Strona główna » Opinie » Wywiady
Emily Atef

Odrzućmy wstyd, przełamujmy tabu

Autor: Beata Zatońska
  • A
  • A
  • A
10:10
24.05.2009
Na ekrany naszych kin wszedł film wyreżyserowany przez Emily Atef pt. „Obcy we mnie”. To już drugi jej film, który może oglądać polska publiczność, pod debiutanckie obrazie „Droga Molly”. W rozmowie z tvp.info Emily Aten opowiada o tym, że trzeba przełamywać społeczne tabu, jakim otoczona jest depresja poporodowa i o swojej fascynacji Polską.
Emily Atef
Emily Atef

Czytaj także

Dlaczego wybrała Pani tak trudny temat na swój film.

Dlatego, że nie ma zbyt wielu filmów na ten temat. Właściwie nie ma ich w ogóle. O depresji poporodowej mówi się niewiele, a dotyka ona od 10 do 20 procent kobiet, które urodziły dziecko. Tak dzieje się od początku świata.

To tak naprawdę temat tabu.

Macierzyństwo jest idealizowane. Wychowujemy się w społeczeństwie, którym wszyscy wierzą w instynktem macierzyński. On ma się budzić, gdy kobieta urodzi dziecko. To instynkt miłości. Idealizuje się macierzyństwo. Prawda bywa jednak daleka od ideału.

Mówi się też, że dzień narodzin dziecka to najpiękniejszy dzień w życiu każdej kobiety.

W większości przypadków tak jest. Nie wszystkie kobiety przeżywają to jednak właśnie tak. Nie możemy udawać, ze ten problem nie istnieje. Jest poważny. Trzeba o nim głośno mówić. I trzeba tym kobietom pomagać. Ja i moja współscenarzysta Esther Bernstorff chciałyśmy uwrażliwić ludzi na to zjawisko.

Czy znała Pani kobietę, która cierpiała na to schorzenie?

Na początku prawie nic nie wiedziałam o depresji poporodowej. Chciałam zrobić film o kobiecie, która rodzi dziecko i nic do niego nie czuje. Zatraca przy tym siebie, swoją indywidualność. Jest przekonana, że jest nienormalna. Wychowano ją w przekonaniu, że każda matka bardzo kocha swoje dziecko. Wpada w depresję, czuje już obcość nie tylko w stosunku do dziecka, ale i wobec siebie. W odpowiednim momencie przychodzi jednak pomoc Kiedy zaczęłyśmy z Esther zbierać materiały do scenariusza, zdałyśmy sobie sprawę, że nasza historia nie jest wymyślona. Że tego typu przeżycia, bardzo dramatyczne, są udziałem wielu kobiet. I że jest to choroba, o której nikt w Niemczech głośno nie mówi.

Na tę chorobę cierpią kobiety na całym świecie.

Depresja poporodowa to stan wywołany brakiem równowagi hormonalnej – są jeszcze inne powody jej powstania, ale ten jest główny. Ta choroba nie zna granic. Różne społeczeństwa mają różne sposoby na to, by sobie z nią radzić. Film miał premierę na festiwalu w Cannes, w sekcji „Tydzień krytyki”. Potem jeździłam z nim po całym świecie, spotykałam się z publicznością – od Południowej Korei, Izrael, Liban, Brazylia, Argentyna, przez całą Europę aż po USA. W Ameryce Południowej ludzie byli zadziwieni, że coś takiego dzieje się w Niemczech. Pytali, dlaczego ta kobieta została sama z dzieckiem. Gdzie jej przyjaciele, rodzina, gdzie sąsiedzi? Dlaczego nikt jej nie pomaga? Okazało się, ze nasz, zachodnioeuropejski sposób życia skazuje nas na samotność. Nie pomagamy sobie nawzajem. Brazylijczycy tłumaczyli mi, że znają depresje poporodową. Ale jeśli ktoś z otoczenia młodej matki zauważy, że coś się z nią dzieje niedobrego, natychmiast zajmują się dzieckiem i jego matką.
Zatomizowane, zachodnie społeczeństwo jest zatem zupełnie nieczułe?

