Wiadomość została wysłana.
Samobójstwo czy zabójstwo któregokolwiek z listy 448, zwanej również listą Kwiatkowskiego, może uruchomić lawinę dymisji. Dlatego nie dziwi, że wreszcie ktoś wpadł na pomysł nie tylko, aby wyszukać takich osadzonych, ale i objąć ich szczególną ochroną.
Więźniowie szczególnej ochrony, bo tak roboczo nawyzywa się nowa kategoria osadzonych, mają być wyjątkowo monitorowani przez służbę więzienną. Nie dosyć, że ograniczy im się dostęp osób z zewnątrz, to jeszcze będą podlegali surowszym rygorom niż reszta osadzonych. Ich widzenia będą dozorowane, będą mieli ograniczony kontakt z innymi współwięźniami zarówno w celach jak i w czasie spacerów. Muszą się liczyć z drobiazgowymi kontrolami przy każdym wejściu i wyjściu z celi, a także regularnymi nalotami. Będą też pod stałą opieka lekarza oraz psychologa.
O ile pomysł wprowadzenie więźnia szczególnej troski, jak już nazywają go strażnicy, wydaje się bardzo racjonalny w przypadku oskarżonych czy skazanych, to jednak trudno się spodziewać by chętnie przystali na to skruszeni przestępcy przebywający za kratami. Nikt o zdrowych zmysłach nie zgodzi się na uciążliwą izolację, zaostrzony rygor i jeszcze ograniczone widzenia. Można się raczej spodziewać, że świadek-przestępca będzie wolał przemilczeć pewne kwestie niż ryzykować rygor niewiele różniący się od zakwalifikowania do więźniów kategorii „niebezpieczny”. Bo trudno traktować tak drakonskie warunki jako nagrodę za współpracę z wymiarem sprawiedliwości.
Resort sprawiedliwości zapewnia, że czas stosowania szczególnych warunków uzależniony będzie od wniosku samego osadzonego. Jednak pojawia się w tej kwestii jedno „ale" – i tak wniosek zainteresowanego będzie oceniał sąd albo prokuratura prowadząca śledztwo.
Generalnie pomysł, poza wspomnianymi mankamentami, zdaje się rozsądnym wyjściem. Zastanawiające jest jednak, dlaczego przez ostatnią dekadę, kiedy uderzano w zorganizowaną przestępczości w Polsce, nikt nie prowadził wykazu takich osób.