SERWIS

Tokio 2020: wyniki, starty i medale

Państwo strachu – Białoruś przed wyborami

Wybory parlamentarne na Białorusi – wojsko głosuje wcześniej (fot. PAP/EPA/TATYANA ZENKOVICH)
Wybory parlamentarne na Białorusi – wojsko głosuje wcześniej (fot. PAP/EPA/TATYANA ZENKOVICH)

Przed niedzielnymi wyborami parlamentarnymi na Białorusi opozycja już wzywa do oprotestowania ich wyników i wyjścia na ulicę w poniedziałek wieczorem. Władze z kolei bardziej niż o wynik zdają się bać niskiej frekwencji. Do udziału w głosowaniu zachęcają zniżkami na towary sprzedawane przed lokalami wyborczymi.

Łukaszenka stawia opór rosyjskiemu niedźwiedziowi. Po wizycie Putina w Mińsku

Oficjalne wypowiedzi podsumowujące środową wizytę Władimira Putina w Mińsku dotyczyły głównie rynku żywności po wprowadzeniu przez Moskwę...

zobacz więcej

– Tymi wyborami nikt się nie interesuje i nikomu nie są potrzebne – powiedziała mi emerytka z Mińska i zaraz dodała: – Ludzie mogą je zignorować, ale nikt nie będzie o tym chlapał jęzorem na prawo i lewo, bo to może nieść za sobą różne konsekwencje. Spojrzała na mnie wymownie. Najwyraźniej białoruskie władze obawiają się małego zainteresowania, bo na przykład administracja obwodu brzeskiego zachęca do przyjścia na głosowanie nie tylko koncertami i sklepikami ze ciastami, kanapkami i alkoholem, bo te są tradycją w białoruskich lokalach wyborczych. Kuszą, że każdy, kto spełni swój obywatelski obowiązek, nie pożałuje, bo będą na nich czekały wysokiej jakości produkty w świetnych cenach.

„Prawdę powiedzą tylko we własnej kuchni”

- Jeśli chodzi o politykę, Białorusini prawdę powiedzą tylko we własnej kuchni, a i to nie zawsze – tłumaczyła mi dalej emerytka, żaląc się przy tym, że starymi ludźmi nikt się w jej kraju nie interesuje. Od razu przypomniało mi się, jak podczas poprzednich wyborów – prezydenckich, w październiku, pojechaliśmy z operatorem na „Komorowkę”, czyli rynek w centrum Mińska. Ceny na Białorusi poszły wtedy mocno w górę, między innymi dlatego, że białoruski rubel nie jest odporny na wahania kursu rosyjskiej waluty. Na nagrywanie na „Komorowce” trzeba mieć zgodę administracji rynku, więc cały czas mieliśmy przy sobie „gospodarza”, który przyglądał się naszej pracy.

- Chcieliśmy zapytać o ceny? Wiemy, że poszły w górę. Czy na wszystko starcza pieniędzy? – zapytałam jednej z pań kupujących sało, czyli popularną za naszą wschodnią granicą słoninę. – Starcza. Ceny nie są aż tak bardzo wysokie – odpowiedziała starsza pani w szarej kurtce i zaczęła tłumaczyć, że na Białorusi mniej płaci się za mieszkanie niż w Polsce czy krajach bałtyckich. Byłam zdziwiona. Pytaliśmy dalej i za każdym razem ta sama odpowiedź – że nie ma problemu z cenami, choć od mieszkających na Białorusi znajomych wiedziałam, że problem i to jest poważny, że po najtańsze mleko ustawiają się kolejki. Nikt do kamery nie odważył się tego powiedzieć.

Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek – w co gra Łukaszenka?

Największą zagadką październikowych wyborów prezydenckich na Białorusi nie było to, kto wygra, ani nawet to, jak imponujące poparcie zdobędzie...

zobacz więcej

„Elementarny szacunek do władzy”

Innym razem przygotowywaliśmy materiał o życiu na białoruskiej wsi. Przyjechaliśmy do małej miejscowości niedaleko Grodna. Ledwo zdążyliśmy wyjąć kamerę z bagażnika samochodu, kiedy podjechało stare Żiguli, czyli WAZ 2101. – Dlaczego nie przyjechali Państwo najpierw do nas, żeby się przedstawić, poprosić o zgodę na nagrywanie? – zapytała około pięćdziesięcioletnia blondynka. Mówiła bardzo kategorycznym tonem. – Przepraszam, nie rozumiem. Dlaczego powinniśmy prosić o zgodę na nagrywanie? Przecież nie z panią chcemy rozmawiać – odpowiedziałam, a operator włączył kamerę.

– Mamy akredytację białoruskiego MSZ, która jest zgodą na pracę i nie przyjeżdżamy tam za każdym razem uprzedzać, że będziemy pracować w Mińsku – kontynuowałam. Kiedy nasza rozmówczyni zobaczyła obiektyw skierowany w swoją stronę, schowała się do samochodu i krzyknęła tylko: - A gdzie elementarny szacunek do władzy? Odjechała.

Przyjdą do córki

Kiedy objeżdżaliśmy wsie w obwodzie grodzieńskim, mieliśmy ogromny problem ze znalezieniem kogokolwiek, kto zgodziłby się z nami porozmawiać o tym, jak się żyje. – Ja bym z wami porozmawiała – mówiła starsza pani z chustką na głowie, stojąc w bramie swojego domu.

Studentów czy urzędników administracji publicznej „zachęca się”, by wzięli udział w przedterminowym głosowaniu jak żołnierze (fot. PAP/EPA/TATYANA ZENKOVICH)
Studentów czy urzędników administracji publicznej „zachęca się”, by wzięli udział w przedterminowym głosowaniu jak żołnierze (fot. PAP/EPA/TATYANA ZENKOVICH)

.

zobacz więcej

– Mi to już nic nie zrobią, ale do córki do pracy przyjdą. Zrozumcie – tłumaczyła dobrodusznie. Na nagranie zgodzili się znajomi jednej z działaczek Związku Polaków na Białorusi. Był jeden warunek – żeby nie było widać twarzy. Około 30-letni mężczyzna w dość dyplomatycznych słowach opowiadał, jak trudno jest znaleźć na wsi pracę. Po dwóch godzinach zadzwonił, że jednak nie zgadza się na emisję materiału.

Protesty pod kontrolą

Tuż po ogłoszeniu wyniku wyborów prezydenckich w ubiegłym roku, kiedy okazało się, że Aleksandr Łukaszenka zdobył 84 proc. głosów, w centrum Mińska zebrała się grupa stu, może dwustu osób z transparentami. Milicja nawoływała ich do powrotu do domów, bo akcja nie była uzgadniana. W tłumie, jak na niemal wszystkich białoruskich protestach, pojawili się mężczyźni z małymi kamerami w rękach i nagrywali wszystko, co się dzieje, głównie twarze zebranych. Po około trzydziestu minutach, grupa ruszyła przez Prospekt Niezależności, czyli główną ulicę białoruskiej stolicy, wykrzykując niepochlebne wobec prezydenta hasła. Po około kilometrze wyrósł przed nimi mur. Kilkudziesięciu mężczyzn w ciemnych spodniach i ciemnych kurtkach, ze słuchawkami w uszach, stanęło im na drodze. Wszyscy wstrzymali oddech, ale nikt się nie zatrzymał. Kolumna protestujących ominęła tajniaków, a oni się nie ruszyli. Demonstracja po kilku godzinach sama się rozeszła.

Byle nie jak na Ukrainie

I prezydent Łukaszenka, i białoruskie media dbają o to, by Białorusini bali się powtórzenia u nich w kraju scenariusza ukraińskiego. Opozycja została rozbita po wyborach w 2010 roku. Można się więc spodziewać, że i tym razem protesty nie będą zbyt duże. Nikt też nie będzie ich pacyfikował, jeżeli nie wymkną się spod kontroli. Wręcz przeciwnie – władzom są one na rękę. Dzięki nim Aleksandr Łukaszenka przedstawicielom Unii Europejskiej, która zdjęła większość nałożonych na jego kraj sankcji, może zawsze powiedzieć, że przecież on nikomu protestować nie przeszkadza. Zastraszanie studentów czy urzędników administracji publicznej, których „zachęca się” do udziału w przedterminowym głosowaniu, udowodnić już dużo trudniej niż rozpędzanie protestów.

EPA/TATYANA ZENKOVICH
EPA/TATYANA ZENKOVICH

źródło:
Zobacz więcej