RAPORT

DEBATA W PARLAMENCIE EUROPEJSKIM PO WYROKU TK

NASZ NEWS: Jak z kont wielkiego banku wyparowały miliony, czyli wirus zaatakował komputer prezesa

Z kont jednego z największych banków w Polsce skradziono miliony złotych. Pieniądze wytransferowano na Ukrainę w czasie, kiedy trwała tam rewolucja. W atak na bank zaangażowana była tajemnicza spółka z Warszawy, która do Unii Europejskiej ściągnęła 174 uchodźców, twierdząc, że są to kierowcy szukający pracy.

Sejm zdecydował o powołaniu komisji śledczej ds. Amber Gold

We wtorek rozpoczyna się ostatnie przed parlamentarnymi wakacjami, zaplanowane na cztery dni posiedzenie Sejmu. Posłowie mają m.in. podjąć decyzję...

zobacz więcej

Oto szczegóły historii, które poznał portal tvp.info: w czasie, kiedy na Ukrainie trwa Euromajdan, okradziony zostaje jeden z największych banków w Polsce. Z firmowych kont giną miliony złotych. Pieniądze, po serii przelewów elektronicznych, trafiają do 29 Ukraińców mieszkających w Obwodzie Mikołajewskim.

Chociaż pojedyncze transakcje przekraczają 30 tys. zł, nie widzi tego ani Generalny Inspektorat Informacji Finansowej, ani departament bezpieczeństwa banku. Nikt nie interesuje się dziwnymi przelewami. Na trop afery wpadają dopiero szeregowy policjant zwalczający przestępstwa gospodarcze i prokurator z Prokuratury Okręgowej w Olsztynie.

Ciąg przelewów i nazwisk doprowadzi ich do urzędów pracy, a później do spółki mieszczącej się na warszawskim Solcu. Stamtąd trafią do ambasady RP w Ankarze i za ocean, do Stanów Zjednoczonych Ameryki. – Widziałem w swoim życiu wiele spraw gospodarczych, ale tak dziwnej nigdy – mówi prokurator z Prokuratury Regionalnej w Białymstoku, który poznał akta śledztwa.

Chciał wpłacić do banku 1,5 mln zł. Większość w fałszywych banknotach

Mariusz W. zadeklarował w banku wpłatę na swoje konto ponad 1,5 mln zł, które następnie miały zostać przewalutowane na dolary amerykańskie. Na...

zobacz więcej

Kupno spółki

Styczeń 2012. Dwójka 30-latków z Warszawy zakłada spółkę z o.o. Mają w niej po 50 proc. udziałów. Przez pół roku spółka niczym się nie zajmuje. Mężczyźni będą później tłumaczyć w prokuraturze, że spółkę założyli tylko po to, by ją sprzedać.

30 maja 2012 roku do Warszawy przylatują Azrak Salim S. i Tanju Dawid O. Pierwszy jest obywatelem Turcji, drugi posługuje się paszportem amerykańskim. Mężczyźni w Warszawie będą do 7 czerwca 2012 roku. Ale już w dniu przylotu jadą na Solec pod adres, gdzie mieści się założona przez warszawiaków spółka. Składają ofertę kupna 100 proc. udziałów. Dzień później podpisują akt notarialny zakupu spółki.

Według dokumentów KRS za 100 proc. udziałów spółki zapłacili 6 tys. zł. Azrak S. i Tanju O. zmieniają też nazwę firmy z polskiej na angielskojęzyczną, sugerującą, że zajmuje się ona szeroko rozumianą logistyką. Wykorzystają to później w ambasadzie RP w Ankarze.

7 czerwca 2012 roku Azrak S. i Tanju O. udają się na lotnisko Chopina i lecą do Turcji. Tutaj ślad po nich się urywa. Przez następny rok spółka, którą kupili Azrak S. i Tanju O., niczym się nie zajmuje. Nie wykonuje żadnych transakcji, nie składa też sprawozdań do sądu. Aż do września 2013 roku.

teraz odtwarzane
Jak z kont wielkiego banku wyparowały miliony?

1,5 mld zł. Straty SK Banku większe niż w aferze Amber Gold

Co najmniej 1,5 mld zł mogą wynosić straty SK Banku, który ogłosił upadłość w listopadzie 2015 r. Biegli wyliczyli, że nawet 100 kredytów...

zobacz więcej

Rekrutacja

Wtedy do urzędów pracy na Warmii i Mazurach, ale też w Małopolsce trafiają ogłoszenia o pracę. Spółka, której właścicielem są Azrak S. i Tanju O., szuka m.in. „kontrolerów przemieszczania ładunków” – tak piszą w ogłoszeniach publikowanych przez Urząd Pracy w Krakowie. Wykupują też ogłoszenia w ogólnopolskiej prasie. Tutaj prowadzą rekrutację na „kontrolera”. Oferują 4,5 tys. zł pensji.

W zamian żądają jedynie znajomości pakietu Office i obsługi komputera. Za każdym razem spółka Azraka S. i Tanju O. pisze, że jest „znaną na rynku firmą logistyczną”. Nikt nie weryfikuje ogłoszeń. Urzędy Pracy nie sprawdzają, czy spółka jest wiarygodna. Nikogo nie dziwi, że firma nie podaje adresu do kontaktu ani telefonu, a rekrutacja ma się odbywać wyłącznie drogą mailową.

Na odzew spółka nie musiała długo czekać. Ludzie na podany w ogłoszeniach adres mailowy masowo wysyłają CV i listy motywacyjne. Kuszą ich wysokie zarobki i niskie wymagania kwalifikacyjne. Jak wynika z akt prokuratorskiego śledztwa, po wysłaniu aplikacji bezrobotni dostawali mailem umowę o pracę, którą mieli wypełnić, m.in. wpisując nr swojego konta bankowego, na które ma być przelane wynagrodzenie, podpisać, zeskanować i odesłać zwrotnym mailem.

Studentka wydała fortunę, którą przez pomyłkę przelał jej bank

Australijski bank Westpac Banking Corp. przez pomyłkę przelał 4,6 mln dolarów australijskich dziewczynie z Malezji. A ona większość wydała na...

zobacz więcej

Umowa była zawsze zawierana na okres próbny. Każdy z nowo przyjętych pracowników przed rozpoczęciem pracy miał przejść test polegający na tym, że otrzymają na swoje konto pieniądze, które będą musieli przesłać dalej. Adres i konto odbiorcy pracownicy dostawali oddzielnym mailem. Zdarzało się jednak, że część osób otrzymywała instrukcje telefonicznie. – Osoba, która się z nimi kontaktowała, dzwoniła zawsze z zastrzeżonego telefonu. Rozmawiała płynną polszczyzną – mówi Zbigniew Czerwiński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie.

Kim był tajemniczy Polak, który dzwonił w imieniu spółki? Nie wiadomo. Od października 2013 roku do kwietnia 2014 roku spółka zatrudniła kilkadziesiąt osób. Wszyscy otrzymali później na swoje konta przelewy od 5 tys. do nawet 34 tys. zł, opisane jako „test”. Rekordzista dostał ponad 200 tys. zł. Następnie pieniądze zgodnie z instrukcją trafiły internetowymi przekazami do wskazanych osób – 29 Ukraińców mieszkających w Krzywym Rogu, Mikołajewie, Oczakowie czy Wozneseńsku w Obwodzie Mikołajewskim na Ukrainie. W tym czasie za Bugiem trwała rewolucja, a później Krym i wschodnią Ukrainę zaatakowały tzw. zielone ludziki Putina. Pieniądze przekazywane na Ukrainę były w dolarach. Ale tam ślad po nich się urywa.

Pracownicy spółki za wykonane przelewy dostali od kilkuset do kilku tysięcy złotych prowizji. Miała to być zaliczka na poczet przyszłego wynagrodzenia. – W instrukcji mieli napisane, że do konkretnej osoby mieszkającej na Ukrainie mają przelać okrągłą kwotę. Na konta zawsze dostawali np. 8900 zł czy 31500 zł. Końcówka tej kwoty była dla nich – opowiada prokurator znający akta.

Ale po przekazaniu pieniędzy na Ukrainę spółka przestała się kontaktować z pracownikami. Później prokuratorzy ustalili, że cała rekrutacja była wymyślona tylko do pozyskania „słupów”. Żadna z umów zawieranych z pracownikami nie została nigdy zarejestrowana w Urzędzie Skarbowym ani Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Dlaczego?

Bank z Wołomina na drodze do upadłości. „Nie wiem, jak odzyskam pieniądze”. KNF uspokaja

Komisja Nadzoru Finansowego zawiesiła działalność Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa w Wołominie. Postanowiła też wystąpić do Sądu...

zobacz więcej

Kradzież

Jak ustaliła Prokuratura Okręgowa w Olsztynie, wszystkie pieniądze, które trafiały na Ukrainę pochodziły z przestępstwa – były kradzione z kont klientów biznesowych jednego z największych banków w Polsce. W ciągu 6 miesięcy wytransferowano na wschód kilkanaście milionów złotych. W jaki sposób?

Z akt śledztwa wynika, że włamywano się na konta firmowe poprzez wirusa, którym były infekowane komputery klientów banku. Zaatakowane zostały jednak tylko te komputery, z których korzystały w danej firmie osoby odpowiedzialne za przelewy: prezes, księgowa, czy członek zarządu. Skąd hakerzy wiedzieli na jakich komputerach należy zainstalować wirusy? Nie wiadomo.

– W nadzorze mieliśmy trochę inne spojrzenie na tę sprawę. Według nas został złamany system zabezpieczenie banku, ale nie na poziomie klienta, a na poziomie samego banku. Według naszej oceny nastąpił atak na centralny system banku. Wirusy na komputerach klientów były tylko wtórne i miały od tego odwrócić uwagę – mówi prokurator z Prokuratury Regionalnej w Białymstoku, która nadzoruje śledztwo. – Poza tym dziwnie wyglądało też to, że nikt w departamencie bezpieczeństwa banku nie zauważył kilkuset wychodzących przelewów z których każdy opisany był jako „test”.

Jak wynika z akt śledztwa kradzież pieniędzy następowała zawsze w dniu, kiedy na koncie firmowym był duży obrót, przekraczający co najmniej milion złotych. Co ciekawe, mimo że proceder trwał przynajmniej od października 2013 roku do maja 2014 roku transakcji nie wychwycił Generalny Inspektorat Informacji Finansowej, który śledzi każdą transakcję przekraczającą 30 tys. zł.

Prokuratura zajęła się sprawą kiedy zgłosili się do niej poszkodowani klienci banku i bezrobotny, który w ramach rekrutacji do spółki Azrak S. i Tanju O. brał udział w teście. – Dostał na konto kilkanaście tysięcy złotych i się przestraszył. Przyszedł na policję i o tym opowiedział – opowiada prokurator. Przedstawiciele zaatakowanego banku twierdzą jednak w śledztwie, że klienci sami dokonali przelewów na konta osób, których nie znali.

Konwojent ze Śląska podmienił banknoty na pocięty papier i ruszył na wakacje do Hiszpanii

Kolejny konwojent okradł swoich pracodawców. Tym razem w Katowicach. 26-letni mężczyzna zamienił koperty zawierające ponad 180 tys. euro i 6 tys....

zobacz więcej

Ambasada

Na tym jednak nie koniec. Prokuratorzy prowadząc śledztwo w sprawie kradzieży pieniędzy z banku wpadli na trop jeszcze jednej ciekawej historii związanej ze spółką.

W 2014 roku firma Azrak S. i Tanju O. wystąpiła do Ambasady Polskiej w Ankarze o wizy dla 174 kierowców, którzy mieli być obywatelami Turcji. Z akt sprawy wiadomo, że część wniosków wizowych została rozpatrzona pozytywnie i osoby te wjechały na teren Unii Europejskiej. Tutaj ślad po nich ginie. Nikt dziś nie wie, gdzie przebywają ani kim naprawdę były osoby, które wjechały na teren UE dzięki polskiej ambasadzie. Wiadomo jedno, żadna z tych osób nie była kierowcą, nigdy nie szukała pracy na terenie Unii Europejskiej.

– Śledztwo obecnie jest zawieszone. Czekamy na pomoc prawną z Ukrainy i Turcji – mówi Zbigniew Czerwiński, rzecznik prokuratury Okręgowej w Olsztynie. Prokuratorzy chcą by Ukraińcy przesłuchali 29 swoich obywateli, którzy otrzymali dolarowe przekazy z Polski. Z kolei z Turcji czekają na informacje o tajemniczych założycielach spółki.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
Zobacz więcej