Strona główna » Opinie » Komentarze
Andrzej Tadeusz Kijowski

Przeciw paleniu bibliotek

  • A
  • A
  • A
11:32
30.01.2010
Ogłoszone 29 stycznia 2010 r. propozycje Planu Rozwoju i Konsolidacji Finansów na lata 2010–2011 nic dobrego nie wróżą. Szczególnie kulturze. A już z pewnością tej tradycyjnej. Tej związanej np. z czytelnictwem i bibliotekami. Nie bacząc na to jak „świetnie” radzi sobie ze światowym kryzysem (przynajmniej swoim własnym zdaniem) zarządzający Polską team liberałów zapowiedziano bezwzględne ograniczenie tzw. wydatków sztywnych. Dotyczy to także środków przeznaczonych na kulturę – w tym na rozwój bibliotek.
Dotychczas 8489 bibliotek publicznych, których liczba w skali kraju od 1990 roku spadła o 1780, otrzymywało 28,5 miliona złotych na zakup nowości, szczególnie lektur, encyklopedii i literatury popularno-naukowej. Ta dotacja pod koniec roku 2009 została nagle przez ministra Zdrojewskiego obcięta o 18,5 miliona złotych. Mała filia w podwarszawskim miasteczku mająca 450 czytelników odczuła to natychmiast. W miejsce 1000 zł otrzymano na zakup książek z MKiDN 400 zł. Na co to może starczyć? A przecież pod Warszawą samorząd niebiedny. Hojnie na zakup dołoży.

Jak podaje z-ca dyr. Biblioteki Narodowej i szefowa Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich pani Elżbieta Stefańczyk w przeciętnej bibliotece te ministerialne środki umożliwiały zakup 30 proc. nowości. Czy można liczyć na to, że samorząd coś doda? Szczególnie wobec uchylenia obowiązującego zakazu łączenia bibliotek z innymi instytucjami gminnymi? To łączenie właśnie pozbawiło kraj w ciągu 20 lat wolności (1989–2009) 1780 bibliotek, których budżety zostały przejęte przez biblioteki szkolne czy ośrodki kultury, a funkcje biblioteczne ograniczone do minimum.

Minister Zdrojewski raczy bibliotekarzy pięknymi słówkami, opowiada o pieniądzach, jakie z Unii popłyną na niektóre biblioteki prestiżowe. Twierdzi najpierw, że na rozwój infrastruktury bibliotecznej nie ma nic („Gazeta Wyborcza” 15.XII.2009), potem znalazł jakoby 5 milionów. Ale to tylko słowa. Nic na piśmie. A zresztą co to jest 5 milionów w skali kraju!? Bibliotekom odebrano z i tak groszowego wsparcia 18,5 miliona. I to są fakty.

Wystarczyło wszakże oświadczenie ministra o uchyleniu zakazu łączenia bibliotek, aby: samorządy ZACZĘŁY WSTRZYMYWAĆ PROCES ROZŁĄCZANIA TYCH BIBLIOTEK, KTÓRE ZOSTAŁY POŁĄCZONE WCZEŚNIEJ (w latach 1998–2001, kiedy zakaz łączenia nie obowiązywał). Samorządy zaczęły przygotowywać się do wcielenia bibliotek do innych lokalnych instytucji (powstają takie plany finansowe). Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich obawia się CHAOSU PRAWNEGO PO UCHYLENIU ZAKAZU ŁĄCZENIA BIBLIOTEK. Zapewnienia ministra (biblioteki będą mogły być łączone tylko po uzyskaniu pozytywnej opinii ministra kultury i dziedzictwa narodowego oraz Krajowej Rady Bibliotecznej) budzą raczej niepokój. Z opinią Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich zgadza się również profesor Jacek Wojciechowski, kierownik Katedry Bibliotekarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego: – Najważniejsze jest to, że biblioteka po przyłączeniu przestanie być instytucją kultury, a stanie się częścią instytucji kultury, działem, agendą. Interweniowanie w kwestii takiej „części instytucji” jest ingerencją w wewnętrzne sprawy tej instytucji. Ingerencją prawnie co najmniej wątpliwą.
Kodeks
Otwarte strony Kodeksu IV z Nag Hammadi (ze str. upload.wikimedia.org)
Możemy się spodziewać, że nagminne będą takie sytuacje: samorząd łączy bibliotekę z np. ośrodkiem kultury, który faktycznie pełni rolę dyskoteki. Książki zostają zamknięte w piwnicy, „dostępnej” dla czytelników np. przez dwie godziny w tygodniu. Nawet jeśli minister nie da na to swojej zgody, samorząd może zaskarżyć jego decyzję do sądu administracyjnego. Więcej: może nawet zaskarżyć ustawę pozwalającą ministrowi na ingerencje do Trybunału Konstytucyjnego! Spory będą trwać latami, a książki w piwnicy zgniją.

Zdaniem bibliotekarzy wniosek jest prosty: minister obiecuje rzeczy, których nie może spełnić – szczególnie przy tak wielkiej woli „cięcia kosztów”, jaką wykazują samorządy. A fakty są takie, że jak podkreśla Tomasz Piątek, autor podpisanego już przez ponad dwa tysiące osób http://www.otwartabiblioteka.pl/ listu protestującego przeciwko dalszej deprecjacji bibliotek:

„W roku 2008 (ostatnie kompleksowe badania) 62% Polaków podało, iż nie wzięło książki do ręki. To prawie dwie trzecie. Z danych Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich wynika, że spośród tych, co czytają, 40% nie stać na kupowanie – oni tylko wypożyczają. Czyli z całego zamku został nam jeden bastion – a teraz 4/10 tego bastionu Ministerstwo Kultury (!) chce wysadzić w powietrze. Neo -analfabetyzm oznacza powrót do kultury mówionej, oralnej – i rzeczywiście, w naszym życiu publicznym (i nie tylko) obserwujemy typowe cechy kultury przedpiśmiennej: – niezdolność do wyciągania logicznych wniosków z informacji słownej, – niezdolność do dotrzymywania słowa, – zanik pamięci długotrwałej i zbiorowej, ogólne poczucie „płynności wszystkiego. Społeczeństwo bez książki nie zbuduje ani autostrad, ani systemu emerytalnego, ani niczego – bo ludzie nie są w stanie wyciągać wniosków z informacji ani rozliczać się z danego słowa”.

W miejsce biblioteki „papierowej” ministerstwo obiecuje wyasygnować środki na tzw. digitalizację. To oczywiście potrzebna sprawa, choć pozostaje kwestią kto ma decydować, co i kiedy zostanie utrwalone dla przyszłych pokoleń. Na pewno nie może robić tego odgórnie jakiś orwellowski ministerialny twór czuwający nad tym, co ma ocaleć, a co trafić do „luki pamięci”. Nie wolno zapominać, że trwałość zapisów cyfrowych to dziś między 5 a 30 lat. Koszta powielania i straty z nim związane są niewyobrażalne. Książka zaś jest książką. Najstarsza w Muzeum Koptyjskim w Kairze zachowana ma 1600 lat. Książka jest sacrum śródziemnomorskiej cywilizacji. Biblioteka – kościołem. A tego, kto bibliotekę (jak to było w Aleksandrii) spalić pozwala – porównywać można co najwyżej z rzymskim najeźdźcą czy wandalem.

Andrzej Tadeusz Kijowski, teatrolog, krytyk literacki i teatralny, poeta i publicysta.

Polecamy
 
 
Zobacz inne serwisy tvp.pl: