„W tych lasach działy się takie rzeczy, że tylko Bóg jeden wie”

Tego miejsca – inaczej niż Katynia czy Miednoje – nigdy nie pokazywano w telewizji, nie przyjeżdżały tam delegacje. Trafił tam pierwszy transport z Polakami wywożonymi w głąb Rosji w 1940 roku. Wieś Soliuga w Obwodzie Archangielskim, na północy Rosji dziś już nie istnieje, a po barakach, w których mieszkali polscy zesłańcy właściwie nic nie zostało. Ważne, że jeszcze przetrwała pamięć, choć wielu mieszkańców okolicznych miejscowości nigdy o Soliudze nie słyszało.

Liczba obywateli polskich wywiezionych w głąb ZSRR od lutego 1940 roku do czerwca 1941 do dziś budzi kontrowersje. Źródła NKWD podają, że deportowano około 330-340 tys. osób. Związek Sybiraków przedstawia dużo wyższe dane. Według jego szacunków, z ziem wschodnich RP wywiezionych zostało ok. 1,3 mln osób. Celem sowieckich deportacji była eksterminacja elit oraz ogółu świadomej narodowo polskiej ludności. Miały one rozbić społeczną strukturę, dostarczając jednocześnie totalitarnemu sowieckiemu imperium siłę roboczą.

„Do pakowania pozostawiano godzinę lub 30, a nawet 15 minut. Nie zwracano uwagi na ciężko, nawet obłożnie chorych, małe dzieci, które matki pragnęły zostawić u swoich lub znajomych, kobiety w ostatnim stadium ciąży, starców. Wszystkich zabierano pomimo łez, rozpaczy i oświadczeń lekarzy o niemożliwości zniesienia podróży" – tak nauczycielka z Białegostoku opisywała deportacje w książce „W czterdziestym nas Matko na Sybir zesłali. Polska a Rosja 1939-1942”.

18 kilometrów w głąb tajgi

Pierwszy transport z Polakami dojechał do wsi Buraczicha w Obwodzie Archangielskim. Ci, którzy przetrwali podróż pociągiem, dalej 18 kilometrów tajgi – zimą – musieli pokonać piechotą. Wtedy dróg nie było wcale. Drogi i tory kolejowe budowali dopiero później polscy zesłańcy.

Wiedziałam, gdzie były ich groby. Chodziliśmy tam. Niektóre nawet nie były zasypane. Razem z innymi dzieciakami sami zasypywaliśmy mogiły

By dotrzeć tam dzisiaj, musieliśmy poprosić o pomoc miejscowego myśliwego, który ma samochód ze specjalnie podniesionym podwoziem i nie boi się zapuszczać w tajgę, gdzie gospodarzami są już nie ludzie, a wilki i niedźwiedzie. Pokonanie tych 18 kilometrów pozwalających dotrzeć do „specposiołka” Soliuga, zajęło nam ponad 2 godziny.

Na miejscu zostało niewiele. Polacy, którzy zdołali przeżyć, wyjechali stąd w 1943 roku. Do 1979 mieszkali tu jeszcze Rosjanie, a dokładniej obywatele Związku Radzieckiego. Potem zaprzestano wyrębu lasu i wieś wymarła. Dzisiaj już prawie całkiem zabrała ją tajga. W znalezieniu resztek baraków, a także miejsca pochówku Polaków, pomogli nam byli mieszkańcy wsi.

Wiedziałam, gdzie były ich groby. Chodziliśmy tam. Niektóre nawet nie były zasypane. Razem z innymi dzieciakami sami zasypywaliśmy mogiły – opowiada 90-letnia Anastazja Gubinskaja, która w młodości mieszkała w Soliudze, a później przeprowadziła się do jednej z okolicznych miejscowości. Niestety wiek zrobił swoje i odszukać w pamięci szczegółów już jej się nie udało.

Wiera Dubienko, szefowa administracji wsi Buraczicha, kiedyś także mieszkanka Soliudy, ma niespełna 60 lat. Z dzieciństwa pamiętała Polaka, który w Soliudze pochował żonę i dlatego nigdy stamtąd nie wyjechał. Wspomina, że według opowieści starszych, Polaków najczęściej chowano w zbiorowych grobach. – Ten cmentarz właściwie się nie zachował, ale kiedy byliśmy mali, chodziliśmy tam. Były kamienie z napisami, niektóre po rosyjsku, a niektóre po polsku – wyjaśnia.

Pamięć silniejsza od śmierci

Tam, gdzie stały baraki polskich zesłańców, dziś rozciąga się piękna polana. Gdzieniegdzie można znaleźć szczątki drewnianych budynków. Jest cmentarz z zardzewiałymi prawosławnymi krzyżami, a niedaleko najprawdopodobniej zbiorowe groby polskich zesłańców. Kamieni z polskimi napisami znaleźć się nie udało. Stoi za to postawiona niespełna 2 miesiące temu tablica „Kazio Cychol 1938-1941. Pamięć silniejsza od śmierci”.

„Nie było tam cmentarza, bo nikt nie poświęcił tej strasznej ziemi. Położyliśmy Kazia między innymi dziećmi. Leżą na takiej górce jakieś 100 - 200 metrów od naszych baraków. Tak trochę jakby nad torami kolejowymi. Grobów pewnie już nie ma, bo zabrała je tajga” – wspominała po latach, tuż przed śmiercią Felicja Cychol, matka Kazia Cychola, której udało się w 1946 roku wrócić do Polski. Jej syn Kazio zmarł w miejscu zsyłki w 1941 roku. Miał trzy lata…

Choć znaleźli się tacy, którzy mogli nam pomóc, większość mieszkańców Buraczichy czy Niandomy – najbliższego, liczącego ok. 20 tys. mieszkańców, miasta – nigdy o Soliudze nie słyszała, albo dowiedziała się o niej w czerwcu tego roku, gdy lokalna gazeta napisała o postawionej tablicy.

Ja wcześniej nawet nie słyszałam takiej nazwy, ale kiedy zaczęliśmy sprawdzać tę historię, to rzeczywiście, są dokumenty w tej sprawie. Praktycznie w całym Obwodzie Archangielskim były łagry – opowiada Jelena Kuzniecowa, dyrektor muzeum etnograficznego w Niandomie. Mieszkający tam potomkowie polskich zesłańców, ale jeszcze z czasów carskich, o Soliudze też dowiedzieli się niedawno.

W tych lasach działy się takie rzeczy, ze tylko Bóg jeden wie... Tu nawet nie było gdzie uciec. Bez szans. Wtedy dróg w ogóle nie było, wzdłuż kolei od razu złapią, a po tajdze bez szans. Jeśli nie masz broni, to po tobie – opowiada znający losy polskich zesłańców Władimir Strumieński, Rosjanin polskiego pochodzenia, potomek polskich emigrantów z XIX w., który mieszka dziś w Niandomie.

Autorka materiału Arleta Bojke z ekipą TVP w trakcie poszukiwań śladów po polskich zesłańcach z 1940 r. (fot. TVP)

Dyrektor muzeum w Niandomie chciałaby, żeby na stacji kolejowej Buraczicha pojawiła się tablica, która będzie przypominała o tym, że w 1940 dotarł tu transport z polskimi zesłańcami. Do tego potrzebna jest jednak zgoda miejscowej administracji. Ta jednak wolałaby, by o polskich zesłańcach jej nie przypominano…

100 łagrów Jakucji

W samej tylko rosyjskiej Republice Jakucji w czasach radzieckich było ponad 100 łagrów. Po większości z nich, a więc i po cmentarzach, gdzie chowano umierających z głodu i wycieńczenia, dzisiaj nie ma już śladu. W tym, najzimniejszym, na stałe zamieszkanym przez człowieka regionie nie ma dobrych dróg, ani nawet kolei. Wrogów narodu – oczywiście nie tylko Polaków – do obozów też często gnano piechotą.

Łagrów, gdzie byli przetrzymywani Polacy było na terenie b. ZSRR ok. 130. W większości tych miejsc od zakończenia wojny żadnego Polaka nie było. Dokumentacja jest szczątkowa, najczęściej w ogóle jej nie było, albo ją niszczono. „Wrogowie narodu” mieli bowiem zostać wykreśleni z historii. Co tu dużo mówić – o cmentarzu w Butowie, który znajduje się nie w tajdze, a 25 kilometrów w linii prostej od Kremla, zaczęto mówić dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Tam także spoczywa ponad tysiąc Polaków.

Wciąż żywa jest jednak pamięć tych, którym udało się wrócić do ojczyzny i pamięć ich dzieci. Tak jak w przypadku państwa Dagmary i Marka Dworaków. Lecieli do Nowosybirska, by dalej – pieszo – ruszyć w tajgę i odnaleźć miejsce pochówku babci pani Dagmary.

Jeszcze można wiele zrobić, by pamięć była silniejsza od śmierci. Dyrektor muzeum w Niandomie, Jelena Kuzniecowa, chciałaby, żeby na stacji kolejowej Buraczicha pojawiła się tablica, która będzie przypominała o tym, że w 1940 dotarł tu transport z polskimi zesłańcami, z których wielu pochowanych zostało potem w Soliudze. Do tego potrzebna jest jednak zgoda miejscowej administracji. Ta jednak wolałaby, by o polskich zesłańcach jej nie przypominano...

Zobacz więcej