W Europie i np. w USA, ludzie udają, że ten problem nie istnieje. To, jak już mówiłyśmy, tabu. Kobieta, która urodziła dziecko, musi je bezwarunkowo i od razu pokochać. Jeśli tak nie jest, dla wielu ludzi to znaczy, że jest nienormalna. Dla Esther i dla mnie było ogromnie ważne, żeby nasz film miał pozytywne zakończenie. Depresja poporodowa jest w 100 procentach uleczalna. Kobiety z niej wychodzą i są wspaniałymi matkami. Mimo odrzucenia społecznego, walczą o odzyskanie miejsca przy dziecku, o akceptację w rodzinie. Tak więc ten film to tak naprawdę miłosna historia z pozytywnym zakończeniem. Ludzie czasem boją się go obejrzeć. Są przekonani, że jest bardzo smutny. Tak, na początku taki jest, ale przychodzi przełom i potem jest coraz lepiej. Bardzo ważne jest, by zobaczyli go mężczyźni. To nie jest film „dla kobiet”. Portretuje kobietę w szczególnej, życiowej sytuacji. Jej choroba dotyka całą rodzinę – przede wszystkim jej dziecko i męża.

Czy możemy zatem powiedzieć, że matka i mąż Rebecki są winni temu, co się z nią stało? Dlatego, że zostawili ją samą sobie.

Nie możemy tak mówić. To zbyt wielkie uproszczenie. Maż Rebecki nie rozumie, co się dzieje z jego żoną. Nigdy nie słyszał o depresji poporodowej. Pamiętajmy też, że Rebecka też nie rozumie siebie i swoich uczuć. Jest przekonana, że wariuje. Wini siebie.

Ale oni nie rozmawiają ze sobą, wydaje się, że po urodzeniu się dziecka zanika między nimi porozumienie.

Mąż dużo pracuje, powiększyła im się rodzina i potrzebują więcej pieniędzy. Gdy wraca do domu, żona prawie z nim nie rozmawia, bo, no właśnie, jest w depresji. On nabiera przekonania, że wkurza ją to, że tak długo nie ma go w domu. Ona tymczasem wstydzi się tego, co czuje. Duża część filmu rozgrywa się prawie w ciszy. Podczas licznych rozmów z kobietami uświadomiłyśmy sobie z Esther, że wstyd jest nierozerwalnie związany z milczeniem. Kobiet nie wie, co się z nią dzieje, nie potrafi sobie poradzić ze swoimi uczuciami, które ją przerażają. Przez pierwsze pół godziny filmu musiałam więc znaleźć wizualny ekwiwalent stanu emocjonalnego Rebecki. Chciałam, żeby wiedz czuł to samo, co ona. Dialog ograniczyłam do minimum. I to było największe wyzwanie.
„Obcy we mnie” reż. Emily Atef (fot. Vivarto)
„Obcy we mnie” reż. Emily Atef (fot. Vivarto)
W filmie pojawia się też bardzo niewiele muzyki.

Chciałam uniknąć zbędnego dramatyzmu. Postawiłam na minimalizm, nie chciałam przesłaniać silnych emocji Rebecki. Im lepiej Rebeka się czuje, im dalej postępuje jej ozdrowieńczy proces, tym więcej w filmie pojawia się dźwięków, kolorów. W jednej ze scen Rebeka rozgląda się po gabinecie lekarza, w którym była już wiele razy i zwraca uwagę na to, że lampa nie pasuje do wystroju pokoju. Rebeka się zmienia, walczy i otaczający ją świat zmienia się razem z nią.

Trudno było znaleźć aktorkę do roli Rebecki? Jej obecność na ekranie jest bardzo intensywna, skupia na sobie całą uwagę widza.

