Strona główna » Opinie » Wywiady
Bartek Konopka

Zawsze będę miał słabość do dokumentu

Autor: Beata Zatońska
  • A
  • A
  • A
15:21
24.02.2010
Chodzi o prawdę. Prawie nie ma ograniczeń formalnych w dokumencie. Nie wolno jednak przekraczać pewnych granic, manipulować – mówi w rozmowie z tvp.info Bartek Konopka, reżyser nominowanego do Oscara dokumentu „Królik po berlińsku”.
Bartek Konopka ze Złotym Lajkonikiem Krakowskiego Festiwalu Filmowego  za „Królika po berlińsku” (fot. PAP/Jerzy Ruciński)
Bartek Konopka ze Złotym Lajkonikiem Krakowskiego Festiwalu Filmowego za „Królika po berlińsku” (fot. PAP/Jerzy Ruciński)
Zrobiłeś kilka filmów dokumentalnych, w tym nominowanego do Oscara „Królika po berlińsku”, teraz kończysz prace nad fabułą pt. „Lęk wysokości”. To zmiana profilu zawodowego, czy rozszerzenie zainteresowań?

Zawsze będę miał słabość do dokumentu. Szukam kolejnych form wyrazu. Każdy gatunek filmowy otwiera nowe możliwości. Na tym polega rozwój. Ciągle szukam. Różnią się też dokumenty, które robię. „Ballada o kozie” opierała się na obserwacji. „Królik po berlińsku” jest bardziej kreacyjny. Wiele zależy od tego, na jakim etapie życia jest reżyser, jakie przychodzą pomysły i jakie są możliwości ich realizacji. Nie mam takiej strategii, według której najpierw jest okres dokumentalny, a potem fabularny. Nie wszystko daje się tak usystematyzować. Ludzie często pytają mnie np. czy zrobię trylogię zwierzęcą. Był film o kozie, potem króliki i co dalej? Nie planuję jednak np. filmu o wiewiórkach.

Króliki to jest totalna metafora. Skąd wziął się pomysł, żeby się przyjrzeć historii berlińskiego muru od króliczej strony? Wiadomo, dlaczego sami Niemcy nigdy się tym nie zainteresowali?

Niemcy teraz trochę żałują, że tego nie zrobili. Żeby pewne sprawy zauważyć, potrzebny jest dystans. Oni go nie mają. Króliki po upadku muru to dla nich plaga, denerwująca codzienność. Rozpleniły się bardzo i są szkodnikami, co też zasygnalizowaliśmy w filmie. Kapitalizm i wolność to dla królików trudna szkoła przetrwania. Są wystraszone, zaszczute, mają poobgryzane uszy. Rywalizują z psami i kotami, szczur zajmują im nory. Tak to się jakoś symbolicznie ułożyło. O pomyśle na podobny film opowiadał w szkole filmowej Marcel Łoziński, o króliczym losie i wpisanej w niego metaforze. Myślał o tym w 1989 r., gdy króliki uciekały ze „strefy śmierci” po zburzeniu berlińskiego muru. To miał być krótki, 10-minutowy dokument, oparty głównie na archiwaliach i prawdzie historycznej. Do pomysłu Łozińskiego wrócił po stypendium w Niemczech Piotrek Rosołowski, współautor scenariusza i operator „Królika po berlińsku”. Długo szukaliśmy pomysłu na ten film. Postanowiliśmy w końcu postawić na konwencję filmu przyrodniczego.

Dlatego komentarz do filmu czyta Krystyna Czubówna? Muzyka też wprowadza w klimat.

Muzyka bardziej skręca w stronę bajek z lat 60. czy 70. Rozmawiałem z wieloma kompozytorami. Dopiero Maciek Cieślak ze Ścianki wstrzelił się ze swoimi pomysłami idealnie. Muzyka w pierwszej części filmu przywołuje klimat starych dobranocek dla dzieci. To nostalgiczny jazz grany przez zespół w małym składzie. Potem wchodzi muzyka elektroniczna. Chodziło mi o podkreślenie dramaturgii filmu.
Jak daleko można się posunąć kreując rzeczywistość w dokumencie? Na ile można ją reżyserować?

Najważniejsza jest funkcja, cel, w jakim się robi film. Są przecież doskonałe mockdocumentary, tzw. fałszywe dokumenty. Często nie można powiedzieć, że jest w nich mniej prawdy niż w filmach, które opowiadają o prawdziwych zdarzeniach. Np. paradokumetnalny film „Zabić prezydenta”. Chodzi o prawdę. Prawie nie ma ograniczeń formalnych w dokumencie. Nie wolno jednak przekraczać pewnych granic, manipulować. Widz to wyczuje i nie zgodzi się z tym, co widzi na ekranie. Dlatego zawsze robię dużo pokazów testowych. Oglądam film z publicznością, potem rozmawiamy o tym, co widzieli. Długo testowaliśmy komentarz do „Królika…”, każde zdanie jest bardzo wyważone. Zgadzam się z credo Marcela Łozińskiego, że dokument jest manipulacją. Nie da się go zrobić inaczej – rzeczywistość, którą chce się pokazać, trzeba sprowokować i zagęścić. Jedynym kryterium weryfikującym jest wewnętrzna prawda filmowca, poczucie odpowiedzialności i etyki. Trzeba mieć przekonanie, że to, co się pokazuje, jest zgodne z prawdą, którą się zaobserwowało. Reżyser jest pośrednikiem.

Króliki w twoim filmie to metafora homo sovieticus, człowieka, którego stworzył system komunistyczny. Nie jest to trochę niepochlebne porównanie? Ludzie i płochliwe gryzonie, które starają się głównie o to, by mieć coś do jedzenia?

Nie, publiczność tak tego nie odbieraj. Każda metafora jest uproszczeniem, skrótem myślowym. Choć człowiek wypada marnie w tym filmie. Ktoś przecież pozwolił na podział ludzi na lepszych i gorszych, na zbudowanie muru i zamknięcie tych „gorszych” w strefie otoczonej murem. Tych ludzi odarto z godności i płacą za to długo po upadku muru. Tak jak króliki, które wypuszczono ze strefy śmierci. Nie wszyscy potrafią poradzić sobie w wolnym, ale wymagającym walki i nowych umiejętności świecie. O historii Muru Berlińskiego nie dałoby się opowiedzieć wprost w ciągu 40 lub 50 minut. Potrzebna była królicza metafora. Tadeusz Sobolewski napisał po jednym z pierwszych pokazów „Królika po berlińsku” na Planet Doc Review, że w naszym filmie chodzi o stosunek zmanipulowanego społeczeństwa do systemu, w którym przyszło mu żyć. I najbardziej przerażające jest to, że odbywało się to za większości społeczeństwa żyjącego w komunizmie. Film pokazuje mechanizm tego procesu. Nie zajmujemy się analizą filozoficzną tych wydarzeń. Wykorzystujemy to, że historia, która przydarzyła się ludziom, ma swoją analogię w świecie przyrody.
Producentka Anna Wydra i Bartek Konopka (fot. TVP)
Producentka Anna Wydra i Bartek Konopka (fot. TVP)
Czy króliki są dobrymi aktorami? Dało się z nimi współpracować?

Na ekranie widać głównie zdjęcia archiwalne i fragmenty filmów przyrodniczych. Z rozpędu po „Balladzie o kozie” myśleliśmy, że pójdzie nam łatwo. Kozy szybko się z nami oswoiły i robiły to, czego od nich oczekiwaliśmy. Króliki współpracować nie chciały. Charakteryzują się głównie tym, że uciekają. To jest ich jedyna broń. Nie są drapieżnikami, nie mają ostrych zębów i pazurów. Króliki nie są jednak tchórzami. Podczas pracy nad filmem poznaliśmy je dobrze. Czytaliśmy o nich, długo też rozmawialiśmy z profesorem Dietrichem von Holstem z instytutu w Bayreuth. On jest największym specem w Niemczech, może nawet w Europie, od behawioryzmu królików. Od 25 lat bada zwyczaje tych zwierząt. Ciekawe jest to, że króliki są bardzo stadnymi zwierzętami. Zwierzak, który z jakiegoś powodu odłączy się od stada, umiera. Nie potrafi żyć w pojedynkę. Zabija go samotność i związany z nią stres. Von Holst zajmuje się głównie badaniem mechanizmów stresu działających u królików. Okazuje się, ze są bardzo przydatne, gdy pracuje się nad stresem u ludzi.

Długo trwało robienie filmu?

W sumie cztery lata. Przez dwa lata szukaliśmy pomysłu na film, żaden nam się nie podobał. Po 2 latach zdecydowaliśmy się na konwencję filmu przyrodniczego. Wtedy zaczęliśmy zgłębiać życie królików. Okazało się, że mają cechy, świetnie pasujące do metafory, o którą nam chodziło. Dzięki nim wszelkie porównania są czytelne. Mieliśmy na początku wiele kompletnie odstrzelonych pomysłów. Wydawało nam się, że zaszalejemy fabularnie, bo królicza historia nie została spisana, można więc teoretyzować, robić animowane wstawki, itp. Potem okazało się, że mamy przed sobą bardzo prawdziwą historię berlińskich królików. Trzeba ją było dokładnie poznać i po prostu opowiedzieć.

Dlaczego powstały dwie wersje „Królika po berlińsku” – 50- i 40-minutowa?

Pierwsza była 40-minutowa. Dlatego mogliśmy startować w oscarowej konkurencji. Mieliśmy jednak podpisane umowy ze stacjami telewizyjnymi i specjalnie dla nich trzeba było film „rozciągnąć” o 10 minut. Jako pierwsza ujrzała więc światło dzienne wersja 50-minutowa. Wersja 40-minutowa jest lepsza, bardziej skondensowana, nie ma w niej np. rozmów z artystami, żadnych wątków pobocznych. Jest czysta historia. Filmy oparte na metaforze powinny być krótkie. Uważam, że krótszy film działa mocniej na widza.
Kadr z filmu „Królik po berlińsku” (fot. TVP)
Kadr z filmu „Królik po berlińsku” (fot. TVP)
Droga „Królika po berlińsku” po światowych festiwalach usłana jest sukcesami. Czy festiwalowe nagrody złagodziły trochę emocje związane z oscarową nominację? Dla wielu filmowców Oscar to zwieńczenie zawodowych marzeń.

Tak, Oscar to Olimp. Choć czasem zastanawiam się, czy nie jest to po prostu taki wielki amerykański festiwal filmowy. Może nie zasługuje na aż taki szacunek i uwielbienie, jakim się cieszy? Wiele zależy od promocji filmu, od lobbingu. Amerykanie kochają rzeczy na pokaz. Ten cały szum dotyczy to przede wszystkim filmów fabularnych. Do tej pory jeszcze się z tym nie zetknęliśmy, bo filmy dokumentalne typuje do nominacji 30-osobowa grupa członków Akademii Filmowej. Dopiero teraz się zacznie, bo filmy nominowane powinna obejrzeć jak największa liczba akademików. Mamy już specjalna agentkę PR. W Hollywood jest wiele firm specjalizujących się w pokazywaniu filmów kandydujących do Oscara akademikom. Krótkie dokumenty pokazywane są w zestawie, seans trwa 200 minut. Akademicy głosują tuż po seansie, po obejrzeniu całego zestawu. Tak, Oscary działają ludziom na wyobraźnię. Bardziej niż jakiekolwiek inne nagrody. Ważne festiwale dokumentalne, takie jak np. Hot Docs w Toronto, nie są znane większości ludzi, traktuje się je jak branżowe imprezy.

Przemówienie oscarowe, tak na wszelki przypadek, masz już przygotowane?

Nie, jeszcze nie. Czekam spokojnie. Nie wiem nawet, czy pojadę do Hollywood, bo moja żona jest w dziewiątym miesiącu ciąży. Ania Wydra, producentka, będzie tam na pewno.

Powiedz proszę, kilka słów o swoim filmie fabularnym, o „Lęku wysokości”.

To przypowieść o ojcu i synu. O tym, kim jesteśmy, jak się odbijamy w lustrze, jakim są dla nas nasi rodzice. I o momencie, w którym syn staje się ojcem dla swojego ojca.
Kadr z filmu „Królik po berlińsku” (fot. TVP)
Kadr z filmu „Królik po berlińsku” (fot. TVP)
Reżyseria to trudny, stresujący zawód. Czym Cię uwiodła? Nie od razu poszedłeś do szkoły filmowej, zaczynałeś od filmoznawstwa.

Przygoda, prowadząca do filmu, zaczęła się gdy byłem w liceum, w półamatorskim teatrze w Dąbrowie Górniczej. Najpierw było aktorstwo. Już wtedy wiedziałem, że reżyseria to coś intrygującego, coś, co starcza na całe życie. Film mnie fascynował, to jest konglomerat wszystkich sztuk. Nie zdecydowałem się jednak, żeby zdawać do łódzkiej filmówki. Czułem, że jeszcze nie jestem gotowy. Studiowałem filmoznawstwo w Krakowie, przez rok byłem wolnym słuchaczem w szkole filmowej w Łodzi. Zdawałem potem tam egzaminy wstępne, ale się nie dostałem. Wtedy zająłem się dziennikarstwem. W 1997 r. trafiłem do TVN i robiłem reportaże. Złapałem dokumentalnego bakcyla. I zdałem do szkoły filmowej w Katowicach, już z teczką dokumentalną, nie fabularną, jak w Łodzi. Może rzeczywiście w głębi duszy jestem dokumentalistą. Najbardziej fascynujący w pracy reżysera jest kontakt z innymi ludźmi, uruchamianie ich do działania, przeglądanie się w nich jak w lustrze. Praca nad filmem to współdziałanie, interakcja. Dokumentaliści określają siebie i opowiadają o sobie poprzez innych ludzi.

Dziękuję za rozmowę, trzymam kciuki za „Królika…” i czekam na „Lęk wysokości”.

Rozmawiała Beata Zatońska



Bartek Konopka skończył filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim i reżyserię na WRiTV im. Krzysztofa Kieślowskiego na Uniwersytecie Śląskim. Jest absolwentem prowadzonych w Szkole Andrzeja Wajdy kursów: kursu dokumentalnego (podczas którego zrealizował „Balladę o Kozie”) oraz Ekranu – europejskiego programu dla profesjonalistów filmowych. Wyprodukowana w Szkole Wajdy fabuła "Trójka do wzięcia" (2006), zrealizowana w ramach koordynowanego przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich programu "30 minut", zdobyła 12 nagród na różnych festiwalach, w tym Grand Prix i Nagrodę dla Najlepszej Aktorki (dla Klaudii Barcik) na Europejskim Festiwalu Filmów Krótkometrażowych Brest 2007 we Francji. Jego „Królik po berlińsku” zdobył kilkanaście prestiżowych nagród na festiwalach filmów dokumentalnych na całym świecie. Film jest w ścisłym gronie nominowanych do Oscara dokumentów. Teraz Bartek Konopka pracuje nad swoim debiutem fabularnym pt. „Lęk wysokości” w którym grają m.in. Krzysztof Stroiński i Marcin Dorociński.

Na forum

Jaki jest sens robienia tych manifestów i strajków pod krzyżem??...
Polecamy
 
 
Zobacz inne serwisy tvp.pl: