Strona główna » Informacje » Kultura
Promocja Warszawy w Roku Chopinowskim

Obywatel Szopiński

Autor: Andrzej Tadeusz Kijowski
  • A
  • A
  • A
11:15
20.02.2010
kit
482 tysiące zł z budżetu miasta przeznaczyły władze stolicy na półgodzinny film „Warszawa Chopina” mający promować stolicę jako miasto rodzinne Chopina. To budżet lekko licząc 5 do 8 razy zawyżony. Przeciętnie w telewizji półgodzinny odcinek niefabularny kosztuje w granicach 60-80 tysięcy zł. Godzinny, dobrze udokumentowany, film można zrealizować za 250 tysięcy zł.
Kamil Zmysłowicz jako mały Chopin
Jakub Zmysłowicz jako mały Chopin (fot. Andrzej Tadeusz Kijowski)
Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zapewniła nas w krótkiej rozmowie, że te kilkaset tysięcy to bardzo niedużo, a film jej się podobał. Wiceprezydent Włodzimierz Paszyński, w którego gust wątpić trudno, miał już mniej wyraźną minę. Stwierdził jednak, że obrazu Kordiana Piwowarskiego nie należy oceniać w kategoriach artystycznych. Wykonany w 7 wersjach językowych ma przypominać obcokrajowcom, że najbardziej znany mieszkaniec Warszawy urodził się nad Wisłą. I promować nasze miasto. Wiceprezydent uważa, że autorzy się z tego zadania wywiązali.

Ale tego zdania byli jedynie obecni na pokazie w Kinotece Pałacu Kultury - urzędnicy i radni. Widzowie niezależni, choćby tacy jak dyrektor programowy Polskiego Radia Jacek Piotrowski, podsumowali film, krótkim – chałtura.

W grzecznym życiorysie artysty scenarzyści posługują się wszystkimi oklepanymi sztampami: Frycek Koncertujący u Wizytek na Organach, Mały Chopin oświadczający mamie, że wszystkim najbardziej podobał się jego angielski kołnierzyk etc. Nie ma ani Żelazowej Woli, ani George Sand, ani Paryża, w którym ten jednak Francuz w połowie spędził drugą najbardziej twórczą część swego życia.

Przewodniczący Obchodów „Chopin 2010”, obecny Dyrektor Opery Narodowej i były minister kultury Waldemar Dąbrowski był szczery aż do bólu. Otwierając imprezę oświadczył wpierw, że to nie Francuzi mają problem z Chopinem, któremu nigdy polskości nie odmawiają lecz Polacy – uporczywie przypominający jego pochodzenie. A następnie stwierdził, że jednak pod Chopina warto się reklamowo podczepić.

No więc się podczepiamy. Ta zaściankowość towarzyszy karierze artysty od zawsze. Nawet w filmie przypominają, że jedna z wielbicielek pisała do Fryderyka: „szkoda, że Pan nie nazywa się Szopiński”. Próbowano zmieniać pisownię na Szopen. Jest w tym coś tak żałośnie parafialnego, małomiasteczkowego, prowincjonalnego, że aż czerwienieją uszy. Kamera fotografuje współczesną Warszawę, pokazuje miejsca związane z warszawskim okresem Chopina, stara się przekonać jakie to piękne miasto. Jednak pewna ręka operatora wspierana efektownym nieraz montażem to mało.

W filmie przeplatają się kadry bez związku i charakteru. Niektóre mają udowodnić, że już prawie, prawie tak tu efektownie jak w Brukseli (zdecydowanie upiększające odległe panoramy Centrum Złote Tarasy). Inne: pokazujące ulicę Kozią czy fragmenty Starówki dokumentują w istocie jak daleko stolicy nadwiślańskiego kraju do Krakowa czy Pragi.
A przecież Warszawa to miasto zjawiskowe. Lecz niezwyczajne. Nie można go opowiedzieć pocztówkami i migawkami z ulic. Dusza Warszawy mieszka w niepowtarzalnych Łazienkach, na Skarpie, w biegu Wisły i naprawdę to cudowne miasto nie potrzebuje Chopina, by się promować. Tak jak autor „Etiudy Rewolucyjnej” nie potrzebuje Biura Promocji Miasta Warszawy, by na całym świecie pamiętano, że jest Polakiem.

Film Kordiana Piwowarskiego powstał na bazie audio-przewodnika wyprodukowanego przez małżonkę reżysera i producentkę obrazu Annę Piwowarską. Po miejscach związanych z okresem warszawskim artysty biega 11-letni chłopczyk. Sympatyczny, młody i zdolny uczeń warszawskiej szkoły muzycznej. Obecność Jakuba Zmysłowicza to zdecydowanie najmilsza część obrazu.

Filmu, w którym uhonorowany na kilku festiwalach syn wybitnego reżysera Radosława Piwowarskiego pozwolił sobie jednak na kwiatki nie mieszczące się w spectrum najswobodniejszych skojarzeń. Gdy narrator opowiada o śmierci artysty w Paryżu i pogrzebie artysty na Père-Lachaise, kamera pokazuje nam w miejsce cmentarnych zniczy… obraz wyjątkowo dostatniej w tym roku iluminacji świątecznej Krakowskiego Przedmieścia.

Podobnie szokować może nieoczekiwane zakończenie filmu: cytatem muzycznym ze… znakomitego wodewilu Macieja Małeckiego, z lat 70. XX wieku… „Ćwiczenia z Szekspira”! Konia z rzędem (ale oczywiście za pieniądze nie liczącej się z wydatkami prezydent Warszawy) temu, kto mi wytłumaczy, co robi Eliza Dżyga, w podsumowaniu filmu o Chopinie, śpiewając przepięknie… cudowny lament Desdemony z Otella: „Pod wierzbą płaczącą dziewczyna łzy roni…” – w filmie, w którym ani nikogo nie duszono, ani żadnej wierzby nie pokazano – choć nie jedna by pewnie nad tym obrazem, z serca warszawskich niedostatków szczerze zapłakała.
 
 
 
...
 
Polecamy
 
 
Zobacz inne serwisy tvp.pl: