– Nawet jeśli to jest tylko efekt placebo, to życzę go wszystkim chorym na SM – tak o efektach eksperymentalnego zabiegu na patologię żył szyjnych (CCSVI) mówi 34-letni informatyk Jarek, który od lat zmaga się ze stwardnieniem rozsianym. Los uśmiechnął się do niego po latach, gdy oddał się w ręce doktora Mariana Simki. Wraz z zespołem badaczy angiolog leczy zmiany w żyłach szyjnych u pacjentów z SM. Efekty są zaskakujące, a jednak w wielu krajach zabieg nie jest dopuszczony. Polska jest pod tym względem zieloną wyspą.
Jarek mówi, że gdy dopadła go choroba miał najczarniejsze myśli… Stwardnienie rozsiane spowodowało, że miał kłopoty z pamięcią, koncentracją, nieustannym zmęczeniem. Dodatkowo, pogłębiały się kłopoty ze wzrokiem. W tym czasie na świat przyszło jego drugie dziecko i – jak mówi – jego żona miała na głowie już trzy wymagające opieki osoby.
Objawy, jakie miał Jarek to tylko część nieszczęścia, jakie spada na chorych z SM. Choroba atakuje w najmniej spodziewanym momencie i – jak dotąd – nie ma na nią leku.
– Najnowsze leki działają objawowo, jednak dają też wiele powikłań; no i te koszty… mówi informatyk. Miesięczna kuracja to wydatek rzędu 3 tys. zł.
Chorzy na SM poglądy wymieniają na forach, tam też można przeczytać gorące dyskusje, jakie toczą się wokół nowej metody stosowanej u pacjentów z SM. Chodzi o leczenie patologii żył szyjnych, którą zaobserwowano u wielu chorych na SM. 34-letni Jarek postanowił pójść tym tropem, bo – jak mówi – nie miał nic do stracenia. Miał za to nadzieję.
Metoda z potencjałem
Leczenie SM było dotąd w rękach neurologów. To się zmieniło, gdy profesor Paolo Zamboni zaprezentował nowe podejście do choroby. Stwierdził, że u chorych na SM występuje także zwężenie żył szyjnych, nazywane profesjonalnie przewlekłą mózgowo-rdzeniową niewydolnością żylną (CCSVI). Wyleczenie tego objawu – zdaniem profesora – powodowało ustąpienie niektórych dolegliwości związanych z SM. Ta koncepcja nie spotkała się jednak z entuzjazmem środowiska lekarskiego. Innowacyjna metoda została odrzucona z powodu małej ilości dowodów – ale nie przez wszystkich.
Zabiegiem zainteresował się m.in. dr Marian Simka, który na jednej z konferencji poznał metodę Zamboniego. Tak zrodziła się chęć zgłębienia CCSVI. Simka zaczął pracę z dr Tomaszem Ludygą, który jest cenionym chirurgiem endowaskularnym. Doktorzy stwierdzili wspólnie, że warto tę metodę poznać.
– CCSVI jest prawdopodobnie fragmentem większej układanki. Możliwe, że usunięcie jednego elementu (CCSVI) jeśli nawet nie wyleczy pacjenta, to pozwoli na poprawę stanu zdrowia lub poprawi skuteczność innych sposobów leczenia (takich jak leki, rehabilitacja, itd.) – mówi dr Simka.
Przygotowania do pierwszego zabiegu w Polsce trwały około 3 miesięcy, a w ich efekcie pierwszy polski pacjent poddał się zabiegowi w październiku 2009 roku. Na masową skalę zabieg zaczęto stosować na początku 2010 roku. Na czym polega?
Zabieg zakazany
– Jest to nowa metoda, nadal eksperymentalna. Zabieg jest podobny do tych, jakie stosuje się w leczeniu innych zmian naczyniowych. Jednak leczenie zwężenia żył szyjnych u chorych na SM to nowy obszar – mówi dr Simka. Metoda polega na balonikowaniu lub założeniu stentu. Te techniki są dobrze znane chirurgii naczyniowej, nowością jest wykorzystanie ich w leczeniu CCSVI.
– Więcej jeszcze nie wiemy o tej metodzie, niż wiemy. Nadal nie wiemy, u których pacjentów z SM będzie poprawa. Prawdopodobnie dobrym momentem na zabieg jest wczesna faza SM – tłumaczy Simka.
Zabieg poprzedza konsultacja. Pacjent informowany jest o tym, że jest to metoda eksperymentalna, i że musi być świadom, że jej efekty są w dużym stopniu nieprzewidywalne. „Jesteśmy w fazie poznawczej” – mówią lekarze i ostrzegają przed zbyt „hurraoptymistycznym” podejściem do zabiegu. Ci, którzy się zdecydują, muszą też spełnić pewne warunki.
– Są dwa warunki, pod jakimi wykonujemy zabieg. Musi być to osoba ze stwierdzonym SM i stwierdzoną patologią żył szyjnych. My leczmy patologię żył szyjnych tylko u osób z SM. Jest mały margines osób, które mają SM bez tej patologii – mówi Grzegorz Dymek z kliniki Euromedic Poland.
Przed zabiegiem wykonywana jest szczegółowa diagnostyka. Bazą są m.in. wyniki badań Dopplera, rezonansu magnetycznego i wenografii. Pacjent ze wskazaniami do zabiegu i – przede wszystkim świadomością ryzyka – jest gotowy do zabiegu.
Ryzyko wpisane w eksperyment
– Obecnie jednym z ważniejszych problemów związanych z leczeniem CCSVI są kwestie bezpieczeństwa metody. W wielu krajach leczenie nie jest dopuszczone, ponieważ neurolodzy twierdzą, że takie leczenie może być niebezpieczne dla chorych. W naszej publikacji (która została skierowana do druku w „International Phlebology Journal” – red.)
udowodniliśmy, że częstotliwość powikłań jest w rzeczywistości niższa niż w przypadku innych zabiegów endowaskularnych i są to w większości niegroźne komplikacje. Nie było żadnych groźnych, zagrażających życiu powikłań – przekonuje dr Marian Simka.
Metoda jest stosunkowo mało inwazyjna, jednak na świecie jej stosowanie jest ograniczone. Niektórzy porównują ją nawet do leczenia jadem pszczelim lub innych metod nie posiadających podstaw naukowych. We Włoszech, które są kolebką metody Zamboniego, losy metody są zmienne: raz ją dopuszczają, raz wycofują. Duże osiągnięcia ma na swoim koncie Kuwejt, który refunduje zabiegi wszystkim swoim obywatelom ze stwierdzonym CCSVI.
Ryzyko jednak istnieje, zwłaszcza w przypadku zakładania stentów. Mogą wystąpić skrzepliny. Jarosław przypomina też sobie, że przed zabiegiem czytał o przypadku pacjenta, u którego doszło do przesunięcia stentu. Lekarze przekonują jednak, że po zabiegu pacjent nie jest pozostawiony samemu sobie. Jest pod obserwacją, przechodzi badania kontrolne. Mają one służyć nie tylko ocenie jego stanu zdrowia – to też istotny element szerokich badań na rzecz udoskonalenia metody i wprowadzenia jej do obiegu.
Obecnie postęp w badaniach jest duży w związku z rozwojem internetu. Badania naukowe odbywają się też częściowo online, stąd można mieć nadzieję, że uznanie tej metody to kwestia kilku lat.
Środowisko lekarzy w Polsce odnosi się lepiej do zabiegu niż zagranicą.
– Od pacjentów z Kanady mieliśmy informację, że lekarz który podejmował tam próbę leczenia CCSVI został pozbawiony praw wykonywania zawodu. W Polsce nie jest tak źle. Mamy przyzwolenie Komisji Biotycznej na te zabiegi – mówi Grzegorz Dymek. I dodaje, że gros pacjentów, którzy poddają się zabiegowi przyjeżdża zza granicy.
Sukces czy placebo?
Lekarze potwierdzają, że hipotetycznie jest możliwe, że sukces zabiegu to efekt placebo. Zdają sobie sprawę z tego również pacjenci. Informatyk Jarek przekonuje jednak, że w ponad pół roku po zabiegu odczuwa znaczną poprawę jakości życia. Mówi, że „jeśli jest to tylko efekt placebo, to wart jest wydanych pieniędzy”. Tłumaczy sobie też to racjonalnie: jeśli lepsze samopoczucie po zabiegu to byłoby tylko placebo, to ono nie może długo trwać. A przecież wróciła mu pamięć, koncentracja, zniknęło uczucie ciągłego zmęczenia. Jest już po pierwszych badaniach kontrolnych, które potwierdzają poprawę.
O hipotezie na temat placebo mówi się głośno, dlatego tak ważne są wyniki badań kontrolnych. Stosuje się m.in. tomografię oka u tych pacjentów, u których – z powodu SM – został zaatakowany nerw wzrokowy. Kontrola tego nerwu w okresie 6 miesięcy wskazuje, czy nastąpił regres lub zatrzymanie choroby. Jak przekonują lekarze, to są argumenty czarno na białym, które pokażą skuteczność zabiegu. Mają świadomość, że ocena pacjenta może być subiektywna.
Jest jeszcze jedno ryzyko związane z zabiegiem: brak zmian. Sporadycznie zdarza się, że pacjent nic nie odczuje po zabiegu.
– My nie dajemy 100 proc gwarancji. Podobnie, jak nie daje jej żadna z uznanych metod leczniczych mówi Dymek.
To szczególnie ważne, bo pacjent ponosi niemały koszt zabiegu. Jest to 10 tys. zł w przypadku plastyki balonowej plus 2 tys., jeśli istnieje konieczność założenia stentu. Może też zdarzyć się tak, że zaistnieje konieczność powtórzenia zabiegu. Jak na polskie realia to spory wydatek, jednak leczenie farmakologiczne kosztuje dużo więcej.
Jarosław zastanawia się, skąd zatem taki opór w stosunku do tej metody.
– Jest mało inwazyjna i jak na metodę ratującą życie – nie aż tak droga. Koncernom farmaceutycznym to pewnie nie w smak … – mówi informatyk.
Konsultacja naukowa: dr Marian Simka.