Wybór aktorki grającej główną rolę był dla mnie bardzo ważny. Tak samo jak w przypadku mojego pierwszego długometrażowego filmu fabularnego „Droga Molly”. Staram się zawsze pracować z aktorkami teatralnymi. Gra aktorek – tak w przypadku roli Molly jak i Rebeki – to być, albo nie być filmu. Jeden fałszywy gest i całe przedsięwzięcie mogło się nie udać. Szukałam aktorek o dużej sile przekonywania. Susanne Wolff miała bardzo trudne zadanie do wykonania, musiała przeprowadzić swoją bohaterkę przez krańcowo różne stany emocjonalne – od totalnej depresji wiążącej się z myślami samobójczymi do totalnej miłości. Szukałam długo. Suzanne Wolff zobaczyłam w teatrze w Hamburgu. Wyglądała dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie Rebeckę. Spodobał jej się scenariusz, podeszła do niego z dużym zrozumieniem, choć sama nie jest jeszcze matką. Dużo rozmawiałyśmy, spędziłyśmy ze sobą wiele czasu. Musiałyśmy sobie zaufać. Rola Rebecki była niezwykle trudna – pod względem psychicznym i fizycznym. Oglądałyśmy razem filmy, konsultowałyśmy się z lekarzami. W pewnym momencie miałam wrażenie, że Suzanne rozumie Rebeccę lepiej, niż ja.

Czy scenariusz zmieniał się podczas kręcenia zdjęć?

Niewiele. Pisałyśmy go z Esther przez dwa lata. Na początku nie wiedziałyśmy dokładnie, na co się porywamy, popełniłyśmy kilka błędów. Wymyśliłyśmy np., że Rebecka pochodzi z biednej, dysfunkcyjnej rodziny. W pewnym momencie uświadomiłyśmy sobie, że nie tędy droga. Że depresja poporodowa dotyka kobiet pochodzące z różnych środowisk. I że to może zdarzyć się każdej z nas. Musiałyśmy odrzucić stereotypowe myślenie. Spotkałyśmy np. panią ginekolog, która też cierpiała na depresję poporodową. O swoich przeżyciach związanych z tą chorobą opowiadały nam prawniczki, artystki. Postanowiłyśmy wtedy z Estherą, że napiszemy scenariusz o kobiecie takiej, jak my – silnej, niezależnej, wykształconej, która jest w pełnym miłości związku i ma dobrą, wyrozumiałą matkę. Chciałyśmy, żeby widzowie zrozumieli, że ta choroba może dotknąć nawet bardzo silną kobietę.
„Obcy we mnie” reż. Emily Atef (fot. Vivarto)
„Obcy we mnie” reż. Emily Atef (fot. Vivarto)
W „Drodze Molly” bohaterką była też ciężarna kobieta. To zbieg okoliczności?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, dopóki nie uświadomili mi tego dziennikarze. Molly i Rebecka są jednak różne.

Może chodzi o poszukiwanie siebie, budowanie rodziny?

Ciąża zmusza Molly do podróży. Musi pojechać do Polski, żeby odnaleźć ojca swego dziecka i wziąć z nim ślub. Wychowana w tradycyjnej, katolickiej irlandzkiej rodzinie dziewczyna jest przekonana, że musi koniecznie wyjść za mąż. Podróżując po Śląsku Molly spotyka różnych ludzi i zaczyna rozumieć siebie. Zmienia się. Tak, myślę, że bardzo interesują mnie sprawy związane rodziną i różne aspekty kobiecości. Molly i Rebecka pochodzą z różnych krajów i środowisk, łączy je poszukiwanie w sobie istoty kobiecości. Nie zapominajmy jednak, że Rebecka jest chora i musi się leczyć.

Czytałam, że postanowiła Pani nakręcić swój debiut fabularny w Polsce, dlatego że jest Pani wielbicielką filmów Krzysztofa Kieślowskiego.

Bardzo cenię jego filmy. Pamięta pani „Amatora”? Fantastyczny film. Niedawno uświadomiłam sobie, że żona głównego bohatera mogła mieć depresję poporodową. Ale to tak na marginesie. W tym filmie jest tyle prawdy i niezwykłych emocji. Fascynują mnie zdjęcia w filmach Kieślowskiego. Niezwykłym było dla mnie odkrywanie Polski, widzianej jego oczami.

Przyjechała Pani do Polski, mając już w wyobraźni jej obraz. Czy pokrywał się z rzeczywistością, którą Pani tu zastała?

W pewnym sensie tak. Zanim tu przyjechałam, znałam wielu Polaków. Gdy jechałam pociągiem z Berlina do Polski, zaczęłam odczuwać pewien szczególny rodzaj szczęścia. Bardzo podobały mi się małe miasteczka, sklepiki, kolor nieba i pól. Gdybym miała mieszkać w Polsce, wybrałabym Wrocław. Bardzo piękne miasto.

I co najważniejsze, Pani mąż jest Polakiem.

Poznaliśmy się, gdy pracowałam nad filmem „Droga Molly”. Mam więc polską rodzinę i wielu polskich przyjaciół. I wiem, że gdy będziemy mieli dziecko, to będzie mówiło po polsku. Wtedy i ja się nauczę polskiego.
Pracuje Pani nad jakimś nowym projektem?

Tak. Zdjęcia rozpoczną się albo jeszcze tego lata, albo wiosną przyszłego roku. To będzie film drogi, będziemy kręcić w plenerach, pogoda musi więc być ładna. Będziemy jechać przez całe Niemcy i Francję, aż do Marsylii. Film ma nosić tytuł „Kill Me” (Zabij mnie). Nie będzie tak realistyczny jak „Obcy we mnie”. To opowieść o bardzo młodej dziewczynie, która chce umrzeć. Straciła brata, który był najważniejszą osobą w jej życiu. Choć bardzo pragnie śmieci, nie jest jednak w stanie popełnić samobójstwa. Na farmie rodziców znajduje uciekiniera z więzienia. Wie, że wszyscy go szukają. I idzie z nim na układ. Nie wyda go i pomoże mu w ucieczce, jeśli on ją zabije. On się zgadza, choć jest przekonany, że spotkał wariatkę, ale bardzo potrzebuje jej pomocy. Okazuje się, że ci ludzie bardzo siebie potrzebują, choć praktycznie wszystko ich dzieli. W czasie podróży, w którą razem wyruszają, nawiązuje się między nimi szczególna przyjaźń. To będzie film bardzo emocjonalny, znowu zaufam obrazom, nie słowom.

I w „Drodze Molly” i w „Obcym we mnie” widać Pani fascynację dokumentem.

Chodzi mi o to, by film był jak najbliżej życia. Choć jako widz bardzo lubię czarne komedie braci Cohen lub kino Davida Lyncha.

Często i chętnie spotyka się Pani z widzami. Dlaczego ich opinia jest tak ważna?

To dla nich robię filmy. Bardzo cenię sobie ich zdanie. Oczywiście nikt chyba nie przekona mnie, żebym nakręciła film w stylu Jamesa Bonda. Niesamowitym przeżyciem jest dla mnie, gdy okazuje się, że mój film pomaga coś zrozumieć, że dzięki niemu ludzie się zmieniają. Zdarzało się, że po projekcji „Obcego we mnie” przychodzili do mnie mężczyźni i dziękowali mi, bo zrozumieli, co przeżywają ich żony.

Rozmawiała Beata Zatońska

Emily Atef urodziła się w Berlinie w 1973 roku w rodzinie francusko-irańskiej. Kiedy miała siedem lat, pojechała z rodzicami do Los Angeles, a w wieku lat trzynastu wróciła z nimi do Europy, tym razem do Francji. Po kilku latach. Emily Aref w 2001 roku rozpoczęła studia w Deutschen Film und Fernsehakademie w Berlinie. W 2002 roku zrealizowała film krótkometrażowy „XX to XY. Fighting to be Jake” – o kobiecie zmieniającej płeć, za który otrzymała nagrodę dla najlepszego filmu krótkometrażowego na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Gejów i Lesbijek w Filadelfii. Rok później drugi film Emily Atef – Sundays – został nagrodzony na Lucca Short Film Festiwal. Jej pełnometrażowy debiut „Droga Molly” był pokazywany i nagradzany na festiwalach filmowych na całym świecie.

Na forum

Czy według Was należy wznowić działania komisji badającej przyczyny katastrofy...
Polecamy
 
 
Zobacz inne serwisy tvp.pl: