RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

„Nic się nie liczyło. Ważne było, kiedy padnie rozkaz do walki” – wspomnienia po 70 latach

Ich heroicznej postawie zawdzięcza życie wielu walczących z bronią w ręku powstańców. Maria Milbrandt ps. Marysia i Halina Jędrzejewska ps. Sławka w Powstaniu Warszawskim pełniły funkcję sanitariuszek. Doskonale pamiętają wielomiesięczne przygotowania i atmosferę, która towarzyszyła ostatnim chwilom przed Godziną „W”. Swoimi wspomnieniami podzieliły się w rozmowie z portalem tvp.info.

Gdy wybuchło Powstanie obie miały po 17 lat i ani chwili nie zastanawiały się, czy wziąć w nim udział. Od miesięcy były szkolone i przygotowywane do roli sanitariuszek. Ta podstawowa wiedza pozwoliła im nieść pomoc rannym w walkach kolegom. W zrywie o wyzwolenie stolicy uczestniczyły od pierwszego do ostatniego dnia. Teraz po latach, w 70. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, będą wspólnie oddawać hołd tym, którzy wówczas zginęli.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: „Miasto 44”, koncerty, marsz na obchody 70. rocznicy Powstania Warszawskiego

teraz odtwarzane
„Była nadzieja, że to się nareszcie skończy”

Były nastroje, że jeśli będzie Powstanie, to Warszawę wyzwoli polskie wojsko

70 lat temu, w ostatnie dni lipca, jak wyglądało życie mieszkańców Warszawy? Czy wyczuwalna była atmosfera zbliżającego się wybuchu Powstania?

Maria Milbrandt: – W ostatnich dniach lipca było ostre pogotowie. Rosjanie byli już blisko, wiadomo było, że idzie front. Mówiło się, że jeśli będzie Powstanie, to Warszawę wyzwoli polskie wojsko. Widocznie były jakieś niesprzyjające okoliczności w tych ostatnich dniach lipca, bo odwołano to ostre pogotowie. 31 lipca dostaliśmy informację, że jest następne ostre pogotowie i przygotowujemy się do Powstania. Mieszkałam poza Warszawą, nocowałam więc z 31 lipca na 1 sierpnia u koleżanki z patrolu na ulicy Wspólnej. Tam czekałiśmy na łącznika, który miał przynieść rozkaz o przejściu na punkt sanitarny, który był przygotowany znacznie wcześniej. Znajdował się na Powiślu, przy ulicy Dobrej u sióstr Urszulanek, i tam miałyśmy się zameldować w pierwszym dniu Powstania. 1 sierpnia przyszedł łącznik, zawiadomił nas, że mamy się tam zgłosić, więc poszłyśmy. Czekałyśmy przygotowane już z torbami sanitarnymi. Było nas chyba kilkanaście sanitariuszek.

Halina Jędrzejewska: – Pamiętam atmosferę napięcia, oczekiwania, że to już za chwilę się zacznie, zwłaszcza że parę dni wcześniej byliśmy skoszarowani i w wyznaczonych miejscach oczekiwaliśmy na informację, kiedy mamy zgłosić się na punkty koncentracji. Ja akurat przez te dwa dni czekałam w mieszkaniu koleżanki, sanitariuszki z mojego patrolu. Miałam przydział na godzinę „W” do patrolu sanitarnego dowódcy batalionu „Miotła”, kapitana Niebory, czyli Franciszka Władysława Mazurkiewicza. Zwykle patrole sanitarne były pięcioosobowe – pięć dziewczyn – i byłyśmy przed Powstaniem skoszarowane w mieszkaniu na Żurawiej. Była ustalona sieć alarmowa. We wszystkich oddziałach tak było, że jedna osoba zawiadamiała drugą. Wtedy wystarczyło, że jeden łącznik przychodził i zawiadamiał, kiedy jest Godzina „W”. Wszyscy czekaliśmy na to z wielką nadzieją. To było coś dla nas naprawdę bardzo ważnego, niezwykłego. Nic innego się nie liczyło, tylko ten rozkaz do walki.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: „Miasto44” w obiektywie tvp.info

teraz odtwarzane
„Koniecznością było żebyśmy miały podstawową wiedzę postępowania z rannymi”

Nic się wtedy nie liczyło. Ważne było to kiedy będzie rozkaz do walki

Jak wyglądały przygotowania do Powstania, cały czas trwała przecież wojna. Skąd czerpano broń i środki opatrunkowe?

Maria Milbrandt: – To było bardzo trudne. Broń było łatwiej zdobyć, a jeśli chodzi o środki opatrunkowe, to były z nimi duże trudności. Nie można było ich kupić normalnie w aptece. Odbierałam je w paczkach od pewnej pani z obecnej ulicy Chałubińskiego i zanosiłam na punkt sanitarny. Paczki były tak przygotowane, by nie przyciągały uwagi. Każdy punkt musiał być przygotowany wcześniej, tak by nie zaskoczył nikogo rozkaz rozpoczęcia Powstania. Gdy miałam 14-15 lat, zostałam skierowana na kurs sanitarny. Miałam praktykę w Szpitalu Dzieciątka Jezus w izbie przyjęć na chirurgii, byłam więc fachowo przygotowana do udzielenia pierwszej pomocy.

Halina Jędrzejewska: – Szykowaliśmy się właściwie przez lata. Wszystkie komórki Armii Krajowej były przygotowywane na Godzinę „W”, m.in. sanitarne, także łączność czy grupy minerskie. Wszyscy ci ludzie musieli być wyszkoleni, żeby w odpowiednim momencie podołać tym zadaniom, które na nich spadną. Ja przeszłam przez kurs sanitariuszki dwukrotnie. Uczyłyśmy się zakładania opatrunków, postępowania z rannymi, zakładania unieruchomienia, wiele takich podstawowych rzeczy. Nasza grupa, nasz patrol to były sanitariuszki liniowe, to znaczy sanitariuszki, które towarzyszyły żołnierzom oddziału w walkach, więc tam gdzie był oddział, tam byłyśmy również i my.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: „Polacy umieli przebaczyć, gdy Niemcy okazali skruchę”

Uczyłyśmy się zakładania opatrunków, postępowania z rannymi, zakładania unieruchomienia

Byłyście młodymi osobami, miałyście po 16, 17 lat. Czy nie bałyście się swoich bojowych zadań?

Halina Jędrzejewska: – Wtedy kiedy byłyśmy szkolone, na pewno się nie bałyśmy. Cieszyłyśmy się, że będziemy przygotowane do zadań, które na nas czekają. Na parę miesięcy przed Powstaniem wiedziałyśmy, jakie mamy przydziały, jaką funkcję będziemy pełnić – łączniczka czy sanitariuszka, rzadziej minerka. Wszystkie, najpierw w harcerstwie, a później w organizacji, wiedziałyśmy, że jest rzeczą konieczną, żebyśmy potrafiły pomagać rannym, chętnie więc się uczyłyśmy.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: http://www.tvp.info/16233708/wspolczesna-i-powstancza-warszawa-na-zdjeciach-wyjatkowy-projekt-fotograficzny

Maria Milbrandt z domu Bryner i nieliczne pamiątki z czasów Powstania
teraz odtwarzane
„Matka absolutnie to akceptowała, uważała, że to jest mój obowiązek”

Na parę miesięcy przed Powstaniem wiedziałyśmy jakie mamy funkcje: czy łączniczka czy sanitariuszka, rzadziej minerka

Młode dziewczyny poszły walczyć w Powstaniu. Jak Pani myśli, czy obecnie ich rówieśniczki podołałyby takim zadaniom?

Maria Milbrandt: – Mnie się wydaje, że tak, bo reakcje ludzi zależą od sytuacji. Teraz młodzież czuje się bezpieczna, nie widma wojny. Warunki stwarzają pewne sytuacje, do których człowiek się przystosowuje i bierze w tym udział.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Wspólny śpiew na koncercie TVP poświęconym Powstaniu Warszawskiemu

Trudno sobie teraz wyobrazić, żeby rodzice chętnie puszczali swoje dzieci na front. Jak reagowali Pani rodzice?

Maria Milbrandt: – Moja matka absolutnie to akceptowała, bo wiedziała, że należę do podziemia, że działam tam. Jak już było ostre pogotowie, odprowadziła mnie do kolejki, pożegnała, przeżegnała. Uważała, że to jest mój obowiązek. Gdy sama byłam matką, uświadomiłam sobie, jak trudna to była dla niej sytuacja – przez dwa miesiące nie wiedziała, co się dzieje z jej córką. Moi rodzice byli we Włochach i patrzyli na płonącą Warszawę.

Rodzice byli we Włochach i patrzyli na płonące miasto, gdzie była ich córka

Jak Panie, młode dziewczyny, traktowali starsi koledzy? Czy w takich okolicznościach można było mówić o równouprawnieniu?

Halina Jędrzejewska: – Trudno powiedzieć, że na równi, bo koledzy walczyli z bronią w ręku, a my nie, ale towarzyszyłyśmy im w walce. Równoznaczne było więc zagrożenie. Muszę przyznać, że u nas, w naszym batalionie i w naszym zgrupowaniu, było nadzwyczaj sympatycznie. Między dziewczynami i chłopcami były przyjacielskie relacje. W oddziale byliśmy non-stop razem, ja byłam od pierwszego do ostatniego dnia Powstania w tej samej grupie, która zmieniała się w tym sensie, że ubywało kolegów, bo ginęli. Doznałam bardzo dużo serdeczności od moich kolegów, nie tylko ja, ale wszystkie koleżanki w swoich plutonach. Zawiązywały się przyjaźnie do końca życia. To były wyjątkowe związki, przetrwały wszystkie lata, bez względu na to, co kto z nas robił, bo na różnym etapie życia poszliśmy do Powstania. Jeśli u kogoś z nas działo się coś niedobrego, jeśli pojawiały się jakieś problemy, koledzy natychmiast pomagali. Ja osobiście doznałam tego w sposób taki niezwykle wyraźny, przejrzysty. Nieproszeni, niewzywani, zjawiali się, stawali w progu i mówili: „Słuchaj Sławka, co trzeba zrobić, co trzeba ci pomóc”.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Powstanie Warszawskie: „było potrzebne”, ale niewiele o nim wiemy

Maria Milbrandt: matka odprowadziła mnie do kolejki, pożegnała i przeżegnała
teraz odtwarzane
„Koledzy nieproszeni stawali w progu i mówili: słuchaj Sławka co trzeba ci pomóc”

W czasie Powstania zawiązywały się takie przyjaźnie do końca życia

Zobacz więcej