Bardzo mnie boli coraz powszechniejsze kłanianie się bałwanom, fałszywym bożkom, co uważam za pogaństwo. Za rzadko o tym rozmawiamy, a to zjawisko przybiera na sile – mówi w rozmowie z Beatą Zatońską reżyser Maciej Wojtyszko. Na ekrany kin właśnie weszła komedia Wojtyszki „Święty interes”.
„Święty interes” to rodzinny biznes?
Biznes to na razie jest żaden, ale rzeczywiście rodzinny. Produkt dwóch pokoleń. Scenariusz napisał mój syn Adam z żoną Anetą. Adam był też drugim reżyserem. Ale film zrobiliśmy awansem, podobnie jak dwóch głównych aktorów – Piotr Adamczyk i Adam Woronowicz. Powiedzieliśmy, że honoraria weźmiemy, gdy film przyniesie zyski.
Co Pana urzekło w tej historii o braciach, usiłujących sprzedać odziedziczoną po ojcu starą warszawę, która kiedyś należała do kardynała Karola Wojtyły?
Mało jest u nas scenariuszy, które w żartobliwy sposób traktują polskie pogaństwo. Świadomie nie używam słowa religijność, bo to jest coś zupełnie innego. Przyjaźniłem się z księdzem Józefem Tischnerem i jego szacunek dla polskiej religijności we mnie pozostał. Nie śmieję się w tym filmie z ludzi głęboko wierzących, którzy znajdują metafizyczny sens w rzeczywistości. Bardzo mnie natomiast boli coraz powszechniejsze kłanianie się bałwanom, fałszywym bożkom, co uważam za pogaństwo. Za rzadko o tym rozmawiamy, a to zjawisko przybiera na sile. Wydarzenia ostatniego roku wiele dodały do tego filmu. Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw.
Rzeczywistość przerosła wyobraźnię artysty?
Gdy kręciłem scenę, w której ludzie z religijnym szacunkiem odnoszą się do fragmentu samochodu, pomyślałem sobie: „aleś bracie przeskoczył rzeczywistość”. Okazało się, że nie przeskoczyłem. Co mi się w tej filmowej historii podoba? Przede wszystkim to, że nie jest nasycona nienawiścią. Jest w niej humor, są zabawne postacie i sytuacje. Bohaterowie czasem budzą współczucie lub irytację, ale nie ma tam osoby godnej potępienia. W tym sensie jest to film głęboko chrześcijański.
Mieszkańcy wsi bywają jednak straszni...
Nie do końca. Miałem oczywiście wątpliwości, czy kogoś za bardzo nie urazimy.
Rozważaliśmy np. czy scena modlitwy przed deską rozdzielczą powinna w filmie zostać. Czy nie obrazimy czyichś uczuć. Została, bo mąż sprawdza w niej żonę. Nie chodzi więc tylko o kretynizm człowieka, który czci bałwana. Pokazujemy kogoś, kto za pomocą modlitwy bada prawdomówność najbliższej mu osoby. W związku z tym na pewno niesłuszny byłby zarzut, że traktujemy go jak idiotę. Film nie jest napastliwy, jest żartobliwy, może czasem zaczepny, ale nie ma w nim nienawiści.
Jest za to satyryczny dystans. Od początku wprowadza Pan widza w klimat sceną, w której bohater grany przez Piotra Adamczyka, usiłuje zrobić efektowny biznes w Skandynawii.
Taka jest rzeczywistość. Zrobiliśmy komedię i staraliśmy się, żeby było zabawnie, ale nie zależało nam na bezustannym rechocie widowni. Dla mnie ideałem będzie sytuacje, kiedy para młodych ludzie wychodząc z tego filmu zacznie dyskutować np. o racjonalności polskiej wiary, albo o tym, czy in vitro jest w porządku.
Czyli śmiejmy się, ale nie głupio. Porozmawiajmy teraz o warszawie M20, bardzo ważnej bohaterce filmu. Skąd taki pomysł?
