Disney zdetronizowany

okładka

Hasło film animowany przywołuje natychmiastowe skojarzenia z czymś niepoważnym, rysunkową dobranocką, bajką dla dzieci. Książka Pawła Sitkiewicza udowadnia, jak bardzo mylą się ci, którzy lekceważą animację. Jest gwiazdą pierwszej wielkości.

Filmowa animacja może być sztuką przez duże „S”, rozrywką, narzędziem propagandy i źródłem olbrzymich dochodów.

Autor opowiada o pierwszych 50 latach jej rozwoju, o jej teorii i historii. Czas ten nazywa „złotym wiekiem” animacji, gdy sztuka ta nie została jeszcze skażona telewizyjnym uproszczeniem.

Filmy animowane kinomani pochłaniali masowo i z radością, towarzyszyły głównym pokazom kinowym. Z biegiem czasu same zaczęły stanowić główne danie filmowe, gdy – dzięki doskonaleniu techniki – można było realizować dłuższe, pełnometrażowe formy.

Dzielnie drogę torowały sobie też animowane filmy reklamowe, które u swego zarania były poligonem doświadczalnym dla filmowców artystów. Zajmowali się nimi m.in. tacy mistrzowie jak: Lotte Reininger, Władysław Starewicz czy Walter Rutmann.

Z książki Pawła Sitkiewicza dowiedzieć się możemy m.in., że pionierem, teoretykiem oraz biznesowym potentatem w dziedzinie animacji reklamowej był niemiecki filmowiec żydowskiego pochodzenia Julius Pinscherwer, zwany także Waltem Disneyem filmu reklamowego.

Zanim jednak autor książki przystąpi do fascynującej, barwnej i pełnej szczegółów opowieści o drogach, którymi chadzali filmowcy-animatorzy, tłumaczy, czym jest animacja. Sztuka prawie magiczna, jak chcą niektórzy, czysta poezja, której sercem jest ruch.

Trzeba sobie przede wszystkim zdać sprawę, że dążenie do „ożywienia” obrazu jest tak stare, jak stare są sztuki plastyczne i opowiadanie historii.

. Na długo przed tym, jak 28 grudnia 1895 r. zadebiutował kinematograf, ludzie tworzyli ruchome obrazy. Malarze studiowali ruch – Leonardo Da Vinci narysował np. konia w kilku fazach ruchu jednocześnie. Budowano latarnie magiczne, rysowano flipbooki (magiczne książeczki, składające się z serii rysunków różniących się poszczególnymi fazami ruchu).

Film animowany jest, jak napisał Sitkiewicz, sztuką synkretyczną, czerpiącą z bogactwa przynajmniej kilku języków artystycznych.

Jego wyjątkowość wynika z formy i plastycznego tworzywa, fabuła bywa w nim rzeczą drugorzędną. Na dodatek animacja, jak poezja, odznacza się wyjątkową organizacją wypowiedzi.

Książka dotyczy dwóch okresów w dziejach kina animowanego. Omawia okres pionierski, w którym zarówno film lalkowy jak i rysunkowy, dorastają i wypracowują swój własny, niepowtarzalny sposób komunikowania się z publicznością. Kończy się on mniej więcej w 1919 r., gdy animacja szturmuje kina. Druga faza, jak ją nazywa Sitkiewicz, klasyczna, wybrzmiewa w 1951 r., gdy po raz pierwszy w amerykańskiej telewizji wyemitowano program złożony z kinowych miniatur Disneya.

Pierwszym filmem animowanym był brytyjski „Apel zapałek” Arthura Melbourne-Coopera z 1899 r. To jednominutowe ujęcie, w którym z pudełka wychodzą zapałki, formują się w dwie postaci i drabinę. Potem zapisują na ścianie prośbę do widzów, by wysłali żołnierzom walczącym na wojnie burskiej, zapałki.

Sitkiewicz opowiada o początkach filmu rysunkowego i lalkowego. Przedstawia postaci artystów i filmowców, którzy do tej pory znani byli tylko garstce ludzi, którzy pasjonują się animacją.

Okazuje się, że zdecydowanie mamy być z czego dumni, bo Polak z pochodzenia Władysław Starewicz, był mistrzem animacji lalkowej. Jego pełnometrażowa „Opowieść o lisie” z przełomu 1930 i 1931 r. do tej pory uchodzi za arcydzieło.

Właśnie, pełnometrażowa animacja. Masową wyobraźnię zdominował Disney i zwykło się uważać wyprodukowaną przez niego „Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków” za pierwszy pełnometrażowy film animowany (taką informację podają często Amerykanie).

Tymczasem film w reż. Davida Handa z 1937 r. miał kilku poprzedników. Wyprzedziło go siedem obrazów (w tym film Starewicza). Pierwszy był argentyński „El Apostol” z 1917 r.

Sitkiewicz pisze też m.in. o romansie z animacją artystów awangardowych (m.in. Duchampa, Legera i Malewicza). Opowiada jak rysunkowe, ożywione postaci igrały z obyczajowością – np. kot Feliks i pełna seksapilu Betty Boop.

Animacja była też groźnym i skutecznym narzędziem w rękach różnej maści propagandzistów.

Nie sposób streścić książki „Małe wielkie kino”. Jest efektem pracy wręcz benedyktyńskiej i już to budzi szacunek. Co więcej, czyta się ją świetnie i lekko; wciąga jak najlepsza fabuła. Po lekturze całości można ze smakiem wracać do jej fragmentów, by wyławiać interesujące szczegóły i jeszcze raz przyjrzeć się ilustracjom, kadrom z filmów (wiele z nich nie było jeszcze w Polsce publikowanych). Pozostaje żal, że Paweł Sitkiewicz opisał tylko pierwszych 50 lat rozwoju animacji. I nadzieja, że napisze część drugą.

Małe wielkie kino, Paweł Sitkiewicz, ISBN: 978-83-7453-934-0, liczba stron: 296, wydawnictwo Słowo/Obraz/Terytoria

Ilustracja z książki „Małe wielkie kino” (Słowo/Obraz/Terytoria)
Ilustracja z książki „Małe wielkie kino” (Słowo/Obraz/Terytoria)

Zobacz więcej