Strona główna » Magazyn » Po godzinach
Największe przekręty w historii parlamentaryzmu

Skok na sejmową kasę

Autor: Wiktor Ferfecki
  • A
  • A
  • A
12:37
10.03.2010
Występują w niemal każdej kadencji Sejmu. Liczą na to, że dziennikarze nigdy nie wpadną na trop ich ukrytej działalności. Gdy sprawa wyjdzie na jaw, partyjne władze zazwyczaj szybko się ich pozbywają. O kim mowa? O posłach, którzy na zasiadaniu w Sejmie chcą wyjść dobrze finansowo.
Były poseł Samoobrony Stanisław Łyżwiński
Były poseł Samoobrony Stanisław Łyżwiński brał z Kancelarii Sejmu pieniądze za paliwo, choć formalnie nie miał samochodu (Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski)

Ich celem są zazwyczaj pieniądze z Kancelarii Sejmu, a sposobem działania wynajdowanie luk w wewnętrznych przepisach dotyczących finansowania działalności posłów. Zawyżone faktury, fikcyjne biura poselskie i zatrudnianie członków rodziny – to sposoby, które stosują najczęściej. Czasami ocierają się przy tym o absurd. Tak jak były poseł Samoobrony Stanisław Łyżwiński, który przedstawiał Kancelarii Sejmu podejrzane faktury na… zakup ziemniaków.

Kartoflany przekręt

 Łyżwiński to niekwestionowany mistrz w dziedzinie niejasnego finansowania poselskiej działalności. Ziemniaki zakupił w grudniu 2002 roku. Wydał na nie trzy tysiące złotych. Za tę cenę można mieć kilka ton. Po co posłowi ciężarówka kartofli? Nie wyjaśnił. Po prostu wrzucił warzywa w koszt funkcjonowania biura, podobnie jak kupione w tym samym terminie owoce cytrusowe za 3346 zł i inne artykuły spożywcze za 4465 zł.

Kancelaria Sejmu nie zakwestionowała tych zakupów, bo nie kontroluje faktur. – Przepisy regulujące zasady przyznawania posłom finansów na prowadzenie biur są bardzo nieostre – uważa Jerzy Budnik (PO), szef Sejmowej Komisji Regulaminowej i Spraw Poselskich.

Poseł Łyżwiński wykorzystywał to wielokrotnie. Najwięcej zyskał na fakturach za benzynę. Ze swoją żoną Wandą, również byłą posłanką Samoobrony, wykazał, że w latach 2001-2005 wydali 240 tysięcy złotych na paliwo. Sęk w tym, że z ich oświadczeń majątkowych wynikało, że nie posiadają samochodu. A żeby spalić takie ilości benzyny, musieliby spędzać za kółkiem 18 godzin dziennie.

Sprawa znalazła swój finał w prokuraturze. Byłemu posłowi udało się jednak wybronić. Koronnym dowodem była przedstawiona śledczym umowa na bezpłatne korzystanie z leciwego poloneza. Okazało się też, że poseł przekroczył wyznaczony przez Kancelarię Sejmu limit wydatków na paliwo tylko o 9 tysięcy złotych. Tę sumę spłacił w trzech ratach.

W sierpniu 2007 roku sąd nakazał aresztowanie Łyżwińskiego w związku zarzutami w seksaferze. Na jaw zaczęły wychodzić wtedy kolejne przekręty byłego posła. Przed rokiem „Dziennik” doniósł, że Łyżwiński założył rachunek bankowy na fikcyjne biuro poselskie. Przelewał tam pieniądze z Kancelarii Sejmu, które potem miały trafiać do kieszeni jego dzieci.

Zdaniem „Dziennika”, Łyżwiński traktował pieniądze z Kancelarii Sejmu jak łup. Korzystał z nich w prywatnych celach, a biuro w rzeczywistości było utrzymywane ze składek działaczy Samoobrony. Co jakiś czas robili na nie zrzutkę. Płacili rachunki za telefon i prąd, a także przywozili papier do ksero. Co dwa tygodnie Aneta Krawczyk zawoziła też posłowi haracz do stolicy w postaci artykułów spożywczych ze sklepów działaczy.

Witold Hatka z LPR
W 2005 roku wyszło na jaw, że Witold Hatka z LPR urządził biuro poselskie we własnym mieszkaniu. Kancelaria Sejmu płaciła mu za prąd i gaz (Fot. PAP/Paweł Kula)

Chatka posła Hatki

Stanisław Łyżwiński to nie jedyny parlamentarzysta, który publiczne pieniądze wykorzystywał w prywatnych celach. W 2005 roku wyszło na jaw, że poseł Witold Hatka z LPR urządził biuro poselskie we własnym M-3. Nie musiał więc płacić z własnej kieszeni za prąd i wodę, bo dostawał na to pieniądze z Kancelarii Sejmu. 

– Formalnie nie ma zakazu prowadzenia biura poselskiego w mieszkaniu. Ustawodawca nie przewidział, że parlamentarzyści mogą posunąć się tak daleko. Sytuacja jest dwuznaczna i sięgnęła absurdu – komentował wicemarszałek Sejmu Tomasz Nałęcz w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”, która nagłośniła sprawę.

Marszałek Sejmu Włodzimierz Cimoszewicz zmienił przepisy tak, by prowadzenie biura poselskiego we własnym, mieszkaniu przestało być możliwe. Chyba, że poseł chce to robić za własne pieniądze. – Często zdarzało się w ostatnich latach, że przepisy uściślano dopiero po wykryciu nieprawidłowości – komentuje były marszałek Sejmu Marek Borowski (SDPL).

W tym samym roku, kiedy wybuchł skandal z posłem Hatką, wyszła na jaw pierwsza duża afera związana nepotyzmem posłów. Okazało się, że prominentna posłanka PO Zyta Gilowska zatrudniła w swoim biurze synową oraz opłacała pracę syna. Po tym, jak wobec Gilowskiej wszczęto wewnątrzpartyjne postępowanie dyscyplinarne, sama zdecydowała się opuścić Platformę.

Po aferze związanej z Gilowską marszałek Cimoszewicz przeprowadził wśród posłów ankietę, w której spytał, kto jeszcze zatrudnia członków rodziny. Okazało się, że aż 23 parlamentarzystów płaciło swoim 27 krewnym. Marszałek znów zmienił sejmowe przepisy. Zakazał nepotyzmu.

Mimo to podobne przypadki występowały nadal. W ubiegłym roku portal tvp.info doniósł, że przez kilka lat szefem biura poselskiego Zbigniewa Chlebowskiego (PO) był krewny jego żony. Z kolei „Rzeczpospolita” poinformowała, że protegowana ojca Tadeusza Rydzyka europosłanka Urszula Krupa zatrudniała w swoim biurze poselskim rodzinę – siostrę i bratową. Płaciła im średnio po 2-3 tysiące złotych netto na miesiąc plus okolicznościowe premie.

Protegowana ojca Rydzyka europosłanka Urszula Krupa
Protegowana ojca Rydzyka europosłanka Urszula Krupa zatrudniała w swoim biurze poselskim najbliższą rodzinę (Fot. PAP/Jacek Turczyk)
Lewa kasa za wynajem

Zawyżanie kosztów funkcjonowania biur poselskich i zatrudnianie w nich członków rodziny to najczęstsza metody, którą stosują „zaradni” parlamentarzyści. Drugim obszarem, które otwiera pole do potencjalnych nieprawidłowości, jest rozliczanie kosztów wynajmu mieszkania w Warszawie. Przysługuje ono każdemu posłowi spoza stolicy, który nie mieszka w hotelu sejmowym. Okazuje się jednak, że wielu posłów występuje o mieszkanie, choć teoretycznie się im ono nie należy.

Najbardziej znanym przypadkiem jest były poseł PiS Tomasz Markowski. Afera wybuchła w 2007 roku, kiedy wyszło na jaw, że Markowski, wówczas wiceszef klubu parlamentarnego, od sześciu lat pobiera z kasy Sejmu comiesięczny dodatek na pokrycie kosztów pobytu w Warszawie. Tymczasem był jednak formalnie właścicielem mieszkania w stolicy, a pod adresem stałego zameldowania w Bydgoszczy nie mieszkał. Po wyjściu tej informacji na jaw, Markowski został skreślony z list w wyborach parlamentarnych.

Kancelaria Sejmu wytoczyła Markowskiemu procesy cywilny i karny. Pierwszy z nich przegrał i musiał zwrócić Kancelarii Sejmu 138 tys. złotych wraz z odsetkami. Udało się mu jednak wybronić w procesie karnym. Były poseł przekonał sąd, że mieszkaniem dysponuje dożywotnio jego ojciec.

Cywilny proces z posłem Markowskim to jeden niewielu, które udało się wygrać Kancelarii Sejmu. Powodem jest to, że posłowie raczej nie łamią przepisów, ale wynajdują w nich luki.

Podobnych przypadków będzie jednak teraz mniej. Za uściślanie wewnętrznych zarządzeń wziął się marszałek Sejmu Bronisław Komorowski. Gdy wyszły na jaw informacje, że w hotelu sejmowym waletowały rocznie tysiące osób, określił, że mogą tam nocować tylko najbliżsi krewni posłów. – Marszałek ograniczył organizowanie wyjazdowych posiedzeń komisji. W ostatnim okresie jest też więcej kontroli w biurach poselskich – informuje Krzysztof Luft, dyrektor biura prasowego Kancelarii Sejmu.

Polecamy
 
 
Zobacz inne serwisy tvp.pl: