiście, czy podczas domowych opowiadań przy kominku „Anoda” miał styczność na co dzień.

Jan Rodowicz na zjeździe koleżeńskim "Zośki" w Zakopanem (fot. zasoby AAN)

Góralki pojechały pomagać uchodźcom. Nagrody imienia „Anody”

Nagrody imienia Jana Rodowicza „Anody” – rozdane. Po raz pierwszy przyznano wyróżnienie za godną naśladowania inicjatywę. Laureatkami w tej...

zobacz więcej

Anoda z jednej strony był znany z tego, że był rozrywkowy, dowcipny, wiecznie uśmiechnięty i nieprzeciętnie inteligentny. Z drugiej strony był świetnym żołnierzem, dobrym dowódcą, na którego można było zawsze liczyć podczas akcji. Czy miał jakieś wady?

Jak każda postać historyczna. Pamiętajmy jednak, że ocena zalet i wad zmienia się w ocenie niektórych historyków wraz z czasem. Z mojego punktu widzenia w początkowym okresie konspiracji Rodowicz był chyba jednak zbyt brawurowy, co zresztą dotyczyło również niektórych innych „podchorążaków”. W jego przypadku zetknąłem się z dwiema opiniami na ten temat - Andrzeja Wolskiego ps. Jur, który opisuje jazdę ciężarówką na akcję pod Celestynowem i Rodowicza straszącego bronią podczas drogi podróżującego w drzwiach tramwaju Niemca, co mogło narazić całą akcję. Anna Borkiewicz-Celińska opowiadała mi z kolei o wizytach „Anody” na punkcie kontaktowym w sklepie z futrami dla Niemców, gdzie pracowała jako ekspedientka. Jego „charakterne” zachowanie i ubiór powodowały, że bała się strasznie tych wizyt, obawiając się reakcji Niemców. Rodowicz doroślał jednak szybko tak, że wiosną 1944 r. powierzono mu dowodzenie trudną akcją dywersyjną na Podkarpaciu. Musiano już wówczas docenić jego odpowiedzialność.

Mdlejący Anoda - jak zawsze w dobrym humorze. Zjazd Koleżeński "Zośki" w Zakopanem. (fot. Zasoby AAN)

Mało kto wie, że Anoda dowodził sekcją „butelka” w akcji pod Arsenałem. Wielu historyków potwierdza, że to było kluczowe działanie w uratowaniu Rudego.

Zatrzymanie więźniarki było na pewno kluczowe z punktu widzenia przebiegu tej, jak i innych podobnych akcji. Zawsze musi być udany ten pierwszy strzał, czy pierwszy wybuch. Niemniej był to jeden z elementów, a sama bohaterska postawa „Anody” zarówno podczas rozpoczęcia akcji, jak i w odwrocie nie dałaby nic, gdyby nie dobrze przygotowana całość, która pokazała gotowość do walki z Niemcami na ulicach Warszawy tych młodych jeszcze i nieostrzelanych żołnierzy dowodzonych przez równie młodych stażem dowódców.

W Powstaniu Warszawskim nie miał szczęścia. Trzy razy poważnie ranny, a i tak zdążył się bohatersko wpisać na karty powstania. To chyba wymagało od niego niecodziennej odwagi?


Te cechy, które w konspiracji wiele razy należało ukrywać, ograniczać się, tutaj w otwartej walce były często decydujące. Stąd też Rodowicz to czołowy żołnierz „Zośki”, odznaczony Virtuti Militari i co szczególnie ważne radzący sobie z bólem towarzyszącym wszelkim zranieniom. Odwagę wykazał nie tylko w walce, ale również w szybkich decyzjach powrotu na linię po ciężkich zranieniach. Rodowicz jak i inni „Zośkowcy”, którzy ocaleli z Powstania, po wyleczeniu ran byli często inwalidami.

Wiktor i Anoda. Zjazd Koleżeński "Zośki" w Zakopanem. (fot. Zasoby AAN)

To już 75 lat. 14 lutego 1942 roku powstała Armia Krajowa

75 lat temu powołano do życia Armię Krajową. W ciągu trzech lat działalności żołnierze formacji przeprowadzili ponad sto tysięcy akcji...

zobacz więcej

Po zakończeniu wojny nie poszedł do lasu razem z Niezłomnymi. Ale też nie zaprzestał "walki" - walki o pamięć swoich przyjaciół. Czy można go nazwać głównym archiwistą "Zośki"?

