Strona główna » Informacje » Polska
Przegląd niefortunnych zdarzeń wg. Jachowicza

Wybryki strażników. Na świeżym powietrzu.

Autor: Jerzy Jachowicz
  • A
  • A
  • A
06:48
13.03.2010
Polityki wciąż jak na lekarstwo. Nadal nie ma szyfranta Zielonki, ale są bezkarni strażnicy spuszczeni ze smyczy - bez kagańca.
fot. PAP/Tomasz Gzell
Pawlak zapommiał, że był szefem rady nadzorczej firmy Mostostal Słupca? (fot. PAP/Tomasz Gzell)
Przedawnić Pawlaka?

Kompromitującą dla polityków jest zatajanie ważnych informacji w składanych przez nich co roku oświadczeniach majątkowych. Najgorsze, że co pewien czas zdarza się to ludziom z najwyższych kręgów władzy. W połowie lat 90 przydarzyło się to Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Jak twierdził wówczas, z roztargnienia zapomniał wpisać akcje „Polisy” swojej eleganckiej jak zwykle i przedsiębiorczej ponad przeciętność małżonki Jolanty. Teraz przytrafiło się to wicepremierowi Waldemarowi Pawlakowi. Zajęty ratowaniem polskiej gospodarki przed skutkami światowego kryzysu, zapomniał o prozie swoich niedawnych zajęć w Polsce. W oświadczeniu nie wspomniał tym, że był szefem rady nadzorczej firmy Mostostal Słupca. – Nie brałem wynagrodzenia – usprawiedliwia się lider PSL. A co z premiami? Nawet jeśli dostał, prokuratura już zadba, aby tak prowadzić sprawę aż się przedawni. Przecież Waldemar Pawlak nie jest osobą prywatną, żeby się spieszyć. Ani bezpartyjną.

Generalski prokurator

Skandal powtarza się co kilka lat. Kolejni ministrowie sprawiedliwości w ostatniej chwili podpisują stertę nominacji na prokuratorów krajowych. Tytuł ten to jak stopień generalski w armii. Za jakie zasługi go się dostaje? Tego nikt nie wie, gdyż to sprawa wyłącznie uznaniowa. Tak naprawdę minister swoim pupilom podarowuje atrakcyjną synekurę. Odczytują to trafnie jako wspaniałomyślny gest szefa resortu, za który są mu bezgranicznie wdzięczni. Musimy wiedzieć, że ten gest nic ministra nie kosztuje. Za dożywotni tytuł, a po przejściu w stan spoczynku zawodowego, przywiązane doń wysokie apanaże sięgające ok. 9 tysięcy zł. płacimy my jako podatnicy. W tym stałym procederze gorszące jest to, że wysoki standard materialny uzyskują osoby, które – pełniąc przez lata kierownicze funkcje - odpowiadają za fatalny stan naszej prokuratury, m.in. za jej amatorszczyznę i upolitycznienie.

Strażnicy bez kagańca

To już zupełnie niebywałe. Strażnicy miejscy z Gdańska zaczajeni w parku Reagana wypatrzyli młodą kobietę spacerującą z psem. Ale bez kagańca. – Patrz mamy ją – wyszeptał jeden z funkcjonariuszy, przykucnięty za ławką. To przestępczyni groźna i niebezpieczna – mruknął towarzysz. – Jaką dziś wybieramy karę? To chyba świeżak. Na początek nie zrażałbym jej do wychodzenia z domu na świeże powietrze. To, co kółeczka? – zastanawiali się I nakazali kobiecie biegać ze swoim czworonogiem na smyczy wokół ich radiowozu. W czasie kiedy kobieta wykonywała karę, strażnicy zaśmiewali się na cały głos. – Szkoda, że zapomniałeś kamery. Wieczorem byśmy sobie puścili – powiedział jeden z nich z nieukrywanym żalem.
12345
Prokuratura wojskowa na „chybił-trafił” zarzuciła szyfrantowi Zielonce dezercję (fot. TVP)
Wirtualny szyfrant – wirtualne zarzuty

Sierżant Stefan Zielonka, dziś już słynny szyfrant naszego wywiadu mimowolnie przyczynił się do zrewolucjonizowania polskiego prawa. Nadał mu iście wirtualny wymiar. Nasz szyfrant, mężczyzną będąc w sile wieku – lat 52 – ulotnił się ze swego mieszkania, będącego jednocześnie siedzibą małżeńskiego ogniska, drugiego dnia Świąt Wielkanocy zeszłego roku. I od tej pory słuch o nim zaginął. Nikt nie wie, gdzie jest, co robi i czy w ogóle żyje. A może wyjechał na samotną wycieczkę dookoła świata? Skryty przez całe dorosłe życie niczym szpiegowski atrament, nie zostawił najmniejszego śladu. Choćby odrobiny wskazówki, w która stronę świata go zaniosło. Zdrajcą się on stał czy nadal jest wzorowym dla wszystkich pokoleń patriotą? Szefowie wywiadu takich pytań nie próbowali nawet zadawać, kiedy mieli go na co dzień pod ręka. A powinni. Teraz już za późno. Można tylko wirtualnie oskarżyć go. O jakiekolwiek przestępstwo. Prokuratura wojskowa na „chybił-trafił” wybrała dezercję. To dziecinne zabiegi. Z ogromnym opóźnieniem próbują zmazać plamę jaką służby wojskowe dały w pierwszych tygodniu po zniknięciu Zielonki, kiedy nikt nie interesował się jego nieobecnością w pracy. Dziś wystawiają się na śmieszność. Zawiesili śledztwo z powodu niemożności przesłuchania podejrzanego. Kiedy śledztwo zaczynali, świetnie wiedzieli, że szans na przepytanie sierż. Zielonki nie mają. Mogą nawet stawiać mu zarzut handlu materiałami niezbędnymi do budowy bomby atomowej. Będzie ono dla niego takim samym nieważnym świstkiem jak oskarżenie o używanie przez niego obuwia za dużego o jeden numer.

Kuchnia w tirze

Nie wiadomo, kto miał większego pecha. Kierowca samochodu ciężarowego czy właściciele domku. Tir, który do jednego z łódzkich hipermarketów dowiózł towar, zatrzymał się przy jego wjeździe na lekkim wzniesieniu. Kierowca poszedł z fakturą do biura marketu. Ledwo zdążył przekroczyć próg, gdy samochód wystartował sam. Ale nietypowo. Do tyłu. Kierunek jazdy nadawała przyczepa. Tir nabrał niezłego rozpędu, bo miał około stu metrów gładkiego asfaltu w dół. Jechał by pewnie dalej, gdyby nie wyrosła przed nim przeszkoda – drewniany dom stojący przy ulicy. Jakież było zdziwienie właścicieli, kiedy zobaczyli spustoszenia. Przyczepa bowiem przebiła się przez ścianę budynku i wjechała do kuchni, którą przy okazji również zdemolowała. Trzeba wiedzieć, gdzie się stawia domy – powiedział podobno jeden z klientów marketu.
Polecamy
 
 
Zobacz inne serwisy tvp.pl: