Kazimiera Czerniak jest od dwudziestu lat zamknięta w czterech ścianach własnego mieszkania na drugim piętrze jednego z bloków w Częstochowie. Dlaczego? Bo na zamontowanie na klatce schodowej specjalnego podnośnika dla wózków inwalidzkich nie zgodzili się sąsiedzi.
Pani Czerniak ma wózek elektryczny. Mogłaby więc samodzielnie się poruszać: robić zakupy, oglądać wystawy – po prostu żyć. Ale nie może. Od świata, od 20 lat, oddzielają ją schody... i sąsiedzi, którzy nie zgodzili się na budowę podnośnika dla niepełnosprawnych.
W całej sprawie nie chodzi o pieniądze. 80 proc. kosztów chciał pokryć Państwowy Fundusz Osób Niepełnosprawnych. Resztę sumy dołożyłby prezes spółdzielni.
– Ja nie wymagam cudów, tylko po prostu tego, żebym mogła się wydostać z bloku na powietrze. Chciałabym z ludźmi porozmawiać, bo ja po prostu już zdziczałam w mieszkaniu – skarży się pani Kazimiera.
Większość sąsiadów jednak powiedziała – nie. Ci nieliczni, którzy byli za budową podnośnika, mówią wprost – to brak współczucia i jednocześnie brak wyobraźni .
Znieczulica także we Wrocławiu
Także tam niepełnosprawni mają kłopoty. Jeden z urzędów pocztowych jest dla nich niedostępny, mimo że o wybudowanie przy nim podjazdu tamtejsi radni walczą kilka lat.
Właściciel budynku – Poczta Polska i miejski konserwator budynków od kilku lat wymieniają się pismami, ale decyzji w sprawie budowy podjazdu nie ma.
We Wrocławiu zawiedli urzędnicy, w Częstochowie sąsiedzi. Poseł Sławomir Piechota, który zajmuje się takimi sprawami, nie raz i nie dwa musiał pokonywać urzędniczy upór i ludzką ciemnotę przekonuje jednak, że walczyć warto.
– Podjazd jako sposób likwidacji barier, to tylko ten najbardziej zewnętrzny przejaw. Najtrudniejsze do pokonania bariery wciąż tkwią w mentalności –podkreślił Piechota.