RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Czy Brytyjczycy odnajdą trotyl na szczątkach tupolewa?

Do katastrofy doszło 10 kwietnia 2010 roku (fot. Sergei Karpukhin/Reuters)
Do katastrofy doszło 10 kwietnia 2010 roku (fot. Sergei Karpukhin/Reuters)

Forensic Explosives Laboratory (FEL) zbada, czy w próbkach pobranych z samolotu, który rozbił się w Smoleńsku, są ślady materiałów wybuchowych. Taką ekspertyzę w brytyjskim laboratorium zamówiła polska Prokuratura Krajowa badająca przyczyny tragedii z 10 kwietnia 2010 roku. W wydanym w piątek komunikacie PK poinformowała, że „FEL nie dokona oceny, ani nie zaproponuje opinii, która dotyczy przyczyn katastrofy. Wykona i złoży opinię dotyczącą analizy śladów materiałów wybuchowych”.

Wewnętrzna komisja ws. artykułu o trotylu

Osoby odpowiedzialne za ukazanie się artykułu „Trotyl we wraku tupolewa” poniosą konsekwencje, jeżeli okaże się, że wprowadziły czytelników w błąd...

zobacz więcej

Przypomnijmy, że pierwsze doniesienia w sprawie materiałów wybuchowych na elementach Tu-154M opublikowała 30 października 2012 roku „Rzeczpospolita” w tekście Cezarego Gmyza pt. „Trotyl na wraku tupolewa”.

Prokuratura zaprzeczyła

Prokuratura Wojskowa zaprzeczyła wtedy tym informacjom. Jednocześnie przyznała, że na wraku samolotu wykryto tzw. substancje wysokoenergetyczne, ale mogą to być np. pestycydy.

Producenci urządzeń, za pomocą których badano samolot zapewniali jednak, że ich czujniki nigdy się nie mylą i jeśli wskazały trotyl, to na pewno wykryto właśnie tę substancję. Sprawa nigdy nie została jednoznacznie rozstrzygnięta.

Dziś politycy Prawa i Sprawiedliwości wyrażają nadzieję, że brytyjskie laboratorium w końcu ujawni prawdę. – Lepiej późno niż wcale. Takie tragiczne wydarzenia trzeba badać na wszelkie dostępne sposoby i pomoc międzynarodowa była wskazana od samego początku. Nie mam wątpliwości, że trzeba było to zrobić już w 2010 r. To nie my zmarnowaliśmy te pierwsze, tak ważne lata, śledztwa - mówi poseł PiS Łukasz Zbonikowski.

Z postępowania Prokuratury Krajowej natomiast bardzo niezadowolona jest Platforma Obywatelska. – Te działania są co najmniej dziwne. Nasuwają się dwa pytania. Pierwsze: co zmieniło się od czasu ostatniej opinii Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji, której eksperci nie mieli najmniejszych wątpliwości, że na szczątkach tupolewa nie ma śladów materiałów wybuchowych. Drugie: dlaczego podważa się wiedzę polskich ekspertów, dziś podwładnych ministra Mariusza Błaszczaka – zastanawia się poseł PO Marcin Kierwiński w rozmowie z portalem tvp.info.

Sensacyjne informacje Gmyza

Przypomnijmy historię doniesień o substancjach wybuchowych na wraku samolotu, który rozbił się w Smoleńsku. W 2012 roku Cezary Gmyz napisał we wspomnianym powyżej artykule w „Rzeczpospolitej”: „Do Smoleńska wraz z prokuratorami pojechali biegli pirotechnicy z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego oraz Centralnego Biura Śledczego, z nowoczesnym sprzętem. Już pierwsze próbki, zarówno z wnętrza samolotu, jak i poszycia skrzydła maszyny, dały wynik pozytywny. Urządzenia wykazały m.in., że aż na 30 fotelach lotniczych znajdują się ślady trotylu oraz nitrogliceryny”.

NPW odpowiada po raz kolejny: na wraku Tu-154M nie było śladów materiałów wybuchowych

Biegli w całości odrzucają zarzuty sugerujące nieprawidłowe wykonanie badań próbek z wraku Tu-154M „oraz obecność heksogenu lub innych bliżej...

zobacz więcej

Dziennikarz informował: „Substancje te znaleziono również na śródpłaciu samolotu, w miejscu łączenia kadłuba ze skrzydłem. Było ich tyle, że jedno z urządzeń wyczerpało skalę. Podobne wyniki dało badanie miejsca katastrofy, gdzie odkryto wielkogabarytowe szczątki rozbitego samolotu. Ślady materiałów wybuchowych nosiły również nowo znalezione elementy samolotu, ujawnione podczas tej właśnie wyprawy do Smoleńska”.

„Rzeczpospolita” podała też, że wiadomość o odkryciu osadu z materiałów wybuchowych natychmiast została przekazana na ręce prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta.

Co znaleziono?

Naczelna Prokuratura Wojskowa jednak zaprzeczyła tym doniesieniom. Zaznaczyła, że znalezione ślady – podczas trwającego od połowy września do połowy października 2012 r. pobytu biegłych w Smoleńsku – mogą oznaczać obecność tzw. substancji wysokoenergetycznych.

Jak wyjaśniał wtedy szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie płk Ireneusz Szeląg, urządzenia wykorzystywane w Smoleńsku mogą w taki sam sposób sygnalizować obecność materiału wybuchowego, jak i innych związków np. pestycydów, rozpuszczalników i kosmetyków. Utrzymywał, że wielokrotnie sygnalizowały one możliwość wystąpienia związków chemicznych o budowie podobnej do materiałów wysokoenergetycznych; reagowały np. na namiot wykonany z PCV.

– Urządzenia wykorzystywane są tylko do wstępnych, szybkich testów przesiewowych, wskazujących co najwyżej na możliwość wystąpienia związków chemicznych mogących być materiałem wysokoenergetycznym. Urządzenie wskazywało biegłym, że badany element powinien być zabezpieczony i poddany szczegółowym, profesjonalnym badaniom w laboratorium – mówił Szeląg.

Urządzenia się nie mylą

5 grudnia 2012 roku sprawie obecności trotylu na wraku przyjrzała się sejmowa komisja. W jej posiedzeniu wziął udział producent urządzeń używanych do wykrywania śladów materiałów wybuchowych. Jan Bokszczanin zaprzeczył opinii prokuratury, według której jony innych substancji, mogłyby „zmylić” aparaturę. – W warunkach naturalnych (...) jeśli takie urządzenie wskazuje, że był to trotyl, to prawdopodobieństwo, iż nie był to trotyl, jest równe zeru – mówił.

Bokszczanin dodał, że kwestia, w jaki sposób trotyl trafił na badane miejsce – „czy został naniesiony przez osoby mające do czynienia z materiałami wybuchowymi i mające na przykład zanieczyszczone ubrania” – to już sprawa dla śledczych z prokuratury. Producent dodał, że detektory tego typu są używane w ok. 60 państwach. I gdyby nie były precyzyjne, nie kosztowałyby tak drogo.

12 stycznia 2011 roku raport ws. katastrofy opublikował rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK). Autorzy raportu oznajmili, że na wraku samolotu nie stwierdzono śladów materiałów wybuchowych. Zaś 29 lipca 2011 roku głos zabrali członkowie komisji pod przewodnictwem Jerzego Millera. Według ich raportu wykluczono, aby na pokładzie wraku znajdowały się substancje trujące lub środki wybuchowe.

Cztery podejścia, pijany generał, brak trotylu. Nie wszystkie informacje o katastrofie w Smoleńsku były prawdziwe

Katastrofa w Smoleńsku z 10 kwietnia 2010 roku wciąż budzi wiele emocji. Przez sześć lat pojawiało się wiele informacji na temat jej przebiegu, ale...

zobacz więcej

7 marca 2013 roku rzecznik Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej poinformował, że przeprowadzona wspólnie przez specjalistów z Rosji i Polski nowa ekspertyza szczątków polskiego Tu-154M nie wykazała na nich śladów wybuchu. Władimir Markin przekazał, że prace rosyjskich i polskich śledczych, w których uczestniczyli również biegli z dwóch krajów, były prowadzone w Moskwie i Smoleńsku od 18 lutego do 7 marca.

27 czerwca 2013 roku Naczelna Prokuratura Wojskowa podała oficjalnie, że biegli nie wykryli pozostałości materiałów wybuchowych na elementach wraku. Poinformowano, że specjaliści stwierdzili jedynie obecność nitrogliceryny w pojemniku z lekiem nasercowym. Badanie prowadziło warszawskie Centralne Laboratorium Kryminalistyczne, które pod lupę wzięło 258 próbek (134 z elementów wraku, 124 z gleby z miejsca katastrofy).

Seria wybuchów

10 kwietnia 2015 roku ukazał się raport zespołu parlamentarnego ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Według ekipy, na czele której stanął Antoni Macierewicz, z pięcioletnich badań ekspertów wynika, że w rządowym tupolewie doszło do serii wybuchów.

Hipotezę miały potwierdzać: rozpad samolotu na ogromną liczbę kawałków, zapis w FMS o całkowitym zaniku zasilania elektrycznego w powietrzu na wysokości 15 metrów, zarejestrowane w czarnych skrzynkach gwałtowne zmiany przyspieszenia pionowego i przechylenia oraz właśnie obecność na szczątkach śladów materiałów wybuchowych.

Dziennikarze wygrywają z Hajdarowiczem

W dniu publikacji tekstu Cezarego Gmyza „Trotyl na wraku tupolewa”, a więc 30 października 2012 roku po północy, właściciel „Rzeczpospolitej” Grzegorz Hajdarowicz skontaktował się z politykiem rządzącej podówczas Platformy Obywatelskiej Pawłem Grasiem i poinformował go o treści tekstu, który miał się pojawić w porannym wydaniu.

W następnych dniach Hajdarowicz odciął się od publikacji swojej gazety, przeprosił czytelników i w trybie natychmiastowym zwolnił z pracy Gmyza oraz szefa działu krajowego Mariusza Staniszewskiego. Zakończono również współpracę z redaktorem naczelnym Tomaszem Wróblewskim.

5 listopada 2015 roku sąd orzekł, że zwolnienie Gmyza i Staniszewskiego było niezgodne z prawem. W orzeczeniu napisano, że tekst o trotylu nie naruszał zasad dziennikarskiej rzetelności, a opublikowany materiał został należycie zweryfikowany.

źródło:
Zobacz więcej