Żołnierze „Zośki” jeszcze przed Powstaniem przygotowywali się i szkolili także do życia partyzanckiego. Byli również przygotowywani na zbliżającą się ofensywę wojsk sowieckich. W rozkazie Kompanii 2 „Rudy” z 25 lipca 1944 r. jeszcze przed Powstaniem otrzymali wykładnię dalszego postępowania i to również tego w stosunku do wojsk sowieckich. Czytamy w niej, że: Nie wolno natychmiast przyjmować mandatów od czynników samozwańczych lub czerpiących swą siłę z obcych źródeł; nie wolno się zaciągać do cudzoziemskich wojsk, chociażby maskowały się polskimi barwami, hasłami i melodiami. Nie o zewnętrzne świecidełka tu chodzi, lecz o ducha wojska i sprawę, jakiej służą. Tylko własnej sprawie polskiej i pod własnym naczelnym dowództwem pragniemy składać daninę krwi. W 1945 r. wyjazd na „bazy” tj. do lasu też był brany przez nich samych, jak i ich dowództwo pod uwagę. Zresztą podjęli konkretne działania konspiracyjne w 1945 r. O to, że większość z nich ujawniła się przed Komisją Likwidacyjną AK jesienią 1945 r. nie można mieć pretensji. Pamiętajmy, że byli na pierwszej linii w walce z okupantem od kilku lat, przeszli tragiczne Powstanie, z którego wyszli poranieni fizycznie, często pozostając, jak sam „Anoda”, inwalidami. Nikt wówczas nie interesował się również „stresem pola walki”, a ci młodzi ludzie musieli sobie z tym radzić sami. U Rodowicza to charakterystyczne, że walczył o upamiętnienie nie swoich czynów, ale o pamięć o poległych koleżankach i kolegach. Temu miały służyć działania Biura Historycznego „Brody”. Ci nieliczni co przeżyli nie budowali sobie pomników, nie dbali o własne odznaczenia i awanse, ale walczyli o zachowanie w pamięci czynów poległych „Zośkowców”. Z pewnością Rodowicz był wspólnie z Bogdanem Celińskim głównym archiwistą „Zośki”. To on szczególnie namawiał do pisania wspomnień, nadzorował przepisywanie oryginalnych dokumentów z okresu wojny, prasy konspiracyjnej i powstańczej z fragmentami odnoszącymi się do „Zośki”, wreszcie to Rodowicz zaprojektował i wykonał pieczątkę , którą pieczętowane były wszystkie zebrane i przepisane dokumenty. Te ślady jego działalności są widoczne do dzisiaj na poszczególnych kartach z lat 1945-1947. Co prawda inne oddziały również podjęły próby gromadzenia dokumentów, jednak w żadnym nie odbyło się to w tak przemyślany, wczesny i zorganizowany sposób i na taką skalę jak w „Zośce”.

Czart z Gromem i Anoda ze Świstem w czasie zawodów - Zjazd Koleżeński "Zośki" w Zakopanem. Grudzień 1945 r (fot. AAN)

Komuniści zawsze twierdzili, że Anoda popełnił samobójstwo. Nikt w to nie wierzył, wiedząc jaki miał charakter. Jaka według Pana jest prawda?

Trzeba tutaj jasno powiedzieć, że mimo kilku książek o Rodowiczu, śledztwie prowadzonym po 1990 r., śledztwie rodziny i kolegów z oddziału, wreszcie powszechnemu zainteresowaniu sprawą wielu ludzi dobrej woli nie udało się sprawy śmierci Jana Rodowicza ostatecznie wyjaśnić. Nawet w ostatnio opublikowanej przez IPN książce poświęconej samemu problemowi śmierci Rodowicza autor w podsumowaniu przedstawia tylko te znane od lat wnioski i interpretacje. Dlaczego tak się dzieje? Przede wszystkim z braku nowych źródeł, śmierci głównych świadków. Na początku lat 90-tych kiedy żyli jeszcze oprawcy z UB zaniechano w śledztwie prawdziwych narzędzi, w tym np. nie przeprowadzono wizji lokalnej w budynku Ministerstwa Sprawiedliwości, nie aresztowano wówczas żyjącego jeszcze Wiktora Herera, co mogło zmusić go do ujawnienia prawdy. Ubecy czuli się jeszcze wówczas prawie zupełnie bezkarni, a sam Herer znany był bardziej jako ekonomista i doradca nazwijmy to lewego skrzydła „Solidarności” niż jako Ubek.

W brutalnym śledztwie nikogo "nie sypnął". To kolejny przykład jego wierności i oddaniu sprawie. To dlatego bezpieka mogła upozorowała jego zabójstwo na samobójstwo? Nie był im potrzebny?

Odnośnie szczegółowego przebiegu śledztwa nie wiemy zbyt wiele. Co prawda znamy protokoły przesłuchań, wspomnienie Henryka Kozłowskiego „Kmity”, relacje i zeznania UBeków oraz cały szereg poszlak, jednak trudno jednoznacznie stwierdzić, że śledztwo było brutalne w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Z pewnością dla Rodowicza był to szok. Spotkał się w wigilijny wieczór z zupełnie nieznanym mu brutalnym światem strony, która prowadziła, jak mówił o sowietach wspominany już rozkaz kompanii „Rudy” z lipca 1944 r. podejrzaną grę pełną sprzeczności i nieszczerości. „Anoda” z tego typu sytuacją nie miał do czynienia. Przesłuchujący mówili po polsku. Z zachowanych protokołów przesłuchań wynika, że „Anoda” mówił m.in. o działalności poszczególnych kolegów z oddziału, o broni. Nie traktowałbym tego jednak w charakterze „sypania”. Nie ulega również kwestii, że odpowiedzialność za śmierć Jana Rodowicza ponosi UB, które od momentu jego aresztowania w Wigilię 1948 r. wzięło za niego pełną odpowiedzialność. Sądzę, że jego śmierci musiały towarzyszyć wydarzenia, o których ani Herer, ani Klejna nie chcieli po wojnie mówić. Ich śladu szukamy nadal w archiwach. Sam jednak jestem pesymistą odnośnie wyjaśnienia tej kwestii.


Fotografie z dowodzonej przez Anodę akcji pod Rogóźnem. (fot. Zasoby AAN)

źródło:
Zobacz więcej