Na olimpijski sukces panczenistek czekaliśmy 50 lat. W 1960 r. w Squaw Valley srebrny medal wywalczyła Elwira Seroczyńska, a brązowy medal Helena Pilejczykowa.
W Vancouver polskie zawodniczki – Luiza Złotowska, Katarzyna Bachleda-Curuś i Katarzyna Woźniak – wywalczyły brązowy medal w sztafecie. Polki wyprzedziły o ponad półtorej sekundy ekipę USA. Złoto zdobyły reprezentantki Niemiec, srebro - Japonki.
Luiza Złotkowska opowiada w rozmowie z tvp.info o emocjach związanych ze startem, maratonie na rolkach i treningach w Niemczech.
Jest Pani brązową medalistką zimowych igrzysk olimpijskich w łyżwiarstwie szybkim. O tym medalu mówi się, że jest sensacyjny i zaskakujący. Czy dla Pani i koleżanek z medalowej sztafety – Katarzyny Bachleda-Curuś i Katarzyny Woźniak – ten sukces też był zaskoczeniem?
Pojechałyśmy na igrzyska jako outsiderki. Zakwalifikowałyśmy się jako ostatnia, ósma drużyna. Już sama kwalifikacja to było dla nas wielkie szczęście i wielkie emocje.
W najśmielszych snach nie marzyłam o tym medalu.
Nie nastawiały się panie na biegi indywidualne?
Biegi indywidualne też były ważne, chciałyśmy się zaprezentować jak najlepiej. Chyba jednak stres był zbyt duży. Medal w sztafecie świadczy o tym, że byłyśmy dobrze przygotowane do występu i stać nas było na więcej. Ze sztafetą trafiłyśmy idealnie – z miejscem, godziną, dyspozycją. Było tak, jak być powinno.
Długo panie trenowały razem przed występem w sztafecie olimpijskiej?
Drużyna powstała cztery lata temu. Za sprawą pani Ewy Białkowskiej, która jest naszą trenerką. Przez nasz zespół przewijały się różne zawodniczki, które pomogły nam budować formę i przyczyniły się do naszego sukcesu – m.in. Karolina Ksyt, Kamila Danaj. Natalia Czerwonka startowała w eliminacjach do igrzysk.
Jaka była taktyka drużyny w finałowym, medalowym biegu?
Zmiana taktyki, która nastąpiła dzień przed startem, była kluczem do sukcesu. Pani Ewa Białkowska zadecydowała, że Katarzyna Bachleda-Curuś nie będzie jechała na ostatniej zmianie i zamienia się ze mną. Pierwszy raz jechałyśmy w takim układzie i okazało się, że efekty były bardzo dobre. Trudno mówić o bezpośredniej rywalizacji. Nie jesteśmy w stanie zobaczyć, jak jadą przeciwniczki. Można zerknąć kątem oka, co się dzieje, ale niewiele z tego wynika. Trenerzy relacjonują nam przebieg sytuacji. Pokazują na tablicach czas – ile prowadzimy lub tracimy do rywalek.
Czy można powiedzieć, że zawodniczka, która biegnie w ostatniej zmianie jest najważniejsza? Pani przejechała ostatnie kółka.
Jest ważna, ale nie najważniejsza. Na wygraną pracujemy wszystkie. Wiem jednak, że zanim weszłam na prowadzenie, przegrywałyśmy. Jest mi niezmiernie miło, że wyprowadziłam drużynę na pierwszą pozycję. Kasia Woźniak jest z nas najszybsza, ona nas więc rozpędzała. Katarzyna Bachleda-Curuś pojechała najlepiej środkowe okrążenie, a ja postawiłam kropkę nad i.
Miałam jechać ostatnich 400 metrów, ewentualnie 600, a okazało się, że prowadziłam przez 800 metrów, plus runda wcześniej. Czyli z sześciu kółek jechałam trzy.
W sztafecie startuje się po przeciwnych prostych na środku toru i co najważniejsze, nie ma reguły co do zmian. Zawodniczki mogą się zmieniać np. po jednym kółku. Na mecie liczy się czas tej ostatniej z trójki. To ona wjeżdża na metę.
Czy na torze zdarzają się przepychanki między rywalkami? Łyżwiarstwo szybkie to urazowy sport?
Przepychanki? Rzadko. Zdarza się, że czasem ktoś się przewróci – tak jak ja na treningu, ale skończyło się na małym strupku na łokciu. W drużynie nie ma przepychanek. Gramy razem.
Gdzie Pani trenuje?
W Polsce niestety nie ma gdzie trenować. Nie ma odpowiedniej hali. Trenujemy zazwyczaj w Berlinie, czasem w Erfurcie, co jest dość uciążliwą sprawą. Spędzamy mnóstwo czasu na obozach. U nas są tylko odkryte tory, zupełnie dla nas nieprzydatne. Łyżwiarstwo na torze w hali i na odkrytym torze to zupełnie inne dyscypliny sportu.
Czym się różnią?
Łyżwiarstwo szybkie jest bardzo precyzyjnym sportem. Trzeba do perfekcji opanować technikę. W biegu liczą się ułamki sekund. Nie można trenować gdy np. pada na głowę śnieg, wiatr wieje w oczy, a na torze leżą nawiewane przez wiatr ziarenka piasku. To wszystkie nie sprzyja dobremu treningowi.
Jak wygląda dzień panczenistki? Dużo Pani trenuje?
Paradoksalnie, latem trenujemy więcej niż zimą, bo musimy wypracować bazową formę do sezonu zimowego. W okresie letnim mamy dwa treningi po dwie, trzy godziny każdy, plus rozruch przed śniadaniem. Zimą jest jeden trening na lodzie i drugi kondycyjny – siłownia, rower, imitacje.
Teraz będzie Pani odpoczywała po olimpijskich emocjach, czy czekają panią kolejne starty?
Mam w planach start na Mistrzostwa Świata w wieloboju w holenderskim Heerenveen. Pierwszy raz zakwalifikował się indywidualnie do takich zawodów. Prawo do startu mają w nich 24 najlepsze zawodniczki świata. Zobaczymy, jak wypadnę. Drużynowo wystartujemy dopiero w przyszłym sezonie.
O czym się myśli, kiedy się stoi na podium olimpijskim?
Ja czułam niedowierzanie. To nawet trudno opisać. Szczypałam się w rękę, bo nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. W ogóle te dwa dni, które minęły od wygranej z Rosjankami do finału to była chwila, bardzo emocjonująca chwila. Nie było nawet czasu na zastanowienie się, co się dzieje. Dominowało niedowierzanie. Najbardziej nerwowo było przed biegiem o brązowy medal.
Nie spała Pani w nocy?
Jestem bardzo uczuciowa, łatwo ulegam nastrojom. Raczej nie spałam, niż spałam. Słuchałam muzyki, kilku albumów z ulubionymi piosenkami.
Rano były jednak stalowe nerwy i pełna mobilizacja na torze…
Po to trenujemy, żeby podczas startu odrzucić wszystkie niepożądane rzeczy i skupić się na tym, co najważniejsze.
Od razu zaczęła Pani trenować łyżwiarstwo szybkie, czy na początku fascynowały Panią inne dyscypliny zimowe?
Łyżwiarstwo szybkie było od zawsze. Startowałam jednak też np. w zawodach na rowerze szosowym, rowerze górskim. W zeszłym roku wygrałam maraton na rolkach. Mój chłopak jeździ na rolkach i podpuszczał mnie, że nie dam rady w maratonie. Łyżwiarze co prawda trenują na rolkach, ale 42 kilometry maratonu to co innego. Zawzięłam się jednak, przygotowałam i… wygrała.
Jaka była atmosfera w wiosce olimpijskiej? Rywalizacji, skupienia na zawodach? Czy był czas na nawiązywanie przyjacielskich kontaktów?
W wiosce olimpijskiej można było spotkać wielkie sławy, takie np. jak rosyjski łyżwiarz Jewgienij Pluszczenko. Nie ma jednak zbyt wielu okazji do nawiązywania rozmów, do integracji. Najważniejsze były nasze starty. Igrzyska to dwa tygodnie bardzo intensywnej pracy, sportowcy starają się dać z siebie wszystko. Emocje puściły dopiero ostatniej nocy, kiedy wiedzieliśmy, że następnego dnia już nie ma zawodów. Po ceremonii zamknięcia organizatorzy wioski olimpijskiej przygotowali nam miłe przyjęcie, była głośna muzyka i dużo tańców.
Dziękuję za rozmowę i gratuluję sukcesu!