Demonstranci w Tajlandii zaczęli oddawać krew, by później wylać ją w budynku parlamentu. Ma to być symboliczna groźba po tym, jak premier tego kraju Abhisit Vejjajiva odrzucił 15 marca żądanie rozwiązania parlamentu i rozpisania nowych wyborów.
Setki antyrządowych demonstrantów z północy i północnego wschodu Tajlandii, ubranych w czerwone koszule ustawiało się w długie kolejki do pielęgniarek dzień po tym, jak ich lider nawoływał do zebrania miliona centymetrów sześciennych krwi – około tysiąca butelek.
Krew zostanie rozlana w siedzibie rządu.
Czerwone Koszule, znane też jako Zjednoczony Front na rzecz Demokracji Przeciwko Dyktaturze(UDD), dążą do uniewinnienia i przywrócenia do władzy premiera Thaskina Shinawatry, którego rząd został obalony w wojskowym zamachu stanu w 2006 roku.
Teraz planują „ofiarę krwi”, taktykę potępioną przez Czerwony Krzyż jako marnotrawstwo. Co więcej, ta międzynarodowa organizacja ostrzega, że brak higieny może przyczynić się do rozprzestrzeniania się żółtaczki i HIV.
– Ta krew należy do wojowników o wolność. Jaki ma kolor? Czerwony! – krzyczał jeden z demonstrantów, gdy inni oddawali krew w białym namiocie rozstawionym na ulicy.
Jako pierwsi w kolejce do oddania krwi ustawili się mnisi buddyjscy, którym prawo zabrania brania udziału w jakichkolwiek działaniach politycznych. Aby groźba mogła zostać spełniona, każdy z demonstrujących powinien oddać na rzecz tego spektakularnego protestu co najmniej 10 mililitrów krwi.
– Jeśli rozlejemy trzy miliony jednostek krwi, a premier nie ustąpi gwarantuję, że nie będzie miał czasu, nie będzie miał ani minuty, aby wykonywać swoje obowiązki – powiedział Natthawut Saikua , lider UDD.
– Jeśli rząd odmówi rozwiązania parlamentu, kolejny milion jednostek krwi zostanie użyty do wymazania siedziby Partii Demokratycznej. Trzecim celem będzie dom premiera – zapowiedział.