Pojęcie kariery jest dość osobliwe i względne. Czas podsumowań może przyjść dopiero wtedy, gdy przyjdzie się rozstać z instrumentem, czy możliwością pisania
muzyki. Teraz zbyt dużo się dzieje. – powiedział w rozmowie z portalem tvp.info wirtuoz gitary klasycznej, muzyk jazzowy, kompozytor wielu przebojowych piosenek Janusz Strobel
Został Pan właśnie laureatem Nagrody Miasta Stołecznego Warszawy. Miłe
uczucie?
Tak, miło, że tak skromną osobą jak ja się zainteresowano.
Z tą skromną osobą Pan trochę zbyt skromnie przesadza.
Nie uczestniczę w bankietach, nie lansuję się. Dużo czasu spędzam w
domu, w mojej pracowni, skromne życie.
Jest Pan wirtuozem gitary klasycznej, jednym z najlepszych, jeśli nie
najlepszym w Polsce.
Nie ma najlepszych w tym zawodzie. Pierwszym można być w sporcie, bić
rekordy. Muzyka to sposób oddziaływania na innych. Nawet nie wiem, co to
znaczy grać coraz lepiej. Pisząc muzykę, grając koncerty, realizuję
swój program artystyczny. On wypełnia się kropelka po kropelce przez
całe moje życie.
Da się streścić w kilku słowach założenia tego planu?
Jestem wierny muzyce, którą wybrałem. Nie ulegam modom ani trendom.
W 2005 r. wydał Pan płytę pt. "Wierny sobie".
Tak, konsekwentnie robię to, co jest bliskie mojej konstrukcji
psychicznej, mojej wrażliwości. To nazywam planem. Pojęcie kariery jest
dość osobliwe i względne. Czas podsumowań może przyjść dopiero wtedy,
gdy przyjdzie się rozstać z instrumentem, czy możliwością pisania
muzyki. Teraz zbyt dużo się dzieje.
Jest Pan autorem wielu piosenek, które Polacy sobie nucą. Kiedy szłam na
spotkanie z Panem przypomniała mi się piosenka z Pana muzyką, śpiewana
przez Hannę Banaszak "W moim magicznym domu".
Sporo piosenek napisałem, to prawda. Namówiła mnie do tego na początku
lat 70. Łucja Prus. Mieszkaliśmy wtedy po sąsiedzku na warszawskim
Zaciszu – ja, Jasio Wołek, Halinka Frąckowiak, Ala Majewska.
Zacząłem współpracować z Jasiem Wołkiem, komponowałem muzykę do jego
tekstów. Potem pracowałem z Jonaszem Koftą. Teraz nagrałem płytę m.in. z
piosenkami Jonasza. Ukaże się prawdopodobnie w październiku.
Z Anną Stankiewicz, z którą ostatnio Pan koncertuje? Jak się państwo
artystycznie spotkali?
Pierwszy raz na warsztatach wokalno-muzycznych dla młodzieży, gdzie
byłem wykładowcą . Prowadziliśmy je z Elą Zapendowską m.in. na Famie w
Świnoujściu, w domu kultury we Włocławku. To było 12, 13 lat temu. Ania
była uczestniczką, bardzo zdolną, jednego z takich kursów.
Postanowiliśmy się zająć jej możliwościami wokalnymi. Zorganizowałem
m.in. serię koncertów z Włodzimierzem Nahornym i Andrzejem Jagodzińskim.
Na płycie, na której Anna śpiewa, będą też piosenki z tekstami Jasia
Wołka. Napisałem kilka nowych utworów.
Czy są piosenki, do których ma Pan większy sentyment niż do innych?
Lubię pisać do tekstów Jana Wołka. Lubiłem pisać piosenki z Jonaszem
Koftą. Te spotkania miały bardzo serdeczny, towarzyski charakter.
Wszystko działo się spontanicznie. Nikt już nie pisze takich piosenek.
Zbyt małe znaczenie ma teraz tekst. Nie chcę nikogo urazić, ale czas
poważnego traktowania piosenki minął. Kiedyś nad jednym utworem
pracowały cztery osoby – kompozytor, autor tekstu, aranżer i
wykonawca. Teraz najczęściej te funkcję łączy jedna osoba. Może winny
jest nasz ulubiony sport, czyli pogoń za srebrnikami.
Tekst jest taki ważny?
Piosenka to mała forma literacka z muzyką. Jest jedną z najtrudniejszych
i najpiękniejszych form artystycznych. Ostatnio zaczęto rozmieniać ją na drobne, wpychać do
różnych szufladek z nazwami: piosenka literacka, aktorska, turystyczna,
wojskowa, itp. Piosenka przez kilka minut opowiada historię, powinna
silnie wpływać na człowieka. Leczyć, pomagać mu żyć. Dlatego trzeba
piosenki traktować poważnie, profesjonalnie. Nawet te lekkie, z pozoru
nieskomplikowane, mogą mieć ogromną wartość.
Pisze Pan muzykę do gotowych tekstów?
Tylko tak. Nawet Wojtka Młynarskiego udało mi się namówić, żeby najpierw
napisał dla mnie tekst, choć on bardzo tego nie lubi. Tekst otwiera mi
klimat piosenki. Pasjonuje mnie tez pisanie muzyki do spektakli
poetycko-muzycznych. Zaczęło się to, gdy nawiązałem współpracę z
Krzysztofem Kolbergerem. Zaprosił mnie do współtworzenia monodramu
"Karki z podroży", na który składały się teksty i wiersze inspirowane
kultura śródziemnomorską, takich autorów, jak: Goethe, Iwaszkiewicz,
Eliot, Norwid, Słowacki i Mickiewicz. Długo na tym siedzieliśmy. Muzyka,
którą napisałem, zmieniała się zależnie od tego, z jakiej epoki był
wiersz, jak Krzysztof go interpretował. Potem przygotowaliśmy płytę z
polską i rosyjską poezją miłosną. Pracowałem nad tym, by muzyka nie była
tylko tłem, ilustracją. Chciałem, by była elementem oddziaływującym na
słuchacza na równi z wierszem.
To było zupełnie nowe doświadczenie?
Praca nad płytą "Strofy dla ciebie", na której Krzysztof Kolberger i
Anna Romanowska mówili wiersze miłosne, zaowocowała powstaniem szeregu
fantastycznych konstrukcji muzycznych. Stworzyliśmy utwór
słowno-muzyczny, w którym muzyka ma funkcję podobną do muzyki filmowej,
z leitmotivem. Płyta tak się spodobała, że powstał spektakl estradowy.
Potem dostałem propozycję napisania muzyki do wczesnych wierszy Karola
Wojtyły. Musieliśmy wtedy nawiązać kontakt z papieżem Janem Pawłem II,
by dostać zgodę na wykorzystanie jego utworów. Korespondowaliśmy za
pośrednictwem władz kościelnych. Uprzedziłem Ojca Świętego, że nie jest
moim zamiarem napisanie muzyki sakralnej. Gdy przeczytałem wybrane już
utwory, byłem zaskoczony, jak głębokie, filozoficzne teksty pisał młody
18-, 19-letni Karol Wojtyła, i jak konsekwentnie wiele z zawartych tam
idei rozwijał przez całe swoje życie. Długo zastanawiałem się nad
konwencją. Nie chciałem napisać niczego, co przypominałoby piosenki.
Poprosiłem, by Joasia Szczepkowska, Krzysztof Kolberger i Jerzy Trela
przeczytali mi wiersze. Posłuchałem ich interpretacji i dopiero zacząłem
pisać muzykę. Właściwie to ona rodziła się podczas kolejnych prób,
spotkań, rozmów i konsultacji. Do nagrywania płyty "Wielka Pani"
zaprosiłem m.in. klasyczny kwartet smyczkowy " Kamrata" oraz muzyków
jazowych. Zależało mi na tym, by muzyka była pomostem między poezją a
słuchaczem. Nie chciałem też, by zeszła na drugi plan. Miała być
równorzędnym partnerem poezji.
Papież słuchał tej płyty?
Podobała mu się. Przysłał list z podziękowaniami. Poczułem się
doceniony. Równolegle z płytą powstał spektakl. Zagraliśmy go ponad 100
razy w bazylikach i katedrach w Polsce, i dwa razy we Lwowie.
Wystąpiliśmy też w pierwszą rocznicę śmierci Jana Pawła II w kościele
świętej Anny w Warszawie. Przyszły tłumy. Potem zaprosił nas z "Wielką
Panią" biskup Stanisław Dziwisz na swój ingres w Krakowie. Koncert odbył
się na dziedzińcu Wawelu. Było kilka tysięcy ludzi. Naprawdę niezwykła
atmosfera.
Nie kusiła Pana nigdy muzyka filmowa?
Świat filmu jest dość specyficzny i chyba nie ma tam dla mnie miejsca,
bo jestem "artystą bez łokci". Napisałem muzykę do trzech, czy czterech
filmów. Nie dali mi się za bardzo symfonicznie rozwinąć ze względu na
koszty. Nie ciągnie mnie do tego. To nie mój świat, a reżyserzy nie
zawsze traktują muzykę poważnie.
W szkole muzycznej grał Pan na skrzypcach, gitara nie pojawiła się od
razu.
Gitara była w szkołach muzycznych w Polsce instrumentem wyklętym, nie
było klasy gitary. Mój ojciec był skrzypkiem. Ten instrument został mi
przypisany. Nawet lubiłem skrzypce, ale miałem pecha, albo szczęście, bo
miałem lekcje zaraz po Andrzeju Kulce. Słuchanie, jak gra, wyleczyło
mnie z marzeń o skrzypcach. Andrzej od początku był genialny. Mój
nauczyciel też specjalnie się nie upierał, żebym został skrzypkiem.
Gitara to ciekawy instrument, smutny. Uchodzi za instrument plebejski,
ale ma mnóstwo możliwości. Niesie wiele nostalgicznych klimatów. W ogóle
uważam, że muzyka nie jest wesoła. Jeśli rozśmiesza, to znaczy, że jest
użytkowa, i nie ma wiele wspólnego ze sztuką.
Dlaczego wybrał Pan tę plebejską gitarę?
Jest wymagająca i piękna. Była może trochę po macoszemu traktowana przez
kompozytorów, bo jest instrumentem cichym. Dlatego pisali na skrzypce,
wiolonczele i fortepiany. Ale to nie znaczy, że gitary nie cenili. Na
przykład Paganini bardzo lubił gitarę, często na niej grywał i pisał
utwory specjalnie na gitarę. Jako młody człowiek trafiłem do zespołu, który działał przy konsulacie Brazylii w Sopocie. Brakowało im gitarzysty. Dostałem się wtedy w szpony
brazylijskiej muzyki, gdzie gitara klasyczna odgrywa ogromną rolę i
doceniłem ją.
Ważne miejsce w Pana życiu muzycznym zajmuje jazz.
Pochodzę z Wybrzeża, z Gdańska, tam było silne środowisko jazzowe. Mój
starszy brat był kontrabasistą jazzowym i on mnie wciągnął w te klimaty.
Pierwsza połowa lat 60. to była złota era swingu. Jazz był muzyką
wolności, ludzie się przy nim świetnie bawili.
Teraz jazz ma charakter bardziej elitarny?
Zdecydowanie tak. Wtedy grało się jazz do tańca. Powstawało mnóstwo
klubów. Ludzie garnęli się do muzyki. Niedawno dostałem wzruszającą
pamiątkę z tamtych czasów. Kolega, którego nie widziałem ok. 40 lat,
przysłał mi e-mailem plakat z Filharmonii Bałtyckiej, z 10 marca 1964 r.
Grałem wtedy koncert m.in. ze Zbyszkiem Namysłowskim w ramach programu
"Jazz w filharmonii". Na początku lat 70. założyłem z Henrykiem Alberem duet gitar klasycznych Alber-Strobel. Wystartowaliśmy mocno, wygrywając bardzo prestiżowy
festiwal "Jazz nad Odrą". Potem dużo nagrywaliśmy, koncertowaliśmy,
jeździliśmy po świecie. Po 12-13 latach nasze drogi artystyczne z
Henrykiem się rozeszły.
Tworzył Pan kolejne formacje jazzowe…
Dążyłem do tej najważniejszej, którą teraz mam, czyli Janusz Strobel
Trio. To, wg mnie, idealny skład instrumentalny i wielkie możliwości
przekazu – gitara klasyczna, kontrabas i perkusja. Działam na
bazie tria. Czasem dobudowuję orkiestrę. Nagrałem dwie nowe płyty z
triem, mam nadzieję, że niedługo się pojawią. Jest jeszcze jeden,
niedokończony projekt, z udziałem orkiestry, który trudno zrealizować
ze względu na związane z nim koszty.
Koncert, czy nagrania w studio?
Lubię jedno i drugie. Nagrania to tak jak praca malarza w atelier. Można
się zastanowić, zrobić przerwę, coś poprawić, zrobić od nowa. Koncert to
praca na żywo, to co się wydarzy, jest nieodwracalne. W studiu są teraz
niesamowite możliwości technologiczne, z dźwiękiem można zrobić
wszystko. Gdy słucham płyt, zastanawiam się np., dlaczego czegoś nie
poprawiono, zwracam uwagę na szczegóły techniczne. Nie słucham muzyki
dla samej muzyki, zawsze odbieram ją wielopłaszczyznowo. To jest
pewnego rodzaju skażenie zawodowe. Inaczej jest na koncertach – to
już wielka radość grania i słuchania.
Wspomniał Pan o pracy malarza. Kiedyś chciał Pan nim zostać. Zdawał Pan
na ASP. Tęskni Pan czasem za tym?
Zdarza się, że łza się w oku zakręci, gdy jestem zmęczony swoją pracą.
Ale tak naprawdę, to blejtram jest jeden, różne są tylko środki wyrazu.
Dla muzyki blejtramem jest cisza. Nawet nomenklatura jest ta sama
– i tu, i tu mówimy o barwie, kolorystyce, gamie. Chodzi o
umiejętność zagospodarowania określonej płaszczyzny i przekazanie tego,
co w człowieku drzemie. O wywołanie emocji u odbiorcy, o wzruszenie. To
jest istota sztuki.
Dziękuję za rozmowę.
Janusz Strobel – jeden z najwybitniejszych polskich wirtuozów gitary klasycznej. Skomponował wiele przebojów, które wykonywały największe gwiazdy polskiej piosenki m.in.: Ewa Bem, Hanna Banaszak, Ryszard Rynkowski, Irena Santor. Stworzył kilka formacji jazzowych, współpracując w nich z czołowymi polskimi muzykami jazzowymi. Równocześnie jednak nie zrezygnował z koncertów solowych, które dają mu możliwość wykonywania klasycznego repertuaru gitarowego.
W 1991 roku Janusz Strobel założył Trio. Jego autorska płyta „Janusz Strobel” nagrana z Triem w 1993 roku przez Miraphon Records została bardzo wysoko oceniona, uzyskując w swojej kategorii tytuł Albumu Roku. W 1999 roku Janusz Strobel skomponował muzyke do spektaklu poetycko-muzycznego „Strofy dla ciebie”. Całość ukazała się na płycie kompaktowej. W tym samym został wydany kolejny album z muzyką Janusza Strobla - tym razem były to młodzieńcze wiersze Karola Wojtyły „Wielka Pani”.