Aneta i Adam znaleźli w prasie informację, że ktoś wystawił na sprzedaż samochód, należący kiedyś do Karola Wojtyły. Próbowaliśmy wyśledzić losy tego auta, ale zapadło się pod ziemię. To był punkt wyjścia do naszej historii. Kręciliśmy zresztą w tamtych okolicach – między Dobczycami, a Wadowicami. Nasz filmowy samochód znaleźliśmy w stodole. Nie jeździł. To nam pasowało i nie próbowaliśmy go uruchomić. Można oczywiście było iść dalej, opowiadając tę historię, i zrobić z tego okrutną satyrę na wszystkie warstwy społeczeństwa. Handel samochodami rozmaitych idoli powoli staje się przemysłem. My swoją opowieść zamknęliśmy w kropli wody, w małej społeczności. Pokazujemy, jakie ryzyko niesie powierzchowna wiara. Dobrze to widać na przykładzie filmowej młodej pary. Chłopak ma zahamowania seksualne, chce czekać do ślubu. A dziewczyna chce, żeby kochali się tak, jak to jest opisane w kolorowych pisemkach, którymi się zaczytuje. To jest bardzo polskie. Ubierając Matyldę Baczyńską, która grała Nikolę, scenografki wzorowały się na dziewczynach, krążących w miasteczkach, gdzie kręciliśmy. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nieustannie toczy się walka o rząd dusz. Z jednej strony jest ortodoksyjna religijność, nieprzystosowana do życia, a z drugiej pisma pełne erotyki i łatwych porad.
Pamiętam, jak trzydzieści kilka lat temu, przed ślubem poszliśmy na nauki przedmałżeńskie. Pani katechetka opowiadała m.in., że nie wolno współżyć przed ślubem. Wszystkie słuchaczki w salce katechetycznej, oprócz mojej narzeczonej, były w ciąży. W filmie te nasze żarty są więc dobrotliwe.
To, co np. z perspektywy mieszkańca Warszawy mogłoby się wydać przerysowaniem, tak naprawdę przerysowaniem nie jest?
Daleko nam do zjadliwej satyry. Posłużył się nią w swoim znakomitym filmie „Wesele” Wojtek Smarzowski. To wielki film i chylę przed nim głowę. My postawiliśmy na delikatność. Racje są podzielone, nikogo nie potępiamy. W tym sensie nasza postawa wobec bohaterów filmu jest chrześcijańska.
Do głównych ról, braci, którzy usiłują sprzedać odziedziczoną po ojcu warszawę Karola Wojtyły, zaangażował pan Piotra Adamczyka, który zagrał Jana Pawła II i Adama Woronowicza – filmowego księdza Jerzego Popiełuszkę. Kiedy pojawił się taki pomysł obsadowy?
Jesteśmy zaprzyjaźnieni. Scenariusz powstawał z myślą o nich. To był świadomy żart, prowokacja. Obaj panowie zgodzili się natychmiast i zagrali za darmo. Piotr i Adam są bardzo mądrymi i dowcipnymi ludźmi i świetnie nam się pracowało. Bez zgrzytów.
Czy jest Pan reżyserem, który oczekuje od aktorów czynnego uczestniczenia w budowaniu postaci, czy muszą się ściśle trzymać scenariusza i Pana wskazówek?
Teresa Budzisz-Krzyżanowska szepnęła kiedyś podczas prób w Teatrze Ateneum do Gustawa
Holoubka: „Guciu, reżyseruj”. On wskazał na osoby stojące na scenie i powiedział: „nie wypada”. Jeżeli ktoś się gubi, nie wie, co ma grać, pomagam. Natomiast jeżeli koledzy trafiają za pierwszym razem, mają inwencję, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Np. scena, w której Piotruś czyta rachunek od kamieniarza i zastanawia się nad pozycją „restauracja”, jest jego pomysłu. Gdy zbiorą się ludzie myślący, inspirują się wzajemnie. Bardzo lubię scenę, w której bracia dyskutują z wójtem o sprzedaży samochodu.
Piotr, Adam i Tomek Międzyk świetnie się bawili tym targowaniem. Aż żal było im przerywać i przycinać potem tę scenę. Jakim jestem reżyserem? Odpowiedź brzmi: długość holu zależy od potrzeb holowanego. Miałem na planie świetnych ludzi, m.in. dużą grupę aktorów z Teatru im. Słowackiego w Krakowie. Reżyser, jeśli źle obsadzi, może potem tylko się martwić. Zdarzyły mi się w długiej karierze takie przypadki, że gdzieś się pomyliłem w obsadzie. Ale nie tutaj.
Jest też w filmie rys okrucieństwa, czyli gangster Borys. Rola, w której obsadził Pan Mariusza Bonaszewskiego, trochę na przekór jego dotychczasowemu emploi.
Nie chcieliśmy, żeby Borys był osiłkiem. Groza tkwi gdzie indziej. Borys jest prześladującym Janka czystym złem. Jest chytry, pewny swojego, diabelski. Ta rola świetnie na Mariuszu leży. Wymyślając tę postać scenarzyści zastrzegali, że chcą uciec od stereotypu i pokazać kogoś przewrotnego, zepsutego i inteligentnego.
Im więcej jest w filmie Borysa, tym więcej jest zła w mieszkańcach wioski…
O to przełamanie fabularne widzowie mogą mieć pewne pretensję. W filmie jest długo śmiesznie, a potem robi się groźnie. To jest jednak coś, co Grecy nazywali deus ex machina
Chodzi o to, że transcendencja może ingerować w rzeczywistość i tak ją dziwnie zmienić, że stanie się to, co stać się powinno. Tak jest urządzony świat. Wyraźnie pokazuje to np. Bułhakow w „Mistrzu i Małgorzacie”.
Dosyć rzadko kręcił Pan filmy kinowe. Pomiędzy „Ogrodem Luizy” z 2007 r. a „Ognistym aniołem” była kilkunastoletnia przerwa. Dlaczego?
Przerwa była tak długa, jak długo trwała niemoc polskiej kinematografii. Po zapaści zespołów filmowych, w latach 90. robiono bardzo mało filmów. Teraz jest lepiej, PISF dał szansę, że może być normalnie. Nie potrafię 5 czy 10 lat czekać na możliwość realizacji filmu. W tym czasie wolę przygotować spektakl, wyreżyserować coś w Teatrze Telewizji, napisać książkę.
Jako wielbicielka książek o Brombie właściwie powinnam się ucieszyć, że tak kiedyś było i dużo Pan pisał.
Tak, Bromba korzystała z tego, że kinematografia była w zapaści. Teraz dzięki PISF procedury biurokratyczne są przejrzyste, nie trzeba się płaszczyć przed nikim i szukać na próżno. Jestem jednym z ekspertów PISF, czytam wiele scenariuszy i widzę, że pojawiają się ciekawe propozycje. Szefowa instytutu, pani Agnieszka Odorowicz, twierdzi, że jest realizowany jeden scenariusz na 10 zgłoszonych. Jest też grupa odważnych, prywatnych i półprywatnych producentów. „Ogród Luizy” i „Święty interes” powstały dzięki szefowi WFDiF Włodzimierzowi Niderhausowi. To jest z jego strony świadoma, konsekwentna strategia, żeby dawać szansę różnym reżyserom. To dzięki niemu młoda Katarzyna Rosłaniec mogła zrealizować „Galerianki”. Dużo dobrego robi też Michał Kwieciński z Akson Studio. Jest 10, 11 producentów z prawdziwego zdarzenia. Robi się normalnie. Lata 90. były obłąkane i polski film poszedł wtedy gwałtownie w dół.
Przypomniała mi się wymyślona przez Pana postać reżysera Glusia, który opowiadał o swoich filmach, zamiast je reżyserować.
Jest tu ziarno autobiograficzne. Kończyłem szkołę filmową w czasach, gdy na kawałek taśmy trzeba było czekać dwa lata. Ja i moi koledzy częściej o filmach opowiadaliśmy, niż je realizowaliśmy. To nam bardzo doskwierało. Można więc powiedzieć, że Gluś to moje alter ego.
Pisze pan sztuki teatralne o wielkich artystach. Skąd ta fascynacja biografiami?
Jarek Kilian, dziekan wydziału warszawskiej reżyserii, podwoził kiedyś do hotelu Bristol wybitnego scenarzystę Toma Stopparda. W przedsionku stało popiersie Paderewskiego. Stoppard zainteresował się nim i dowiedział się, że to wybitny pianista, kompozytor i polityk. Był zdziwiony, że nikt w Polsce nie nakręcił o nim filmu. Na świecie panuje przekonanie, że ludzie wybitni, zdarzenia, w których uczestniczą, to krople, w których przegląda się świat.
Przyjrzałem się na przykład w sztuce „O rozkoszy” spotkaniu Diderota z Katarzyną II. Spotkaniu polityka i myśliciela; mężczyzny i kobiety; wschodu i zachodu. Może być coś ciekawszego niż takie zdarzenie? Był też taki moment, gdy do pracowni schorowanego Stanisława Wyspiańskiego przyszedł Józef Piłsudski. Mielibyśmy o tym zapomnieć? Ich rozmowy są ważne do dziś. W Teatrze Telewizji będzie premiera sztuki, którą napisałem razem z synem Adamem, „Powidoki”. Opowiada o parze wybitnych artystów – malarzu Władysławie Strzemińskim i jego żonie, rzeźbiarce – Katarzynie Kobro. Polacy nic o nich nie wiedzą, a gdzie indziej byliby gwiazdami. Nie zawsze piszę sztuki historyczne i o artystach. Ale jest coś niesłychanie kuszącego w spotkaniach wielkich umysłów, wielkich światów, w ich sporach i zmaganiach. Niebezpiecznym jest, jeśli się tego nie zauważa. Przeszłość daje nam szansę, podsuwa zwierciadła, w których powinniśmy się przeglądać. Bez znajomości historii jesteśmy skazani na ciągłe popełnianie tych samych błędów. Moje sztuki łączą historię i dialog ze współczesnością.
Mam jednak wrażenie, że Polacy boją się filmowych opowieści o swoich bohaterach. Może dlatego, że chcą bronić nieskazitelności ich wizerunków. Jesteśmy narodem brązowników?
Od wielu lat prowadzimy rozmowy z zaprzyjaźnionymi reżyserami o filmie twórczo rozwijającym książkę Karola Zbyszewskiego „Niemcewicz od przodu i tyłu”.
To jest opowieść paszkwil, o tym, jak Polacy w okresie Sejmu Czteroletniego zmarnowali ojczyznę. Napisana z furią, irytacją, pogardą. I z dość dobrą dokumentacją historyczną. Zbyszewski, prawicowiec, wydał tę książkę w 1939 r. O królu Stanisławie Auguście pisał np. Kluchosław, ale miał powody. Przytoczył m.in. opowieść o tym, jak Kościuszko prosił Stanisława Augusta o pożyczenie map. Potrzebne były mu do prowadzenia powstania. Król odmówił, bo bał się, że mapy się zniszczą. Powinien powstać na podstawie książki Zbyszewskiego tendencyjny, złośliwy film, obnażający polskie warcholstwo, żeby go było mniej teraz.
Rozmawiała Beata Zatońska
Maciej Wojtyszko – reżyser, dramatopisarz, autor scenariuszy oraz utworów dla dzieci; absolwent Liceum Technik Teatralnych w Warszawie (1965). Początkowo studiował filozofię na Uniwersytecie Warszawskim, by ostatecznie wybrać kierunek reżyserski w łódzkiej Filmówce. Jest autorem kilku książek dla dzieci i młodzieży (m.in. „Bromba i inni”, „Antycyponek”, „Trzynaste pióro Eufemii”, „Tajemnica szyfru Marabuta”, „Synteza”). Niektóre z nich stały się pierwowzorami dla animowanych seriali telewizyjnych. Wykładowca w warszawskiej PWST, w latach 1990-1993 i 1999-2002 dziekan Wydziału Reżyserii na tej uczelni.
Autor licznych dramatów teatralnych m.in.: „Bambuko”, „Semiramida” , „Wznowienie”, „Żelazna konstrukcja” oraz „Bułhakow”. Reżyser seriali telewizyjnych, m.in.: „Mistrz i Małgorzata”, „Co Cię znów ugryzło”, „Miodowe lata”, „Kocham Klarę”, „Miasteczko”, „Pani Basia, Pani róża”, „Pensjonat pod różą”, „Ale się kręci”, „Doręczyciel”.
Wybrana filmografia: „Święty interes” (2010), „Ogród Luizy”,
1985 „Ognisty anioł”, 1983 „Święto księżyca”, 1983 „Synteza”.