Strona główna » Opinie » Wywiady
Eryk Lubos

Mam patent na niegrzeczność

Autor: Beata Zatońska
  • A
  • A
  • A
11:42
30.01.2010
W każdym środowisku jest lans. Mnie to nie interesuje, ani w aktorstwie, ani w boksie. Chodzi o to, żeby zasuwać – mówi w rozmowie z portalem tvp.info Eryk Lubos, który zagrał rolę Igora w filmie Marcina Wrony „Moja krew”. Aktor jest laureatem ubiegłorocznej Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego.
Eryk Lubos (fot. TVP)
Eryk Lubos (fot. TVP)
Od jak dawna trenuje pan boks? W „Mojej krwi” zagrał Pan pięściarza, Igora.

Aktorzy mówią czasem o trzech, czterech miesiącach treningu pięściarskiego przed filmem. Zapewniam panią, że nie da się nauczyć odruchów pięściarskich ani przez pół roku, ani przez rok. Robert De Niro opowiadał, że zanim wszedł na plan filmu „Wściekły byk”, trenował pół roku, ale przypuszczam, że pracował co najmniej 10 godzin dziennie. Jest wyjątkowy, dlatego mu się udało. Pięściarstwo trenuję od czasów studenckich.

Reżyser Marcin Wrona zaproponował Panu rolę bez castingu?

Był normalny casting. Miałem kilku kontrkandydatów. Potem dowiedziałem się, że Marcin obserwował mnie, przychodził do tego klubu, w którym teraz rozmawiamy. Strasznie mnie tym zaskoczył, że postanowił na własnej skórze przekonać się, co to jest boks. Stwierdził, że musi umorusać się we własnym pocie, zanim zacznie kręcić film.

Igor to „trudny człowiek”. Marcin Wrona dał Panu wolną rękę w pracy nad tą postacią, czy pracował razem z Panem?

Marcin był bardzo dobrze przygotowany do swojego debiutu reżyserskiego. Najpierw pisał scenariusz, potem planował produkcję. Od castingu i tzw. zdjęć uciekających na Stadionie X-lecie do zasadniczej pracy na planie minęło 1,5 roku. Marcin katował nas przez ten cały czas.

Katował?

Przez pół roku przed wejściem na plan robiliśmy próby, a rozmawialiśmy około 1.5 roku, dokopywaliśmy się do prawdy. Niezła harówka. Czy Marcin krzyczał? Nie, często mówił szeptem, ale bardzo, bardzo dobitnie. Przez pewien czas nałożyły mi się zdjęcia uciekające (ze względu na sytuacje zamykania jarmarku na stadionie 10-lecia) do „Mojej krwi” i „Boiska bezdomnych” Kasi Adamik. Schodziłem z planu „Boiska…” o 5 rano, godzinę drzemałem na fotelu charakteryzatorki, od 6 do 12 pracowałem nad „Moją krwią”, potem około 4 godzin snu i znowu na nocny plan „Boiska” (też na stadionie). Byłem jak w transie.

Igor jest rozedrgany, ma nerwy na wierzchu, gra go Pan bardzo ekspresyjnie. Czy można uogólnić, że pięściarze są bardzo emocjonalni?

Światek pięściarski jest jak każda inna branża, pełen różnych ludzi. Nerwowych i spokojnych. Nakręciliśmy z Marcinem tyle materiału, że można byłoby zrobić z tego trzy filmy – w każdym Igor jest trochę inny. Ostateczna wersja jest wynikiem montażowych decyzji Marcina. Cały czas rozpracowywaliśmy psychikę Igora. W ciągu dnia kręciliśmy dwie, trzy sceny, zwykle kręci się ich około sześciu. Zastanawialiśmy się, który wariant wybrać. Kiedy robiliśmy bardzo dla mnie trudną scenę, Marcin mnie podpuszczał i podkręcał. Nawet nie wiedziałem, kiedy była włączona kamera.
Eryk Lubos z Nagrodą im. Cybulskiego (fot. PAP/Tomasz Gzell)
Eryk Lubos z Nagrodą im. Cybulskiego (fot. PAP/Tomasz Gzell)
Trenera w „Mojej krwi” zagrał legendarny polski zawodnik, Marek Piotrowski. On znalazł się w życiu w podobnej sytuacji jak Igor. Zmagał się z ciężką chorobą. Proszę opowiedzieć o tym spotkaniu.

Dobrze, że pani pyta o Marka. Marcin powiedział publicznie, że się w nim zakochałem, duże słowo, ale jest w tym ziarno prawdy. Marcin Wrona długo szukał aktora, który zagra trenera. Nie wychodziło. Oglądaliśmy wtedy dużo różnych filmów. Ogromne wrażenie zrobił na nas duński dokument o umieraniu i „Wojownik” Jacka Bławuta o Marku Piotrowskim. Marcinowi udało się dotrzeć do Marka, dużo rozmawiali. To był największy wojownik w naszym kraju. Jego historia jest porażająca. Osiągnął sukces w Polsce, potem z walizeczką pojechał do USA. Tam w ciągu roku zdobył mistrzostwo, rozbił bank z tytułami i zapłacił za to wysoką cenę. To wielki, otwarty człowiek. W swoim klubie w małej salce pracuje teraz m.in. z chłopakami z osiedla. Marek bardzo przeżył pracę nad „Moją krwią”. Okazało się, że w scenariuszu jest wiele punktów zbieżnych z jego życiorysem. To nie było zaplanowane, tak wyszło. Marek zagrał w filmie, ale nie chciał reżyserować walk. Na początku trochę obawiał się, że zostanie wykorzystany jako „naklejka reklamowa” do filmu. Tak w ogóle, to „Moja krew” tak naprawdę nie jest o boksie.

A o czym jest ten film?

O miłości. To taki pokręcony romans.

Jest więc kobieta…

Filmowa Yen Ha dopiero będzie kobietą. Na razie jest dziewczyną, dziewczątkiem właściwie. Dojrzewa przy Igorze.

Pana partnerka w filmie jest Wietnamką. Mówiła po polsku? Jak się z nią pracowało?

Luu De Ly nie znała wcale polskiego. Tekstów uczyła się fonetycznie. Nasze spotkanie zaczęło się od skandalu. Zerwałem próbę i wyszedłem. Ona miała wtedy 16 lat, pierwszy raz wyjechała z Wietnamu. Widziała siebie w roli księżniczki z bajki u boku polskiego amanta. Na zdjęciach próbnych pojawił się ktoś taki jak ja – zarośnięty i rudy. Trochę się załamała. Gdy zaczęliśmy próbę czytaną, stwierdziła, że niewyraźnie mówię po polsku. Tak zadziałał jej system obronny. Marcin miał jednak rację, wybierając właśnie ją. Szukał aktorek w Wietnamie. Opowiadał, że kiedy weszła do sali, wiedział, że to ona zagra Yen Ha. W końcu polubiliśmy się z Luu De Ly. Pomagałem jej. Wiedziała, że nic jej z moje strony nie grozi. Porozumienie było bardzo ważne, bo mieliśmy kilka trudnych scen do zagrania, m.in. sceny erotyczne.

Wróćmy do Pana pięściarskiej pasji. Dlaczego student szkoły aktorskiej postanawia uprawiać właśnie taki sport?

Poszedłem na trening, żeby nie myśleć, że jestem artystą, żeby mi się w głowie nie poprzewracało. Wcześniej matka chroniła mnie przed sportami ekstremalnymi. Wiedziała, że pójdę na całość. Często mi powtarza, „pamiętaj, głowa jest tylko jedna”. Zainspirował mnie Meyerhold, pisałem o nim pracę dyplomową. On kazał swoim aktorom trenować różne dyscypliny, bardzo cenił boks. Połknąłem bakcyla, bo boks wciąga jak narkotyk.
Powiedział Pan, że zaczął trenować boks, żeby nie czuć się artystą. Co jest złego w tym poczuciu?

Tadeusz Łomnicki pracował tylko ze studentami I roku szkoły aktorskiej. Twierdził, że z II rokiem, czyli artystami, już się nie może dogadać. Szkoły teatralne są specyficzne, artyzm uderza do głów. Tymczasem jest takie rosyjskie powiedzenia, że „szkoły uczą tego, czego nie należy używać po szkole”. Na IV r. zagrałem w dwóch dyplomowych przedstawieniach – Omnimora w „Igraszkach z diabłem” Drdy i ojca Laurentego w „Romeo i Julii” Szekspira. Dostałem dwa celujące. Profesor Józef Kelera, który był wtedy kierownikiem literackim wrocławskiego Teatru Współczesnego, powiedział mi, że jeśli nie pójdę pracować do teatru, to zginę. Posłuchałem go. Ale wcześniej poszedłem do Gwardii Wrocław. Żeby nie tracić czasu na głupoty, imprezy, itp. Rozmawiałem z trenerem Leszkiem Strasburgerem. Nigdy by pani nie powiedziała, że to pięściarz. Elegancki, świetnie ubrany, bardzo kulturalny pan. Pytał, kim jestem i czy naprawdę chcę boksować. Potem posadził mnie na krześle w sali treningowej i kazał patrzeć na ćwiczących chłopaków. Zrozumiałem, że nie wolno gadać, trzeba pracować. Wziąłem się za siebie i już po dwóch latach nie musiałem się wstydzić. Boks to nie są żarty.

Rzadko kiedy walki pięściarskie wyglądają jak żart.

Ssaki są tak skonstruowane, że uczą się przez zabawę. To dotyczy także walki. Na Kubie boks trenują już sześcioletnie dzieci, u nas 12-latkowie. Zabawa przeistacza się w pewnym momencie w bardzo poważny trening. Na pierwszy plan wysuwa się szacunek dla przeciwnika, dla ciężkiej pracy. I sportowa rycerskość, świadomość, że nie sztuka wygrać z gorszym.

Czyste współzawodnictwo?

Tak powinno być. Ale w każdym środowisku jest lans. Mnie to nie interesuje, ani w aktorstwie, ani w boksie. Nie chodzi o to, żeby się udzielać, fotografować, błyszczeć w świetle fleszy. Chodzi o to, żeby zasuwać. Z boksem dobrze mi szło, miałem nawet wejść do zespołu Gwardii Wrocław. Ale mój drugi trener, Zygmunt Gosiewski, obejrzał w teatrze „Historię Jakuba” Piotra Cieplaka. Mówiłem tam 26-minutowy monolog z „Księgi Eklezjasty”. Potem powiedział, że nie dla mnie zawodowstwo, że moje miejsce jest w teatrze.

Po studiach posłuchał Pan teatralnej rady profesora Kelery?

Można powiedzieć, że teatr mnie wziął. We Współczesnym przyjął mnie dyrektor Zbigniew Lesień. Po pół roku przyszła Krystyna Meissner i zaczęła wymieniać zespół. Ja zostałem, bo reżyserzy upierali się przy mnie i mówili, że „na mnie się patrzy”.
„Moja krew” (fot. Hagi)
„Moja krew” (fot. Hagi)
„Wziął pana teatr”? Idąc do szkoły teatralnej myślał pan raczej o filmie? Jak Pan sobie to wyobrażał?

Teatr jest spełnieniem marzeń. Przed szkołą raczej sobie nie wyobrażałem, co będzie po. Szkoła wrocławska jest trochę na uboczu. Wytwórnia filmowa we Wrocławiu padła. Skupiłem się na teatrze. Cały czas pracowałem. Rano próba, wieczorem spektakl. Przez siedem lat w Teatrze Współczesnym zagrałem 23 role. Tam tak naprawdę nauczyłem się, co to znaczy być aktorem. Spotkałem też ważnych ludzi, m.in. Piotra Cieplaka.

Film był przez pewien czas na marginesie?

Nie chodziłem, nie prosiłem. Czasem dostałem jakąś rolę w serialu np. u Macieja Dejczera. Moja ówczesna dyrektor, Krystyna Meissner nie godziła się na to, by aktorzy grali w filmach i burzyli grafik. Ale w moim życiu teatralnym działo się coraz więcej. Zagrałem gościnnie główną rolę w „Wojnie polsko-ruskiej” w Gdańsku. Na casting zaprosił mnie Maciej Nowak, który widział monolog Eklezjasty. Pojechałem i wygrałem w cuglach. Grałem w teatrze w Legnicy u Przemysława Wojcieszka. W „Made in Poland” zobaczył mnie Grzegorz Jarzyna i od 2005 r. jestem w zespole TR w Warszawie. Zacząłem też dostawać interesujące role filmowe.

Programowo nie gra Pan w serialach?

Nie proponują mi na szczęście. Ireneusz Guszpit powiedział mi kiedyś: „Eryk, ty masz patent na niegrzeczność”. Telewizja jest grzeczna z założenia.

Seriale lubią sformatowanych.

Ja jestem nieformatowany. Telewizja chce się podobać, więc z moim patentem na niegrzeczność tam nie pasuję. Jeszcze mnie stać na, żeby robić swoje. Medialny szum łamie osobowość. Pojawia się zazdrość. Dokopywanie każdemu, komu coś się udało.

Może nie wszyscy potrzebują sztuki? Są tacy, którzy wolą plotkować.

Nieprawda. Ludzie szukają prawdziwych emocji, silnych wzruszeń. Świadczy o tym m.in. to, co dzieje się wokół filmu „Dom zły” Wojtka Smarzowskiego

Popularność i wystawianie się na osąd są wpisane w życie aktora, prawda? Potem pojawiają się nagrody. One też przysparzają popularności. Został Pan niedawno laureatem nagrody im. Zbyszka Cybulskiego.

Nie wystawiam się na osąd. Interesuje mnie praca. Nagrody to co innego. Przyznają je zawodowcy za to, co się zrobiło. Nagroda im. Zbyszka Cybulskiego to wielki zaszczyt i drogowskaz. To tak, jakby mówili mi: „chłopie, idziesz w dobrą stronę”. Ogromnie ucieszyła mnie też nagroda na festiwalu w Gdyni za rolę Indora w „Boisku bezdomnych” Kasi Adamik. To była pierwsza większa rola, jaką dostałem, z linią dramaturgiczną przeprowadzoną przez cały film. Jestem wdzięczny losowi, branży, kapitule przyznającej nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. Przede wszystkim moim bliskim – mojej kobiecie, mojej matce. Kiedy wchodzę w rolę, trudno ze mną wytrzymać. Nagrody pozwalają mi powiedzieć: przepraszam, że tak się zachowuję, że bywam nerwowy, nieodpowiedzialny, wybuchowy i kłótliwy.
„Moja krew” (fot. Hagi)
„Moja krew” (fot. Hagi)
Coś w rodzaju namaszczenia?

Dobre, choć wielkie słowo. Ja to odczuwam jako zaproszenie do zespołu, który ma przed sobą wielkie zadania. Mój zawód to moja pasja – brzmi banalnie, ale tak jest. Wiem, o co warto się bić. Choć koszty są ogromne. Na szczytach panuje cisza. I samotność.

Dlaczego warto się bić?

Momentu oddania roli, tego „przecięcia pępowiny”, nie da się porównać z niczym. Stan przedzawałowy. Kiedy prowadzę rolę, kiedy budujemy spektakl, powstaje niesamowita energia. Bierzemy ją też od widzów. Czujemy, czy oni w to wchodzą, czy nie. Do TR w Warszawie przychodzi publiczność, która „niesie na skrzydłach”. W szkole aktorskiej często nie zgadzałem się z profesorami, których nigdy nie widziałem na scenie, a którzy mówili mi, jak mam grać. Wierzę w instynkt. Jeżeli reżyser wie, dokąd prowadzi, ślepo mu wierzę. W aktorstwie, jak w pięściarstwie, trzeba złamać swój strach, odkrywać się na nowo. Marcello Mastroianni nie miał zawrotnie wysokiego IQ, ale grał genialnie.
„Moja krew” (fot. Hagi)
„Moja krew” (fot. Hagi)
Czego Pan szuka w filmowych scenariuszach?

Dreszczy, zderzenia z czymś nienazwany, co prostuje kręgosłup i przychodzi potem we śnie. Kiedyś zdarzył się cud i dostałem jednocześnie trzy niesamowite scenariusze: „Moją krew”, „Wojnę polsko-ruską” i „Afonię i pszczoły”. Moim udziałem jest taka dziwna podroż zawodowa – trochę bocznymi drogami, tylnymi drzwiami. Najważniejsi są jednak ludzie, których spotykam – Piotr Cieplak, Grzegorz Jarzyna, Jan Jakub Kolski, Marcin Wrona, Wojtek Smarzowski, Kasia Adamik.

Jest Pan konsekwentny?

Nie chcę osiąść na laurach, dać się zepsuć przez łatwy pieniądz. To już nie są żarty. Dojrzałem, mam 35 lat i mnóstwo energii. Chcę wyjść z szufladki z napisem „dresiarz idealny”. Nadszedł czas, żeby reżyserzy filmowi zaczęli mnie poważnie traktować. Żeby mój filmowy wizerunek ewoluował dzięki temu, jak pani powiedziała, namaszczeniu przez Nagrodę im. Cybulskiego. Kolej na następne wyzwania. Świetnie np. wyglądam w garniturze, tak samo jak Bruce Willis. I jestem od niego wyższy, mam 182 cm wzrostu. Producenci filmowi powinni zacząć myśleć po rosyjsku.

Zabrzmiało tajemniczo. Proszę wytłumaczyć.

W Rosji amantów grają kurduple, zgodnie z zasadą, że kontrasty najbardziej przyciągają uwagę. U nas ładni od początku mają łatwiej, nie muszą się wysilać. Ja muszę dawać z siebie dwa razy więcej. Poweru mam mnóstwo i zawsze podwyższoną temperaturę, 37 stopni. Jak mała elektrownia. Tak ma być. Aktor to energia i emocje; reżyser to myśl.

Dziękuję za rozmowę

Eryk Lubos w 2009 r. dostał Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego dla najlepszego aktora młodego pokolenia. W 2008 roku został uhonorowany nagrodą za drugoplanową rolę męską w filmie "Boisko bezdomnych" na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Eryk Lubos jest ponadto laureatem wielu nagród teatralnych. Można go oglądać w TR w Warszawie.

Wcielił się w sędziego bokserskiego w dramacie „Z odzysku” (2005) Sławomira Fabickiego. Zagrał małomiasteczkowego mafioso w filmie „Przebacz” (2006) Marka Stacharskiego. W 2007 roku pojawiał się na drugim planie m.in. w filmach „Ryś” Stanisława Tyma, „Środa czwartek rano” Grzegorza Packa, „Wszystko będzie dobrze” Tomasza Wiszniewskiego. W ub.r. widzieliśmy go w „Domu złym” Wojtka Smarzowskiego i filmie „Janosik. Historia prawdziwa” Kasi Adamik i Agnieszki Holland jako Gabora.
Polecamy
 
 
Zobacz inne serwisy tvp.pl: