„To jest namiętność, fioł, szmergiel”. Chmielewska z piwkiem w torebce, „Pershing” wywozi dżokejów w workach

2400 metrów długości, 150 hektarów powierzchni. Dla jednych to nic nieznaczące cyferki. Dla innych całe życie. Mowa o torze wyścigów konnych na Służewcu, gdzie w niedzielę po raz pierwszy w tym sezonie bomba pójdzie w górę. To miejsce, którego magia urzekła między innymi Joannę Chmielewską, Jana Ciszewskiego czy Jana Englerta. Tę magię tworzy niesamowita mozaika ludzkich namiętności i szaleństw, szalbierstwa i cwaniactwa, ale także poświęcenia, heroizmu, odwagi...

Warszawski Służewiec jak Ascot

zobacz więcej

Bo Służewiec to nie tylko konie, ale przede wszystkim ludzie. Zresztą historia zakładów o biegi tych pięknych zwierząt w naszym kraju jest znacznie starsza niż sam tor. Pierwszy udokumentowany pochodzi z 1777 roku. Wówczas klacz pisarza polnego koronnego Kazimierza Rzewuskiego pokonała konia brytyjskiego posła sir Charlesa Whitwortha na dystansie z Woli do Zamku Ujazdowskiego.

Pierwsza oficjalna gonitwa miała miejsce w 1841 roku na torze przy ulicy Polnej. Organizacją zajęło się Towarzystwo Wyścigów Konnych i Wystawy Zwierząt Gospodarskich w Królestwie Polskim. Na wyścigach bywali Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus i cała śmietanka towarzyska.

95 gatunków drzew

Na Polu Mokotowskim wyścigi organizowano niemal sto lat i cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Nie zmniejszyły go nawet represje carskie po upadku powstania styczniowego. Z czasem centrum przesunęło się bliżej toru i powstał plan przenosin do folwarku Służewiec, gdzie ziemia była tańsza. Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni w Polsce wykupiło za 590 tys. zł z dóbr wilanowskich tereny poza granicami Warszawy. Rozpoczęto prace melioracyjne, sadzono rośliny (rośnie tu 95 gatunków drzew).

Zygmunta Platera-Zyberka, architekta, który miał zaprojektować tor, wysłano do Anglii i Francji, żeby obejrzał, jak wyglądają najlepsze tory. Efekt jego pracy, z pomocą Juliusza Żurawskiego, to imponujące modernistyczne budynki, trybuny, stajnie na 800 koni oraz trzy bieżnie. Zaprojektował nawet parking na 2 tysiące automobili, choć tyle zapewne nie było wtedy w całym mieście. Był wręcz ewenement na skalę światową – podziemny tunel łączący tereny treningowe z torem wyścigowym.

Pierwsze gonitwy na Służewcu odbyły się 3 czerwca 1939 roku, ale Polacy nacieszyli się nimi tylko trzy miesiące. Po rozpoczęciu okupacji Niemcy zajęli tereny, konie zabrali. Stacjonowała tu kawaleria SS oraz lotnicy, którzy mieli stąd blisko na Okęcie.

Podczas Powstania Warszawskiego toczyły się tu ciężkie walki. Tor zaatakował batalion „Karpaty” pułku „Baszta”. Zginęło około 120 powstańców. St. strzelec Jerzy Borowski, ps. „Bomba” opowiadał, że miał szczęście, bo miał karabin, choć mógł z niego wystrzelić tylko raz. Inni szli w bój nawet z kamieniami brukowymi. Wielu rannych Niemcy dobijali. Zastrzelili też kilku chłopów, którzy mieli zbierać ciała Polaków.

Ubłagali SS-mana

Po upadku powstania tor został zaminowany i miał zostać wysadzony w powietrze. Z tym epizodem wiąże się jeden z przykładów ogromnej odwagi warszawiaków. Dwie osoby miały pójść do niemieckiego oficera i przekonać go, by nie niszczył toru, bo też i leży poza administracyjnymi granicami Warszawy. Oficer dał się przekonać dzięki czemu możemy się teraz zachwycać unikalną architekturą.

Życie bez namiętności jest nic nie warte

Szczególne miejsce w historii wyścigów zajmuje Joanna Chmielewska, autorka popularnych książek kryminalnych. Akcja dwóch jej powieści toczy się zresztą na Służewcu – „Wyścigi” i „Florencja, córka diabła”. – Miała swoje stałe miejsce w przeszklonej loży na pierwszym piętrze, obok pana Miecia. Przychodziła, popijała piwko, paliła szlugi. Miała poważanie, wszyscy jej się kłaniali, „pani Joanno”. Zawsze miała wejściówkę na to pierwsze piętro, swój fotel – wspomina Maciej Rowiński, wieloletni spiker na wyścigach.

Dwie butelki piwa w torebce

– To piwko to miała swoje. Zawsze przynosiła dwie butelki piwa w torebce – uzupełnia Tomasz Chmurzyński, również wieloletni spiker. – Często przychodziła z całą świtą. Nierzadko było po kilka koleżanek, z którymi siedziała, gadała czy wysyłała je, żeby obstawiły za nią biegi. Przy kasach były ogromne kolejki, ciężko było się dopchać i jej nie wypadało tam się przeciskać z innymi. Nierzadko grała wysoko, bo też i sporo zarobiła dzięki książkom, w samym ZSRR jej powieści rozchodziły się w milionowych nakładach. Wygrywała, ale i przegrywała. Wszystko robiła zgodnie z mottem zawartym w książce „Wyścigi”: Życie bez namiętności jest nic nie warte.

Właśnie znajomi byli przyczyną zakończenia przygody Chmielewskiej ze Służewcem. Chciała, żeby także oni nie musieli kupować biletów, ale był taki dyrektor Janusz Bacia, z rozdania partyjnego, który stwierdził, że nie ma mowy. Chmielewska się obraziła i więcej nie przyszła. Wcześniej sama też hodowała konie, pod swoim prawdziwym nazwiskiem Irena Kuhn.

Zapalonym graczem był także Jan Ciszewski, legendarny komentator sportowy. Jak wszyscy potrafił wygrywać, nawet i dziesięciokrotność krajowej pensji, ale i przegrywał. – Dla mnie to był fenomen. Przychodził na wyścigi, wprowadzał sporo napoju, grał, bawił się, a potem szedł na Sportową Niedzielę i wyglądał jak nowo narodzony, a na wyścigach oddany gonitwom wyglądał jak nietoperz – opowiada Rowiński. – Ciszewski był kulawy i skikał tak z tą laską po torze – uzupełnia Chmurzyński.

Kiepskie cynki Ciszewskiego

Ciszewski zaszczepił miłość do koni wielu ludziom sportu. Między innymi Włodzimierzowi Lubańskiemu czy Zbigniewowi Bońkowi. – Był jednym z wielu, którzy dzięki niemu zaczęli przychodzić na wyścigi. Mówił im, żeby wzięli po parę złotych i grali, a on im powie, które konie wygrają, bo ma cynki od dżokejów. Oni brali więcej i wychodzili z pustymi portfelami, bo te typy się w ogóle nie zgadzały – opowiada Chmurzyński.

– Boniek między innymi przeniósł potem do Polski włoski system quattro – grało się cztery konie. Jego firma to sponsorowała, ale się nie przyjęło, bo było dużo koni. Wprawdzie robiły się przez to duże kumulacje, ale trudno było trafić i graczom się nie spodobało – dodaje Rowiński.

Konie biegają po torze na Służewcu już od 76 lat (fot. Wikipedia/Wistula)

Nie ma na świecie tak bogatego faceta, żeby nim nie wstrząsnęła wygrana, względnie przegrana na koniach

Z ludzi sportu Służewiec upatrzyli sobie także Jerzy Engel, którego konie tak pochłonęły, że ma swoją stajnię – Urszula, nazwaną na cześć żony. To są spore koszty, bo siano, treningi, opieka lekarska, kucie podków – to wszystko kosztuje, a wszystko trzeba przemnożyć przez liczbę koni. Jego pierwszy koń to była Miss Anka, bo jego córka ma na imię Ania. Na wyścigi przychodzi zresztą z całą rodziną. Obstawianie idzie im dość dobrze. Dość, bo obowiązuje zasada – wygrać możesz, przegrać musisz.

Młody Engel gra grubo

Jak opowiadają bywalcy toru, zdarzały się sezony, że Engel potrafił sporo przegrać u bukmachera. Ale, choć zarówno były selekcjoner jak i jego syn Jerzy Engel junior w ofertach pracy ze środowiska piłkarskiego nie mogą przebierać jak w ulęgałkach, jakoś sobie radzą. Młodszy Engel często kwinty gra szeroko i sporo trafia. Prawie jak w słynnym filmie „Sztos”. Kto gra grubo, wygrać musi.

Hodowlą koni zajął się również, ze znajomym, inny stały bywalec na Służewcu, wybitny aktor Jan Englert. Ich pierwszy koń nazywał się Muskaryna. – Słabo to biegało, ale było ciekawostką, bo to jedyny koń z rumuńskim rodowodem, który biegał w Polsce. Co roku wystawiają konia, który po matce jest z tej linii. Dla nich to bardziej zabawa niż poważne ściganie, bo te konie to słabiutkie są – przyznaje Rowiński.

Wspomnieni bukmacherzy to jedne z najbardziej charakterystycznych postaci na wyścigach. W okienku warto grać co najwyżej małymi kwotami, ponieważ w uproszczeniu system działa tak, że jak się postawi wyżej, ewentualna wygrana nie jest tak imponująca. To już jest działka bukmachera.

Najsłynniejszym jest niejaki „Malina”, który działa od kilku dziesięcioleci. Grał u niego między innymi Andrzej Kolikowski, pseudonim Pershing. Obok ruletki konie były wielką pasją przywódcy największego gangu lat 90., mafii pruszkowskiej. Na torze „Pershing” i „Malina” byli rywalami. Jeden chciał pozbawić drugiego pieniędzy, a potem szli razem grać w tenisa zakładając się o dolary.

Jak dżokej został Kleksem

Rywalizujący z „Pershingiem” gangsterzy znali jego słabość do koni i próbowali to wykorzystać. Około dwa lat przed tym, jak został zamordowany na parkingu w Zakopanem, ktoś podłożył bombę pod jego samochodem zaparkowanym na Służewcu. Ktoś zauważył, że coś tam leży, auto przestawiono, ale bomba i tak wybuchła. Nikt nie ucierpiał, tylko w budynku kierownictwa toru wyleciały szyby. Sprawę zatuszowano, ponieważ „Pershing” zapłacił za szkody.

Z Kolikowskim wiąże się jeszcze inna ciekawa – choć nie dla wszystkich – historia. Gangster chciał zmusić dżokejów, żeby ustawiali dla niego gonitwy. Kilku nie chciało się zgodzić, zamierzali być uczciwi, więc zostali wywiezieni w workach nad Jeziorko Czerniakowskie. Jeden „ze strachu narobił w gacie” i miał potem ksywę „Kleks”.

Z bukmacherów był też „Gienek Wariat”, napisał nawet książkę o przekrętach na wyścigach. Kiedyś klienci tak go ograli, że nie miał z czego płacić i przez trzy miesiące nie pokazywał się na torze. Ludzie mówili, że jest chory na zapalenie portfela. Innym znanym bukmacherem był „Kotlet”, na co dzień kucharz w jednej z warszawskich restauracji.
Słynni bywalcy: Joanna Chmielewska, Jan Englert, Pershing, Jerzy Engel

Ja typuję doskonale, ale gram idiotycznie

– Byłem kiedyś na wyścigach z taką bardzo ładną dziennikarką, Katarzyną Bondą, która jest teraz autorką powieści kryminalnych. Była taka historia, że sędziowie pomylili konie na celowniku. Mieliśmy przepytać bukmacherów, jak oni wypłacą – zgodnie z sędziami czy kolejnością koni na mecie. „Kotlet” był już lekko pijany, spojrzał na Kasię, zakręciło mu się w głowie i zaczął szczegółowo opowiadać, czym się zajmuje, jakie ma obroty. Wyśpiewał wszystko. Wyjaśnił, że bukmacherzy mają swój honor i że zapłaci zgodnie z kolejnością koni na mecie. Uczciwy był, trzeba przyznać – wspomina Chmurzyński.

Szprycowali syropem na kaszel

Swoje sposoby jak uszczknąć jak najwięcej z tego tortu mieli sami dżokeje. W czasach sprawiedliwości społecznej nie było dostępu do dopingu, więc zaczęli podawać koniom syrop na kaszel Tussipect. – Do pojnika wlewało się pięć tusipków i koń biegł jak nakręcony – wspomina Rowiński.

Dżokeje najczęściej się jednak umawiali, czyli robili spółdzielnie, co wiernie pokazano w filmie „Piłkarski poker” i o czym rozpisywała się Chmielewska. To tak zwane wyścigi lubelskie. Dżokeje wybierają konia, na którego jest najlepszy kurs, puszczają go przodem i swoje hamują. Często prowadzący był niewtajemniczony, nierzadko była to amatorka, dziewczyna pracująca z końmi. Odpuszczony wierzchowiec wygrywał, a reszta stawki była zainteresowana tylko tym, żeby go doholować do mety na pierwszym miejscu.

Wieść gminna niesie, że wyścigi lubelskie wzięły się stąd, że podczas II wojny światowej, jak wspomniano, na Służewcu stacjonowało SS i wyścigi odbywały się w Lublinie. Polacy mieli organizować je, żeby orżnąć Niemców. Tamci obstawiali najsilniejsze konie, a Polacy dogadani z dżokejami te słabsze i to one wygrywały. Taki hazard z nutką patriotyzmu. Choć jest to historia niepotwierdzona, to jednak nazwa wyścigi lubelskie na określenie ustawionych gonitw pozostała.

Drukarze wiedzieli, kto fiknie

– Tadeusz Kubiak, znany portrecista, pracował w tygodniku „Ekran”, który już dziś nie istnieje. Robił zdjęcia na okładkę – Zbyszka Cybulskiego, Poli Raksy. Lubił konie, ale przychodził, żeby się spotkać z aktorami, Englertem i innymi. Opowiadał mi, że najlepsze cynki mieli drukarze z Tamki, przygotowujący programy – mówi Chmurzyński.

– Opowiadali mu w szczegółach, co ma się wydarzyć. Kiedyś były popularne gonitwy przeszkodowe, potem je zlikwidowano, między innymi ze względu na oszustwa, do których dochodziło, tak że ludzie nie chcieli już obstawiać na te gonitwy. I ten Kubiak wspominał, że drukarze zdradzali na przykład takie szczegóły: dżokej, nazwijmy go Kowalski, fiknie na czwartej przeszkodzie. Szedł potem na gonitwę i rzeczywiście Kowalski spadał na czwartej przeszkodzie, nie wiadomo czy przypadkiem upadł, czy sam zeskoczył, ale koń dobiegał do mety sam. Ci drukarze mieli to wszystko rozrysowane. Kubiak poszedł potem, żeby spytać, skąd wiedział jeden, że dżokej spadnie na czwartej przeszkodzie i dostawał odpowiedź: A wiesz, mojej babci się przyśniło – śmieje się spiker.
Obraz „Pierwsze wyścigi konne na Polu Mokotowskim w Warszawie” Januarego Suchodolskiego z 1849 roku

To jest namiętność. Fioł, szmergiel, hobby i co tam pani jeszcze zechce. Gracze to specjalny gatunek, nie ma znaczenia, w co grają

Spadł z konia, uderzył w płot i w powietrzu zrobił salto. Śmiertelnie niebezpieczny wypadek skończył się bólem głowy

Na wyścigach konnych można wygrać fortunę, a czasami nawet drugie życie. Wie coś o tym młody dżokej Lewis Ferguson, który przeżył mrożącą krew w...

zobacz więcej

– Janusz Zaorski, reżyser „Piłkarskiego pokera”, chciał zrobić film o wyścigach, chyba był już nawet przygotowany scenariusz. Miały tam się znaleźć te przewałki, machloje, kombinacje, ale jakoś nic z tego nie wyszło. Zresztą środowisko krzywo patrzyło na pomysł takiego filmu – przyznaje Chmurzyński. – To były czasy kiedy się grubo oszukiwało. Wszystkie konie były państwowe i w tej masie ludziom było wszystko jedno, kto wygra, bo pieniądze szły do wspólnej kiesy. Ponieważ było dużo pieniędzy w totalizatorze, to się ustawiali, bo to nikt nie rozliczał tych dżokejów, trenerów i były grubsze kombinacje. Teraz są mniejsze pieniądze w puli i już nie opłaca ustawiać gonitwy – przekonuje.

Swoje miejsce na Służewcu mają również spikerzy i komentatorzy. Stali bywalcy z pewnością znają głos Andrzeja Szydlika, rówieśnika toru. Do niego należy słynny okrzyk: „Rrrrruszyły!”. Gracze nie przepadają jednak za nim. W komentarzach w internecie można przeczytać opinie, że często myli konie i gdy komentuje, wydaje mu się, że na czele jest koń, na którego sam postawił. Na inne nie zwraca uwagi.

Żonę wysyłał by obstawiała

Grają zresztą wszyscy: dżokeje, trenerzy (oficjalnie mogą stawiać tylko na swoje konie, nieoficjalnie nikt ich nie przypilnuje), właściciele stajni, sędziowie, członkowie komisji technicznej. Zdarzało się, że członek takiej komisji wysyłał swoją żonę, żeby za niego obstawiała.

Wyścigi to bowiem nie tylko osoby z pierwszym stron gazet, ale i tysiące pasjonatów. Bohaterowie wielu niezwykłych historii. Kilka dziesięcioleci na koniach spędził zmarły niedawno temu Jan Krauze. Pan Jan co tydzień przysyłał najpierw do „Trybuny Ludu”, a potem „Trybuny” napisane na maszynie do pisania typy. Co ciekawe, bardzo dużo z nich było trafnych, ale sam Krauze rzadko cieszył się z wygranych, ponieważ jak już stawał przy kasie, to zmieniał swoje typy. Jak wielu graczy. – Pan Janek mieszkał na Pradze przy Rondzie Starzyńskiego. Spotykał się razem z kolegami, wypijali po piwku, ćwiarteczce i jechali na wyścigi. On zawsze siedział na parterze na trybunie. Rozpracowywał, typował, ale – jak wszyscy na wyścigach – za dużo się nasłuchiwał opowieści. Potrafił wytypować kwintę, której nikt nie trafił, ale potem zmieniał zdanie i przegrywał – przyznaje Rowiński.

Jak Robert Redford i Paul Newman

Zwykli bywalcy mieli ograniczone pole manewru, mało który miał cynk o spółdzielni organizowanej przez dżokejów. Musieli polegać na swojej obserwacji. Ale i do nich przez pewien czas uśmiechało się szczęście. Zdarzyło się, że mogli korzystali z jedynej dostępnej przewagi, jaką mieli nad bukmacherem – raczkującej technologii. Na Służewcu można było bowiem obstawiać inne gonitwy, na przykład we Wrocławiu.

Ponieważ nie było telefonów komórkowych i były ogromne kłopoty z łącznością, więc robiło się tak, że dawało się parę złotych pracownikowi „cepeenu”, który był przy bramie wjazdowej. Przy telefonie czatował zaufany człowiek, który dowiadywał się o wynik biegu, a potem biegł na trybunę i przekazywał, kto wygrał. Następnie szło się do bukmachera i obstawiało gonitwę, która już się odbyła, zanim o jej wyniku dowiedział się sam bukmacher. Zupełnie jak w słynnym filmie „Żądło” z Paulem Newmanem i Robertem Redfordem.
Po latach kryzysu warszawiacy znów tłumnie chodzą na wyścigu (fot. Wikipedia/Wistula)

Kto, do pioruna ciężkiego, decyduje o wyścigach, jeśli dyrektor tych wyścigów nic nie może zrobić…?!!!

Japoński koń wyścigowy zdechł tuż po prestiżowej gonitwie w Melbourne

Będący faworytem Melbourne Cup japoński koń Admire Ratki zasłabł tuż po zakończeniu wtorkowego wyścigu i zdechł w boksie. To czwarty w historii...

zobacz więcej

Grzane piwo z wiadra i ryba po grecku na ciepło

Historia Służewca to też miejsca. Bufet, w którym reklamowano grzane piwo – wiadro z gorącą wodą, do którego były powstawiane butelki z piwem. Świniarnia, stara trybuna, której nieoficjalna nazwa pochodzi od chlewu, jaki zostawiali gracze rozrzucający nietrafione kupony bądź też – jak twierdzą inni – z faktu, że w czasie okupacji trzymano tam świnie. Na Świniarni, którą w zeszłym roku ponownie otwarto, gracze pili, oglądali wyścigi i chodzili do kasy. I tak w koło Macieju. Był tam tak zwany Okrąglak, w którym serwowano wyroby garmażeryjne, żeby pasowały do wypijanej wódeczki. Właśnie tam opracowano wątpliwej jakości przepis kulinarny, że rybę po grecku można serwować na gorąco. Podgrzewało się ją w mikrofalówce. Jak ktoś miał już trochę w czubie, to nie zwracał uwagi na takie szczegóły.

Warto zaznaczyć, że nie tylko hazard od zawsze jest tym, co łączył wszystkich bywalców Służewca, ale także alkohol. Chmielewska i jej butelki piwa w damskiej torebce to bardzo subtelna anegdota. Na początku lat 90, gdy wyścigi były pokazywane w telewizji Top Canal, kamerzystą, który wchodził na dach trybuny był niejaki „Broda”, który wypijał po jednym piwie na gonitwę. Jeżeli danego dnia było dziesięć gonitw, to tych piw wypijał dziesięć. Był też analitykiem giełdowym, w przerwach czytał fachową prasę i analizował, w co najlepiej zainwestować. Gracze od zawsze pili na trybunach. Zapach koni często miesza się z ostrym zapachem wódki.

Bono nieczuły na krzywdę zwierząt

Ważnym miejscem są oczywiście stajnie. W 1997 roku gdy na Służewcu odbył się koncert U2, konie pozostały w stajniach. Trenerzy dawali im środki uspokajające. Ceniony trener Krzysztof Ziemiański puszczał zwierzętom przed koncertem muzykę tego zespołu, ale niewiele to pomogło. Zwierzęta panicznie się bały, rżały wniebogłosy i szalały. Bono, miłośnik ekologii, średnio się tym przejął.

Takich i innych historii, wielu nie można opowiedzieć publicznie, jest zresztą multum. Tor na Służewcu liczy sobie już bowiem 76 lat...

Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z powieści „Wyścigi” Joanny Chmielewskiej.

Zdrowie koni!

Zobacz więcej