Anna Jarucka skazana

Na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na 5 lat została skazana Anna Jarucka m.in. za posłużenie się w 2005 r. fałszywym dokumentem rzekomo upoważniającym ją do zamiany oświadczenia majątkowego byłego szefa MSZ Włodzimierza Cimoszewicza. Wyrok nie jest prawomocny. Obrońca Jaruckiej zapowiedział apelację.

W poniedziałek Sąd Okręgowy w Warszawie uznał ją za winną wszystkich zarzutów: podrobienia upoważnienia, fałszywych zeznań przed sejmową komisją śledczą ds. PKN Orlen i ukrywania dokumentów MSZ.

Według sądu, „wina umyślna oskarżonej działającej w zamiarze bezpośrednim nie może budzić wątpliwości”; jej wyjaśnienia uznano za niewiarygodne i sprzeczne. Sąd uznał, że to Jarucka podrobiła w 2002 r. rzekome upoważnienie Cimoszewicza.

Wyrok łączny za te czyny to 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na 5 lat. Jarucka ma też zwrócić Cimoszewiczowi 2,8 tys. zł jego kosztów procesu. Przy wymiarze kary sąd wziął pod uwagę, że oskarżona nie była karana, obecnie nie pracuje, ma troje dzieci, a mąż jest na rencie.

W uzasadnieniu sąd uznał, że Jarucka działała z wyrachowaniem a czyny, których się dopuściła, są naganne moralnie i mają wysoki stopień szkodliwości społecznej. – Oskarżona mogła mieć na celu chęć zemsty za ignorowanie przez Cimoszewicza jej próśb o wysłanie jej na zagraniczną placówkę – mówiła sędzia Salomea Truszkowska w ustnym uzasadnieniu wyroku.

Prokuratura wniosła o wymierzenie jej kary 2 lat więzienia w zawieszeniu i 5 tys. zł grzywny. Cimoszewicz, który jest oskarżycielem posiłkowym, nie żądał bezwzględnego pozbawienia wolności, ale wyraził nadzieję, iż wyrok skazujący „być może pozbawi innych chęci, by manipulować życiem politycznym”. Obrona chciała uniewinnienia podsądnej. 42-letnia Jarucka, nie przyznała się do zarzutów w procesie, który trwał od stycznia 2007 r. Podtrzymywała, że Cimoszewicz upoważnił ją do zamiany oświadczenia.

Afera z udziałem byłej asystentki Cimoszewicza doprowadziła do wycofania się tego polityka z wyborów prezydenckich w 2005 r. Zbiegiem okoliczności, wyrok sądu I instancji w jej sprawie zapadł w apogeum obecnej kampanii prezydenckiej.

O Jaruckiej zrobiło się głośno, gdy w sierpniu 2005 r. oświadczyła przed sejmową komisją śledczą ds. PKN Orlen, że Cimoszewicz miał ją w kwietniu 2002 r. upoważnić do zamiany swego oświadczenia majątkowego za 2001 r. i usunięcia z jego pierwotnego oświadczenia informacji o posiadanych przezeń akcjach PKN Orlen. On sam mówił wtedy, że jego oświadczenie majątkowe nie było nigdy zmieniane. Przyznawał zaś, że pomylił się, wypełniając je zgodnie ze stanem z kwietnia 2002 r., kiedy składał oświadczenie, a powinien był je wypełnić zgodnie ze stanem na koniec 2001 r., kiedy jeszcze posiadał akcje PKN Orlen (sprzedane w styczniu 2002 r.).

Komisja śledcza zawiadomiła prokuraturę o przestępstwie, która uznała, że Cimoszewicz fakt posiadania akcji zataił nieumyślnie i umorzyła śledztwo. Na wniosek Cimoszewicza prokuratura zajęła się zaś rzekomym upoważnieniem i uznała, że zostało ono sfałszowane przez nieustaloną osobę; nie było tam podpisu ministra, tylko tzw. faksymile (odbitka z pieczęci – red.). Według prokuratury motywem działania b. asystentki była chęć zemsty. Kobieta wielokrotnie zwracała się bowiem do szefa MSZ, a także później, gdy był marszałkiem Sejmu, o „załatwienie” dla niej i jej męża placówki dyplomatycznej we Włoszech – bez skutku.

Oprócz posłużenia się podrobionym dokumentem prokuratura oskarżyła Jarucką także o składanie fałszywych zeznań przed komisją śledczą co do wystawienia upoważnienia. Trzeci zarzut dotyczy ukrywania dokumentów z MSZ znalezionych u niej w styczniu 2005 r. przez ABW.

Była asystentka zapewniała, że nie działała na niczyje zlecenie i że nie było jej celem „obciążanie kogokolwiek ani branie udziału w kampanii prezydenckiej”. Wywołała jednak zamieszanie na scenie politycznej w okresie wyborczym. We wrześniu 2005 r. Cimoszewicz zrezygnował z kandydowania. – Zmasowana akcja czarnej propagandy skierowana przeciwko mnie przyniosła zamierzony skutek – oświadczył.

W procesie Jarucka nie przyznała się do zarzutów. – Nie miałam żadnego powodu do zemsty na panu Cimoszewiczu – twierdziła. Dodawała, że nigdy nie prosiła go o jakąkolwiek protekcję, a współpracę z nim „bardzo dobrze wspomina”. Mówiła, że z komisją śledczą skontaktował ją prawnik Wojciech Brochwicz, b. oficer UOP i b. wiceszef MSWiA.

Według Cimoszewicza, Jarucka (o której w sądzie mówił „ta osoba”) nie powinna trafić do więzienia, ale „powinna usłyszeć w imieniu Rzeczypospolitej, że jest przestępcą”, bo „wyrządziła ogromne negatywne skutki społeczne”, a także jemu i jego rodzinie.

Proces trwał długo, bo sąd musiał wzywać na świadków wielu pracowników MSZ z tamtych lat, którzy obecnie przebywają na placówkach dyplomatycznych na świecie.

źródło:

Zobacz więcej