Ponad 76 tysięcy osób podpisało już list do prezydenta przeciwko prewencyjnej kontroli internetu, którą próbuje się przeforsować pod pozorem walki z nielegalnym e-hazardem w sieci.
Sygnatariusze listu napisanego przez Borysa Musielaka (
zobacz tutaj) protestują przeciw wprowadzeniu „Rejestru stron i usług niedozwolonych” proponowanemu w artykule 179a) Ustawy Telekomunikacyjnej. Twierdzą, że „odgórne filtrowanie sieci porównać można więc do zamykania ust obywatelom jeszcze przed rozpoczęciem wypowiedzi”. Piszą, że to forma cenzury prewencyjnej znana z poprzedniego ustroju.
Istotnie. Wszakże w czasach PRL-u cenzury jak i dziś - formalnie nie było. Nie było nawet ustawy o cenzurze. Ta została wprowadzona dopiero w 1981 roku. Na fali odnowy. W PRL, w której artykuł 71 a po 1976 art. 83 Konstytucji gwarantował bezwzględną wolność słowa funkcjonował jednak GUKPPiW ( czyli Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk) – a ten ... zestawiał rejestry treści zakazanych.
Jak daleko można było posunąć inwencję dowiedzieliśmy się w roku 1977, gdy jako współpracownik Komitetu Obrony Robotników i Niezależnej Oficyny Wydawniczej miałem okazję wydawać i kolportować rejestr tzw. zapisów ujawnionych przez byłego cenzora, Tomasza Strzyżewskiego, który wywiózł z Polski, a następnie przekazał wydawnictwom podziemnym tzw. Czarną Księgę Cenzury. My ujawnialiśmy prawdę. Stanisław Barańczak tworzył powielane przez nas przez kalkę na maszynie do pisania wiersze. Ukazał się wtedy tomik o prostym tytule „Ja wiem, że to nie słuszne”.
Internet przeraża rządzących
Drogiego, np. satelitarnego internetu pewnie nie można całkowicie limitować tak, jak od II wojny światowej aż po stan wojenny nie można było odciąć obywateli od Radia BBC, Wolnej Europy, Głosu Ameryki, RFI. Ale internet szybki, tani, szerokopasmowy i dostępny niemal dla każdego przeraża rządzących. Jak piszą sygnatariusze listu do Prezydenta RP „podobne przepisy, umożliwiające rządom nieskrępowane filtrowanie treści, z jakich mogą korzystać obywatele działają obecnie tylko w kilku krajach świata. Zaliczają się do nich m.in. Iran i Chiny. Czy na pewno chcemy, żeby Polska dołączyła do tego grona?”
Wbrew pozorom sytuacja mediów w dzisiejszej Polsce i Unii Europejskiej jest trudniejsza niż za czasów tzw. komuny. Wtedy konstytucja była z nami. Dziś punkt drugi art. 54 obowiązującej Konstytucji dopuszcza koncesjonowanie Radia i Telewizji” czyli mediów elektronicznych. W 1997 roku jeszcze nie pomyślano o internecie. Współczesne uregulowania europejskie nie są już też jednoznaczne. Deklaracja praw człowieka i obywatela z 1789 roku gwarantowała po prostu w art. XI., iż „ Wolna wymiana myśli i poglądów jest jednym z najcenniejszych praw człowieka; każdemu obywatelowi zatem wolno przemawiać, pisać i drukować swobodnie z zastrzeżeniem, że za nadużycie tej wolności odpowiadać będzie w wypadkach, przewidzianych przez ustawę.”
Dziś w artykule 11 Karty Praw podstawowych, który odpowiada artykułowi 10 europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, po stwierdzeniu,że: „1. Każdy ma prawo do wolności wypowiedzi. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe.” Dodano : ”Niniejszy przepis nie wyklucza prawa państw do poddania procedurze zezwoleń przedsiębiorstw radiowych, telewizyjnych lub kinematograficznych.”
Stąd Krajowa Rada Radiofonii, bój o koncesję etc. Ale i tu nie przewidziano internetu. Internetu, który staje się dziś dokładnie tym, czym był druk dla członków francuskiego Zgromadzenia Narodowego w roku 1789.
Można wobec niego przyjąć dwie postawy. Zwalczać albo starać się przejmować.
Swoboda wypowiedzi drażni władców
Przerażeni politycy dzielą się dziś na tych, co starają się go przymknąć lub zaanektować. W poszerzającej się blogosferze na większości portali klonują swoje blogi Wojciech Olejniczak, Waldemar Pawlak czy Ryszard Czarnecki. Stoczono ostatnio krwawy bój o prawo do anonimowości wpływowej blogerki Kataryny. Jednak w rezultacie każdy średnio rozgarnięty internauta już wie jak się pani prezes nazywa.
Nieograniczona swoboda wypowiedzi drażni władców i … fachowców. Jacek Żakowski, stwierdził w „Gazecie Wyborczej”, że mogłoby temu zapobiec porozumienie wielkich portali zwracających uwagę, co się na ich stronach publikuje.
Choć głos Żakowskiego wywołał też falę krytyk w pewnej mierze należy się z nim zgodzić. Właściciel ma prawo decydować jaki rodzaj opinii publikuje w swoim medium, wybierać, czy zarabia na taniej sensacji i chamstwie, czy na dyskusji .Wszystko jest pięknie, póki tych właścicieli jest wielu. Póki nie dochodzi do monopolu. Póki monopolistą nie staje się państwo.