Polka z powstania i aliancki lotnik spotkali się po 70 latach

W sierpniu 1944 roku 18–letnia Krystyna wypatrywała na niebie alianckich samolotów, które zrzucały powstańcom posiłki. Zastanawiała się, kim są ludzie za sterami tych maszyn. 20–letni nawigator Richard przez całe życie marzył o tym, żeby chociaż raz zobaczyć Warszawę inaczej niż z okna samolotu. Chciał też poznać choćby jedną z osób, którym – jak mówi – niósł zdecydowanie zbyt małą pomoc. Po 70 latach doszło do niezwykłego spotkania.

Kiedy wybuchło powstanie, Krystyna Chciuk dopiero wchodziła w dorosłość. Miała marzenia, a wśród nich to najważniejsze – by wojenna gehenna wreszcie się skończyła. – Myśmy, idąc do szkoły, widzieli ludzi leżących na ulicach, wiszących na latarniach tylko dlatego, że to byli Polacy. Gniew był większy od lęku. Wola walki – silniejsza niż strach – mówi.

– Nie mogłam się doczekać – kontynuuje pani Chciuk – kiedy nareszcie weźmiemy pistolet do ręki i zaczniemy do nich strzelać, zamiast oni do nas. Cieszyliśmy się, że to już, że można już zemścić się za to, co przez 5 lat musieliśmy wycierpieć.

Tymczasem na ziemi rozpętało się piekło, ogień spadał z nieba. Ale spojrzenie w niebo dawało też nadzieję. – Wśród pilotów, którzy nieśli pomoc powstańcom i cywilom, byli Amerykanie. Pani Chciuk często zastanawiała się, czy są tak młodzi jak ona i jak wygląda ich życie za oceanem.

Po 70 latach okazało się, że mieszkają w tym samym stanie

Dziś sama mieszka w Stanach, w San Francisco. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że w tym samym stanie żyje Richard Tyhurst, który 70 lat temu był nawigatorem maszyn, których wypatrywała. On chciał od tamtego czasu poznać tych, którzy byli na ziemi, ona – tych, którzy byli w powietrzu. Udało się dopiero dziś.

Richard Tyhurt miał wtedy 20 lat. Lot nad Warszawą był jednym z wielu, które odbywał, ale pamięta go dokładnie. – Czułem, że powinniśmy lecieć jak najniżej, żeby to, co wam zrzucamy trafiało tam, gdzie chcemy. Mieliśmy kontenery z żywnością, amunicją, z tym, co wydawało nam się najbardziej potrzebne. No tak, zdarzało się tak, że część trafiała do was, część do rąk Niemców, ale tak już jest na wojnie – mówił podczas spotkania z Polką.

Amerykanie krążyli nad miastem około godziny, zrzucili 3 tysiące karabinów i pistoletów maszynowych, żywność i sprzęt medyczny.

„Zawsze chciałem przyjechać do Warszawy”

– Kiedy patrzyłam w niebo, bałam się o was, Niemcy przecież do was strzelali. Byliście narażeni na ogromne niebezpieczeństwo – powiedziała pani Chciuk. – Zawsze chciałem przyjechać do Warszawy, dowiedzieć się, czy nasza pomoc coś wam dała. Chciałem zobaczyć to miasto. Wow, jest naprawdę duże, piękne. Wiedziałem, że je obudowywali, ale nie spodziewałem się, że zrobi na mnie takie wrażenie – zachwycał się Warszawą Amerykanin.

Lotnik pamięta też widok niemieckich miast z powietrza. Jego matka urodziła się w Niemczech, po wojnie czasem tam bywał i jedno spotkanie szczególnie utkwiło mu w pamięci. – Spotkałem niejakiego pana Schwenka, który pracował w fabryce Messerschmitta. Powiedziałem mu: panie Schwenk, to ja siedziałem w samolocie, który zrzucał na was bomby. A on mnie objął i powiedział: „tak, ale to było 14 lat temu. Teraz wszystko jest inaczej – jesteśmy przyjaciółmi”.

Polka z powstania i aliancki lotnik spotkali sie po 70 latach

źródło:
Zobacz więcej