Zmowa milczenia wokół kata Woli. Ilu nazistowskich zbrodniarzy uniknęło kary?

Choć od zakończenia II wojny światowej w przyszłym roku minie 70 lat, to temat rozliczeń z nazistowską przeszłością jest w Niemczech wciąż aktualny. Jak to możliwe, że takie osoby jak odpowiedzialny za Rzeź Woli podczas powstania warszawskiego generał SS Heinz Reinefarth, resztę życia spędziły zupełnie spokojnie? Zmowie milczenia wokół zbrodniarza przyjrzała się ekipa programu „Po prostu” Tomasza Sekielskiego.

Naziści w ciągu kilku pierwszych dni sierpnia 1944 roku zamordowali według różnych szacunków od 40 do 60 tys. cywilów na warszawskiej Woli w ramach odwetu za powstanie. Ci, którzy cudem przeżyli masakrę, do dziś nie potrafią obojętnie o niej opowiadać.

– Biegnie mężczyzna z dzieckiem na ręku. Za nim wyskakuje Niemiec i krzyczy: halt! Wyrywa to małe – może trzyletnie – dziecko ojcu z rąk i rzuca w płonący dom – wspomina pani Jadwiga Łukasik. Miała wówczas osiem lat. Sama podczas Rzezi Woli nie zginęła tylko dlatego, że w ostatniej chwili dotarł rozkaz o wstrzymaniu egzekucji.

Odpowiedzialny za ten i tysiące innych przypadków okrucieństwa był generał SS Heinz Reinefarth. Nigdy nie został rozliczony za zbrodnie.

Po upadku hitlerowskich Niemiec Reinefarth trafił do brytyjskiej niewoli. Alianci wiedzieli o jego zbrodniczej działalności, ale puścili go wolno i nie zgodzili się na ekstradycję do Polski. Stał się przydatnym źródłem informacji. Współpracował z brytyjskim i amerykańskim wywiadem w rozpracowywaniu Sowietów.

Spokojne życie adwokata na niewielkiej wyspie

W powojennych Niemczech (RFN) Reinefarth mieszkał na leżącej na Morzu Północnym wyspie Sylt, która znana jest z pięknych widoków i gościnności mieszkańców. To wśród nich przez dekady, o czym zbyt głośno nie mówiono, żył zbrodniarz wojenny. Prowadził kancelarię, był adwokatem. Pełnił także przez 12 lat funkcję burmistrza stolicy wyspy – Westerlandu.

Mieszkańcy miasta wspominają, że sprawiał wrażenie normalnego obywatela. – Wydawał mi się bardzo sympatyczny. Nic złego nie mogę o nim powiedzieć – mówi Ernst Jacobsen. – Był niepozorny. Nosił zawsze szary płaszcz przeciwdeszczowy, beret. Nie rzucał się w oczy – dodaje Peter Petersen.

Przerwać zmowę milczenia wokół nazistowskiego kata postanowiła Anja Lochner, pastor Kościoła Ewangelicko-Luterańskiego z Westerlandu. – Wyspa Sylt jest bardzo mała. Ludzie byli powiązani ze sobą rodzinnie, jako przyjaciele, pracując ze sobą czy jako koledzy z partii. Było wiele wzajemnych zależności. Teraz każdy sam sobie musi odpowiedzieć, dlaczego uczestniczył w tej grze – podkreśla Lochner.

Jednym z nielicznych, który głośno mówił o przeszłości zbrodniarza, był Ernst-Wilhelm Stojan, były polityk i emerytowany dyrektor szkoły w Westerlandzie. Za poruszanie tematu tabu uważano go za szkodnika, który kala własne gniazdo.

– Reinefarth i jego towarzysze bagatelizowali przeszłość. Chcieli wmówić społeczeństwu, że nie mają nic wspólnego z tym, co zrobili. Karmiono ludzi kłamstwem. Zaprzeczano wszystkiemu. To był spektakl – wspomina.

„To był przecież szanowany burmistrz!”

Obecna burmistrz Westerlandu Petra Reiber postanowiła rozliczyć się z przeszłością. Wzięła udział w 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, gdzie przypomniała o zbrodniach Reinefartha. Nie wszystkim mieszkańcom Westerlandu to się spodobało. – Dostawałam wiele listów o treści: co pani opowiada? To był przecież szanowany burmistrz! Wiele zrobił dla Westerlandu – zaznacza Petra Reiber.


70 lat po rzezi mieszkańców Woli; „Polacy, proszę o przebaczenie!”


Na budynku ratuszu w Westerlandzie wisi obecnie tablica. Upamiętnia ona ofiary wojny i wskazuje na Reinefartha. Ernst Jacobsen, jeden z mieszkańców Westerlandu uważa, że na tablicy nie powinno być nazwiska generała SS, ale jeśli się taki napis jest, niech pozostanie.

– Nie było dowodów, uniewinniono go. On był może wykonawcą rozkazów, ale nie zleceniodawcą. Nie wiem, kogo należy ukarać; małego żołnierza czy generała. Żołnierz strzelał, generał nie. Reinfahrt był generałem SS, ale osobiście nie strzelał. Nie mogę wydać wyroku, bo go nie znam. Wszystkiego dowiedziałem się z prasy – mówi Jacobsen.

– Możemy uczcić tylko pamięć ofiar. Źle, że to się stało. Nie możemy siedzieć codziennie i płakać – dodaje.
Dom, w którym mieszkał Heinz Reinefarth na wyspie Sylt

„Nie chciano się wzajemnie obciążać oskarżeniami”

Jak to było możliwe, że po takich zbrodniach Reinefarth mógł nie tylko prowadzić spokojne życie, ale i pełnić funkcje publiczne? Okazało się, że w niemieckim wymiarze sprawiedliwości i administracji nie brakowało jego dawnych kolegów z czasów nazistowskich.

Ernst-Wilhelm Stojan zaznacza, że gdy Reinefahrt był posłem Landtagu, w prokuraturze we Flensburgu wniesiono oskarżenia przeciwko niemu, ale polityczne koneksje uchroniły go.

– Głównym prowadzącym dochodzenie ws. Reinefahrta był jeden z jego kolegów z czasów wojny. Także świadkowie znali go z wcześniejszych lat. Nie chciano się wzajemnie obciążać oskarżeniami – podkreśla burmistrz Petra Reiber. Heinz Reinefahrt zmarł 7 maja 1979 roku. Nigdy nie przyznał się do zbrodni.

„Ta kartoteka była jak puszka Pandory

Dokumenty, które jednoznacznie obciążyłyby ludzi współtworzących nazistowski system, przez długi okres po wojnie przechowywane były przez Amerykanów. Wśród nich znajdowała się prawie kompletna lista członków NSDAP.

Heinz Reinefarth (w środku) w roli szanowanego, lokalnego polityka

Dziennikarz Malte Herwig dotarł do dokumentów, z których wynika, że Amerykanie byli gotowi oddać dokumenty już w latach 60. Nie zrobili tego na prośbę Niemców.

– Ta kartoteka była jak puszka Pandory. Nie chcieli jej otworzyć, bo wydałoby się wtedy, ilu czołowych niemieckich polityków z czasów powojennych posiadało kiedyś książeczkę partyjną NSDAP. Podam przykład – w każdym rządzie – począwszy od gabinetu Konrada Adenauera, a kończąc na Helmucie Kohlu – zasiadali byli członkowie NSDAP – mówi Malte Herwig.

– W rządzie, na czele którego stał Willy Brandt, zasiadało ich aż 12, co nie świadczy źle o nim, ale o samych politykach, noszących to piętno. W NRD zresztą nie było inaczej – dodaje dziennikarz.

Dokumenty przekazano dopiero w 1994 roku

Jak zaznacza Herwig, RFN była sojusznikiem w walce z komunizmem i Amerykanie nie mieli interesu w tym, by ośmieszać i osłabiać zachodnioniemiecki rząd poprzez wyjawianie prawdy o nazistach. Dokumenty trafiły w niemieckie ręce dopiero w 1994 roku.

Tuż po wojnie wielu nazistów odpowiedziało za swoje zbrodnie. W latach 1945-49 kluczowe postaci w reżimie Adolfa Hitlera sądzono w słynnych procesach norymberskich. Od 1958 roku działa Centralny Urząd ds. Ścigania Zbrodni Nazistowskich. W wyniku jego śledztw skazano 6,5 tys. nazistów w tym 169 na kary dożywotniego więzienia. Tymczasem mijają kolejne dekady. Część ze zbrodniarzy nigdy już nie stanie przed sądem.


Niemcy przepraszają za Rzeźnika Woli. Szlezwik-Holsztyn potępił zbrodniarza
Obecna burmistrz Westerlandu Petra Reiber upamiętniła poległych w 70. rocznicę powstania

źródło:
Zobacz więcej