Strona główna » Magazyn » Kryminalny Pasztet
Policja jest coraz skuteczniejsza w wykrywaniu lewych „zgłoszeniówek”

Fikcyjne przestępstwa dobre na wszystko

Autor: Rafał Pasztelański ( rafal.pasztelanski@tvp.pl )
  • A
  • A
  • A
16:33
14.07.2010
Kradzieże samochodów i napady to najczęstsze zgłaszane fikcyjne przestępstwa w stolicy. Sprawcami tzw. zgłoszeniówek są najczęściej zwykli ludzie: przedsiębiorcy, studenci czy gospodynie domowe. Chcą w ten sposób rozwiązać swoje problemy finansowe, a nawet ustrzec się przed gniewem małżonków.
1
Zgłoszenie fikcyjnego przestępstwa może zrujnować karierę (fot. policja.pl)

Od początku roku stołeczni policjanci wykryli 52 „zgłoszeniówki”, przy 77 w całym ubiegłym roku. Choć jak przyznają funkcjonariusze, liczba tych przestępstw z roku na rok spada (w 2008 r. - odkryto 88, w 2007 r. - 137, a w 2006 r. - 248 lewych przestępstw) to cały czas jest problemem dla policji.

Jednak stróże prawa mają już opracowane metody walki z fikcyjnymi przestępstwami. Pomaga im w tym nie tylko „policyjny nos”, ale nowoczesne programy analityczne czy chociażby wciąż rosnąca sieć monitoringu miejskiego.

Najczęściej zgłaszane są fikcyjne kradzieże samochodów (ponad połowa przypadków), napady i oszustwa. Motyw sprawców to zazwyczaj: problemy finansowe lub chęć dorobienia na boku. Często przestępcy zarabiają na „zgłoszeniówce” nawet do kilkudziesięciu tysięcy zł. Problem jednak w tym, że zdecydowana większość pokrzywdzonych bardzo szybko wpada. Po kilku przesłuchaniach, policjanci potrafią (słysząc nawet najbardziej przekonujące zeznania) dowieść, że „ofiara” kłamie. I tu zaczyna się problem. Ponieważ za składanie fałszywych zeznań i zawiadomienie o niepopełnionym przestępstwie grozi do 3 lat więzienia.

Ludzie, którzy decydują się np. zgłosić napad, ponieważ przegrali pieniądze na automatach, a nie chcieli podpaść żonie lub uczniowie, którym fikcyjny napad miał pomóc uniknąć klasówki, nie zdają sobie sprawy z konsekwencji. Mogą złamać sobie karierę, ponieważ w ich dokumentach zostanie wpis o karalności. Mogą, więc zapomnieć o pracy w niektórych zawodach – mówi Maciej Karczyński, rzecznik stołecznej policji.

Kradzieże na resorach

2
Gros zgłoszeniówek ma związek z kradzieżami samochodów (fot. policja.pl)

Od kilku lat prym w „zgłoszeniówkach” wiodą fikcyjne kradzieże samochodów. Co ciekawe w latach 2000-2005 w okresie największego rozpasania autogangów w stolicy, okazało się, że nawet 30 porcent zgłoszonych kradzieży było sfingowanych. – Udało nam się opanować ten problem, ale on nie zniknął. Uważam, ze nadal znaczna część kradzieży samochodów to typowe „zgłoszeniówki". Złodziej po prostu może się umówić z właścicielem i bez ryzyka zawieźć samochód na dziuplę. „Ofiara” dostaje jakąś sumę za wystawienie pojazdu i pieniądze od ubezpieczyciela – mówi tvp.info Tomasz Watras, naczelnik Wydziału do walki z Przestępczością Samochodową.

Ten patent wykorzystują od lat polscy złodzieje samochodów w Niemczech. Właściciele kilkuletnich samochodów dobrych marek chcą zmienić pojazd i zamiast sprzedać oddają go złodziejom. Ci bezpiecznie przeprowadzają przez Polskę na Litwę, gdzie auto znika w rękach lokalnych grup przestępczych.

Jednak wiele „zgłoszeniówek” samochodowych jest popełnianych przez ludzi niemających kontaktów z półświatkiem. Młody mężczyzna kupił sobie karoserię audi i chciał sam sobie skompletować samochód. Szybko przekonał się, że koszty inwestycji przerastają jego możliwości. Nie chcąc czekać na wyrejestrowanie auta zgłosił kradzież. Wpadł na pierwszym przesłuchaniu.

Z kolei mieszkaniec Nadarzyna zgłosił się do lokalnej policji powiadamiając o kradzieży fiata uno. Początkowo twierdził, że jego kolega z pracy ukradł mu kluczyki i zabrał auto z parkingu. Ten jednak opowiedział, że rzeczywiście wziął od kompana kluczyki, ale za jego wiedzą i zgodą. Okazało się, że „złodziej” uszkodził auto kolegi i zobowiązał się do szybkiej naprawy. Gdy zwlekał z tym, „ofiara” zawiadomiła policję.

Inną „zgłoszeniówkę” wykryto już w godzinę po zgłoszeniu fikcyjnej kradzieży. Mężczyzna zawiadomił policję, że stracił samochód w Wesołej, gdy pojechał tam pograć w piłkę. Mecz się przeciągnął, a kierowca twierdził, że zostawił auto na noc, bo napił się piwa. Usłyszał zarzuty składania fałszywych zeznań. Inny przestępca wpadł, gdy zgłosił kradzież fiata seicento ze szpitalnego parkingu. Szydło wyszło z worka, gdy policjanci zaczęli dopytywać, dlaczego zawiadomił ich w dwa miesiące po zdarzeniu.

Ze strachu i pazerności

Jedna z mieszkanek Żoliborza wydzwoniła na audiotele ponad 800 zł. Kiedy rachunek przyszedł do domu uznała, że nie będzie go płacić. Zawiadomiła, więc policję, że padła ofiarą hakera, który – jak twierdziła – przejął jej numer telefoniczny. Choć była bardzo przekonująca, to jednak podczas kolejnego z rzędu przesłuchania popełniła błąd, a w końcu przyznała się, że chciała wygrać pieniądze w telewizyjnej grze.

Inny mężczyzna po pijanemu zgubił w centrum Warszawy służbowy laptop. Aby uniknąć płacenia za sprzęt, wymyślił opowiastkę o tym, jak wracając do domu został okradziony w autobusie, kiedy przysnął. W czasie przesłuchania zaczął mylić numery linii, a kiedy policjanci pokazali mu zdjęcie z monitoringu miejskiego jak w czasie, gdy miał jechać autobusem zataczał się po chodniku w centrum miasta, mężczyzna przyznał się do wymyślenia kradzieży.

Jeden z mieszkańców Żoliborza zawiadomił o kradzieży telefonu wartego ponad tysiąc zł. Oszustowi wydawało się, że jest sprytny, ponieważ twierdził, że aparat ukradziono mu w Luksemburgu. Uwagę policjantów zwróciło jednak nadmierne zdenerwowanie „ofiary” podczas przesłuchań. Okazało się, że ubezpieczył swój telefon na kwotę dwa razy wyższą. Potrzebował tylko policyjnego zaświadczenia dla firmy ubezpieczeniowej.

Wirtualne napady

3
Napad to najpopularniejeszy sposób na ukrycie malwersacji (fot. policja.pl)

Poważną zmorą wśród „zgłoszeniówek" są fikcyjne napady. Jako że rozboje są poważnymi przestępstwami, do ich wykrycia angażowane są służby kryminalne, które i tak nie narzekają na brak pracy. Jednak „zgłoszeniowcom” wydaje się, że zgłoszenie takiego właśnie przestępstwa jest najłatwiejsze dla załatwienia swoich problemów.

19-letni Adrianowi P. nie chciało się spędzać całego dnia w szkole. Młodzieniec wymyślił więc, że został napadnięty i o swoich dramatycznych przeżyciach opowiedział nauczycielowi. Chłopak nie przewidział jednak, że dyrektor szkoły przejmie się sprawą i zawiadomi policję. Podczas przesłuchań Adrian B. trzymał się twardo swojej historii, brnąć dalej w kłamstwo. Dzięki drobiazgowym przesłuchaniom i wykorzystaniu monitoringu wyszło na jaw, że kłamał.

Młody biznesmen z Pragi Południe zgłosił się na policję twierdząc, że napadnięto go i zrabowano ponad 40 tys. zł. Zaledwie cztery dni zajęło policjantom ustalenie prawdy. Okazało się, że mężczyzna miał poważne problemy finansowe. Nie miał pieniędzy na wypłaty pensji dla pracowników. Sfingował, więc napad, aby mieć wytłuczenie przed swoimi ludźmi.

Ofiarą brutalnego rozboju miał też paść 25-letni Piotr G.. Mężczyzna opowiedział policjantom z Raszyna jak to dwóch zamaskowanych bandytów zaatakowało go, gdy niósł 34,5 tys. zł. Pokrzywdzony twierdził, że oddał gotówkę bojąc się, że zostanie zamordowany. Prawda była jednak bardzo prozaiczna. Mężczyzna przegrał całą sumę na automatach. Po usłyszeniu zarzutów zdecydował się dobrowolnie poddać karze sześciu miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata.

Polecamy
 
 
Zobacz inne serwisy tvp.pl: