Alkoholik musi odkłamać całe swoje życie

aktualizacja: 20:30 wyślijdrukuj
fot
Prof.Wiktor Osiatyński (fot.TVP)

– Moja przeszłość mnie ukształtowała takim, jakim dzisiaj jestem. Jestem pogodzony ze swoją przeszłością, także tą częścią alkoholową – mówi w rozmowie z Kamilą Drecką prof. Wiktor Osiatyński, socjolog, prawnik, konstytucjonalista i jak sam otwarcie mówi – „trzeźwy alkoholik”.

Kamila Drecka: Kim Pan jest?

Prof. Wiktor Osiatyński: Nie wiem.

Jeszcze Pan nie wie? Po tych „12 krokach”, które Pan zrobił?

No, wiem, że jestem trzeźwym alkoholikiem. Wiem, ze jestem człowiekiem bardzo emocjonalnym, sentymentalnym, uczuciowym, który całe życie tej uczuciowości tak strasznie się bał, że przykrywał ją racjonalnością. W ten sposób, że zostałem profesorem i mówiłem bardzo dużo o sprawach różnych, o wielu rzeczach, byle tylko nie dociec własnych uczuć i nie dostać się do nich. Ale jakiś czas temu dokopałem się do tych pokładów, polubiłem je. I lubię nawet tę swoja uczuciowość, wrażliwość – nie wstydzę się jej. Nie wstydzę się zapłakać. Jakby Pani mnie zapytała 25-30 lat temu: „Kim jestem?”, powiedziałbym, że jestem dziennikarzem, pisarzem, wykładowcą…. A dzisiaj robię bardzo dużo rzeczy, ale dla mojej tożsamości one są w gruncie rzeczy drugorzędne.

Lubi się Pan?

Może jeszcze nie z wzajemnością, ale już siebie lubię.

Zaczynał Pan od tego, że myślał, że jest w swojego rodzaju schizofrenii pomiędzy, jak u Stevensona, doktorem Jekyllem a mister Hydem. W pewnym chwili dowiedział się Pan, że nie jest ani jednym, ani drugim.
Znaczy jestem i jednym i drugim i jeszcze kimś na dodatek. Ja piłem 21 lat, robiąc w tym czasie też bardzo dużo społecznie pożytecznych rzeczy. Na przykład napisałem kilkanaście książek, byłem też wykładowcą, dziennikarzem, ale piłem cyklicznie i co jakiś czas wchodziłem w ciąg pijacki, który trwał od tygodnia do 42 dni – to był najdłuższy ciąg. I kiedy byłem już tym zmęczony i wiedziałem, że jest coś w tym złego, to myślałem, że jestem tym doktorem Jekyllem, czyli tym naukowcem, pisarzem, dziennikarzem. I co jakiś czas wchodzi we mnie pan Hyde. I na początku mojej drogi do trzeźwości marzyłem o tym, żeby w jakiś sposób tego pana Hyde’a albo zlikwidować, albo, kiedy dowiedziałem się, że to na całe życie taki zalążek będzie tkwić, zahibernować. I żeby doktor Jekyll się rozwijał. I potem przekonałem się w trakcie robienia „12 kroków”, co jest właściwie terapią alkoholizmu najlepszą na świecie, jaką znam, że to doktor Jekyll był chory. I że ja na trzeźwo, w tych momentach, kiedy nie piłem, nie umiałem poradzić sobie z tymi stłumionymi uczuciami, emocjami, z relacjami z innymi ludźmi. Od tej pory mówię, że leczenie z alkoholizmu to jest leczenie doktora Jekylla.

Co Pan zawdzięcza alkoholizmowi?

Wszystko. Alkoholizmowi zawdzięczam to, że przetrwałem w ogóle, że przeżyłem – prawdopodobnie gdybym nie wpadł w alkoholizm może bym popełnił samobójstwo. Tak bardzo ciężko mi było z własnymi emocjami i uczuciami. A może bym gdzieś wylądował na długo w psychiatryku? Nie wiem. U anonimowych alkoholików są obietnice. Jest jedna z obietnic – „Nie będziemy żałować przeszłości, ani nie będziemy chcieli zatrzasnąć za nią drzwi”. Długo tego nie rozumiałem. Myślałam, że moja przeszłość była tak straszna, tak koszmarna, że chciałbym zatrzasnąć za nią drzwi. I po wielu latach uświadomiłem sobie, że to jest głęboka mądrość, że moja przeszłość mnie ukształtowała takim, jakim dzisiaj jestem. Jestem pogodzony ze swoją przeszłością – także tą częścią alkoholową.

Jak się zostaje alkoholikiem?

Dla mnie jako alkoholika trzeźwego nie jest ważne, jak zostałem alkoholikiem, nie jest ważne, jakie były powody picia. Dlatego, że wiele lat kiedy piłem, myślałem o powodach i przyczynach i kiedy je wszystkie rozpoznałem, to poszedłem się napić, bo te powody stały się usprawiedliwieniem. Nie! Pan Bóg tak chciał. Pan Bóg bywa dobry, bywa złośliwy, bywa obojętny. Pan Bóg mi to zadał i to jest jego wina, a nie moja. Kiedyś mi ktoś powiedział: „Zadaj sobie pytanie czy pijesz w nadmiarze, czy masz z tego powodu problemy, czy jesteś bezsilny wobec alkoholu, a nie dlaczego?”. Jeżeli zadasz sobie pytanie „dlaczego?” to znajdziesz usprawiedliwienia.

Wiele razy Pan próbował zerwać z alkoholem?

Każdy alkoholik wiele razy próbował. Nawet jest powiedzenie, że przestać pić to jest najłatwiejsza rzecz. Problemem alkoholika jest, żeby nie zacząć pić znowu.
Alkoholizmowi zawdzięczam to, że przetrwałem w ogóle, że przeżyłem. Prawdopodobnie gdybym nie wpadł w alkoholizm, może bym popełnił samobójstwo. Tak bardzo ciężko mi było z własnymi emocjami i uczuciami
Kiedy mówi się o tym tak zwanym dnie, które trzeba osiągnąć, żeby spróbować z tym zerwać? Czy Pan też je osiągnął?

Tak, na pewno osiągnąłem. Lekarz w Ameryce powiedział mi, że jeżeli nie przestanę pić, umrę na marskość wątroby w ciągu dwóch lat. To znaczy są trzy rzeczy – po pierwsze trzeba osiągnąć dno. Dno – to znaczy zyskuję świadomość, że tracę tak wiele rzeczy, że te zyski i korzyści z alkoholu jakie są – że sobie radzę z uczuciami, albo nie boję się, albo mniej się boję, albo zapijam poczucie winy – są mniejsze niż straty. Ale na tym dnie, kiedy człowiek coś traci, musi dojść do jego świadomości – i do tego służy dobra, mądra interwencja – że on te wszystkie straty ponosi nie dlatego, że ogórek był nieświeży, albo szef się na niego uwziął, albo mąż jest straszny tylko dlatego, że pije. Czyli ten związek między tym dnem a piciem musi być dokonany. Jeżeli następuje ten związek to jest trzecia rzecz niezbędna – trzeba powiedzieć: pomoc jest tu i tu. Bo jeżeli wrzuci się tylko do lochu, to nic z tego nie wynika

Pan dzisiaj mówi o tym w mądry sposób. Ale Pan już jest „po”. Pamięta Pan siebie z „przed”?

Ja byłem straszny. Po prostu mądrala i taki pewien, że wszystko sobie wymyślę.

Intelektualizował Pan.

Tak, że wszystko wiem. Niestworzone rzeczy myślałem! Ale ludzie w tej wspólnocie anonimowych alkoholików w Ameryce byli bardzo tolerancyjni i mówili: „Jak nie pijesz i wierzysz w to i to ci to pomaga – jest OK. Ale przychodź na mityng”. W AA jest powiedzenie: „przynieś ciało, głowa przyjdzie później”. Przecież na początku to my mamy śmietnik w głowie straszliwy. I przychodzimy, przynosimy ciało i powoli coś zaczyna się zmieniać. Na przykład nowicjuszom, którym czasami pomagam, mówię: „ Pójdź na mityng i w ogóle nie zwracaj uwagi na 90 procent rzeczy, które ludzie będą mówić, z którymi się nie zgadzasz, albo których nie rozumiesz. Wyjdź i zapisz pięć rzeczy, z którymi się utożsamiłeś i trzy słowa, które tam padły, które obudziły twoją nadzieję”.

W książce „Rehab”, gdzie się zaczyna Pana praca ze sobą, pod całą tą skorupą takiego właśnie intelektualizowania, racjonalizowania, był człowiek, który nie umiał być człowiekiem. Nie umiał żyć, nie umiał funkcjonować, nie umiał też zobaczyć swojego problemu.

Bałbym się powiedzieć „nie umiał być człowiekiem”. Ponieważ każde z nas nawet pijąc jest człowiekiem. Nie umieliśmy jednak ujawnić przed sobą, okazać własnego człowieczeństwa, bo ono było tak strasznie pijane. Bo ono było tak strasznie……nawet nie pijane, bo przecież problemem alkoholizmu nie jest picie tylko nieuczciwość wobec samego siebie. Wobec tego to życie było tak zakłamane. I największy problem z głównych problemów zdrowienia, czyli tej terapii „12 kroków”, to jest po pierwsze – zobaczyć rzeczywiście siebie w prawdzie, że jestem bezsilny wobec alkoholu, że te wszystkie wykręty, wytłumaczenia, to rzeczywiście były wykręty, a nie powody. A drugie – nauczyć się myśleć uczciwie. Ponieważ alkoholik tak naprawdę oprócz przymusu picia czyli tej kompulsji ma chore myślenie, bo sam siebie tak nazakłamywał. Zawsze albo mówił, kto jest winny, albo litował się nad sobą, albo „jaki ja biedny, jaki ja biedny, muszę się napić”. Samemu tego człowiek nie przerobi, tu się bardzo przydaje drugi alkoholik, który przez to przeszedł.
Nowicjuszom, którym czasami pomagam, mówię: pójdź na mityng i w ogóle nie zwracaj uwagi na 90 procent rzeczy, które ludzie będą mówić, z którymi się nie zgadzasz, albo których nie rozumiesz. Wyjdź i zapisz pięć rzeczy, z którymi się utożsamiłeś i trzy słowa, które tam padły, które obudziły twoją nadzieję
Czyli szansę ma alkoholik jeśli spotka drugiego alkoholika?

Wie Pani, tak się zaczęła wspólnota AA. To był jedyny znany przypadek, to było w Akron w Ohio w 1935 roku, kiedy jeden alkoholik szukał drugiego alkoholika po to, żeby nie pić, a nie po to, żeby z nim pić. I rzeczywiście ta wspólnota tak powstała. Pani mówiła, że te „12 kroków” to jest jedyna metoda, a ja mówię, że ona była dla mnie skuteczna i statystycznie jest to najskuteczniejsza metoda dla największej liczby ludzi. Jeżeli te kroki ktoś dobrze zrobi, to daje niesamowity ład, porządek wewnętrzny, pogodę ducha. Bo ja najgorszy mój okres w życiu i chyba najbardziej nieprzyjemny dla otoczenia nie miałem wtedy, kiedy piłem, ale przez pierwsze 2-3 lata, kiedy przestałem pić. Jeszcze nie umiałem żyć, a …..

…a już nie piłem.

…a już nie miałem lekarstwa. Bo nie jest prawdą, że alkohol jest samym złem. Jakby był samym złem, to nikt by się od tego nie uzależniał. Alkohol jest lekarstwem dla ludzi, którzy nie potrafią sobie radzić z własnymi uczuciami, których organizm być może produkuje mniej endorfin, którzy byli czymś strasznym dotknięci – to w przypadku kobiet, które częściej niż mężczyźni później mogą zapaść na alkoholizm. Tylko to lekarstwo jest jednocześnie trucizną.

Najpierw musiał Pan uznać bezsilność wobec tego diabła, o którym Pan mówił, że Pana dosiadał od czasu do czasu – czyli alkoholu. Potem zaczął Pan szukać Boga, o którym Pan sam powiedział, że „jakkolwiek Go rozumiem”.

Ja nawet używam pojęcia „Bóg jakkolwiek Go nie rozumiem”. I wiem tyle, że On jest i że to nie jestem ja. I wiem po co go potrzebuję.

I tu jest moment pychy, prawda? I egoizmu i egotyzmu własnego, kiedy człowiek myśli, że jego wola jest najważniejsza.

Tak myśli alkoholik. Nie tylko alkoholik, myśli tak dużo ludzi przy władzy, w polityce. Ego jest bardzo wielką siłą, natomiast przerost tego szkodzi. I tu jest ten trzeci krok mówiący o Bogu, jakkolwiek go rozumiemy bądź nie rozumiemy. On mówi o tym, żeby powierzyć, żeby zaufać. Jest w modlitwie „Ojcze nasz” taki fragment „bądź wola Twoja”. Ilekroć słyszę czy mówię, to dodaję „ale nie moja”. Mówię to na wszelki wypadek, żebym nie zapomniał i żebym wiedział, że to o to chodzi. I mój „Bóg, jakkolwiek Go nie rozumiem”, jest fantastyczny. On jest potrzebny po to, żebym potrafił odróżnić między tym, czego ja chcę, a tym, czego ja potrzebuję. I on mi mówi: „Wiktor, ty możesz wszystkiego chcieć, ty możesz się nażreć, chcesz to możesz torebkę całą – pół kilo czekoladek zjeść. Możesz. Ale ja Ci tego nie dam, bo nie potrzebujesz. O, te kobiety Ci się podobają, żebyś romanse przeżył. Ja Ci nie dam, bo Ty tego nie potrzebujesz. Ale chcieć możesz.” I On jest taki właśnie, że On mi pomaga.
Nie jest prawdą, że alkohol jest samym złem. Jakby był samym złem, to nikt by się od tego nie uzależniał. Alkohol jest lekarstwem dla ludzi, którzy nie potrafią sobie radzić z własnymi uczuciami, których organizm być może produkuje mniej endorfin, którzy byli czymś strasznym dotknięci. Tylko to lekarstwo jest jednocześnie trucizną.
Kamila Drecka w rozmowie z prof. Wiktorem Osiatyńskim (fot. TVP)
Pan się zgadza na to. I Pan mówi: „Dobrze, nie chcesz mi dać, to ja się zgadzam”.

Ja mogę Pani powiedzieć, kiedy pierwszy raz coś takiego nastąpiło. To był chyba ’91 albo ’92 rok. To już było, kiedy sobie uświadomiłem, jak to działa rzeczywiście czyli już byłem 8-9 lat trzeźwy, już byłem dosyć rozwinięty. Już może emocjonalne miałem 14-15 lat, a nie 6-7 czyli jak w czasie, gdy przestawałem pić. Miałem wówczas prawie 50 lat. I kiedyś jechałem na konferencję do Budapesztu. I na lotnisku, już po drugiej stronie, chodziła pani bardzo elegancka w uniformie i ja się do niej uśmiechnąłem.

Bo się Panu podobała?

Tak, podobała mi się. Uśmiechnąłem się do niej, ona do mnie podeszła, miło mi się zrobiło. I ona powiedziała: „Taki pan miły”. Ja mówię: „Nie, to pani miła”. A ona: „Wie pan, mam taką prośbę – może byśmy ten samolot przebukowali. Może Pan by został i jutro by Pan poleciał”. Ja od razu pomyślałem, że znowu tak jest, że żaden dobry uczynek nie przejdzie bezkarnie, żaden uśmiech. W pierwszej chwili taka złość mnie ogarnęła, ale po chwili pomyślałem:” A zaraz! Właściwie czemu nie? Może Stary, tak ja Go nazywam – może Stary ma wobec mnie jakieś inne plany? Może chciałby, żebym poszedł z żoną na kolację i do kina?”. I powiedziałem: „Proszę bardzo!”.

I poszedł Pan?

I poszedłem. I od tej pory wiem, że jak coś się zdarzy wbrew temu, co ja chciałem, czy wbrew mojej woli, to znaczy, że On tego nie chciał.

Pozwoli mi się Pan trochę wedrzeć między Pana a tego Boga?

Ja nie wiem, czy On Pani pozwoli. Ja pozwalam.

Jasne! Chodzi mi o to, w jaki sposób Pan nawiązał z nim kontakt? Bo to nie było takie oczywiste. Pan był praktykującym katolikiem wcześniej?
Nie. W dzieciństwie byłem ochrzczony, ale potem, chyba w wieku 15 czy 14 lat z moim przyjacielem odbyliśmy filozoficzną dyskusję w wyniku której uznałem, że nie potrzebuję Boga, żeby zrozumieć świat. I to taki miało charakter. A później w czasie picia pomogło mi to odsunąć Boga całkowicie. Zresztą żaden alkoholik nie może żyć w zgodzie z Bogiem, bo ma do tego zbyt nieczyste sumienie. Natomiast potem, kiedy wytrzeźwiałem, przez jakiś czas chodziłem do kościoła.

Codziennie?

Codziennie. Przez jakiś czas chodziłem codziennie rano, w ramach takich medytacji. Pomagało mi to. A później oddaliłem się od samego Kościoła, który mnie zniechęcił z innych powodów. Kościół katolicki zwłaszcza.

Jako instytucja?

Jako instytucja. Natomiast codziennie rano czytam Ewangelię. Przeczytałem, że Boga trzeba poszukiwać rano, póki jeszcze codzienne sprawy nie wypełnią pokoju naszego umysłu tak szczelnie, że nic się tam nie zmieści.

Poczuł Pan tę transcendencję?

Nie. Takiej, że Pan Bóg przeze mówi, albo we mnie jest – nie.

Ale podobno On do Pana mówi i to głównie w stłuczkach samochodowych.

Tak, w stłuczkach np. mówi: ”Uważaj, jak będziesz się spieszył, to ci jeszcze bardziej przypieprzę”. A kiedyś raz poczułem ten głos. Miałem wtedy taki kryzys wewnętrzny i rodzinny, oczywiście nie umiałem żyć. To sobie myślałem, jak to będę żył sam i w pewnym momencie strzelił we mnie piorun i trafił. To znaczy przyszła taka myśl: „Palancie jeden, znowu żeś sobie wymyślił!”. I wiem, że to Pan Bóg. On jeszcze gorszym słowem powiedział. Mówię, ze względu na szacunek dla słuchaczek nie używam tego słowa na „ch” „a przypomnij sobie, że zawsze jak sobie wymyśliłeś jak chcesz żyć, to się kończyło tym, że się upiłeś!”. I wtedy uznałem, że „bądź wola Jego”.

W wieku 15 czy 14 lat z moim przyjacielem odbyliśmy filozoficzną dyskusję w wyniku której uznałem, że nie potrzebuję Boga, żeby zrozumieć świat. A później w czasie picia pomogło mi to odsunąć Boga całkowicie. Zresztą żaden alkoholik nie może żyć w zgodzie z Bogiem, bo ma do tego zbyt nieczyste sumienie
Jednym z tych kroków właśnie jest to, żeby wybaczyć innym, ale też sobie. Komu trudniej jest wybaczyć?

Wie Pani, na początku innym, a późnij sobie. Nie ma takiego kroku, który by mówił „wybaczyliśmy”, jest krok, który mówi ”zadośćuczyniliśmy”. Czyli ja mam zadośćuczynić innym ludziom. I wtedy przy okazji tego zadośćuczynienia mogę wybaczyć tym, którzy mnie wyrządzili krzywdę. Ale zasadnicze dla mojego pogodzenia się z przeszłością i ze światem jest zadośćuczynić innym ludziom. To nie jest to samo, co przeprosić. Ja pamiętam, jak za trzeźwości strasznie mną targały urazy czyli zapamiętała złość do kogoś. One decydowały czasem o moim dniu, o moim życiu. Zawsze wiązało się z tym, co pomyślę. Gdy sobie pomyślałem: „Jak on mógł tak zrobić?!” to sobie fundowałem urazę. Dzisiaj myślę: „no zrobił tak. Widocznie musiał. Szkoda, trudno”, ale to wtedy buduje raczej wybaczenie niż urazę. To wszystko jest w naszych głowach. I wybaczenie innym też może ułatwiać wybaczenie sobie, ale sobie wybaczyć jest trudniej.

Ludzie łatwo wybaczają i zadośćuczyniają?

Jeżeli ja chce zadośćuczynić - niezwykle łatwo wybaczają. W ludziach nie ma zemsty. W ludziach nie ma złości. Jeżeli ja kiedyś podszedłem do kogoś i byłem krótko trzeźwy i chciałem to odfajkować, i podszedłem mówiąc: „Wie Pan, ja kiedyś pana uderzyłem po pijaku, teraz już jestem trzeźwy, chciałem przeprosić”. On mi nawet ręki nie podał tylko tak jakby splunął i poszedł. On miał rację! Bo ja znowu sobie chciałem jego kosztem coś załatwić. Natomiast, kiedy przychodzę i mówię, że: „skrzywdziłem cię i chcę ci zadośćuczynić” – nie spotkałem przypadku, żeby ktoś to odrzucił. To w postronnych ludziach jest więcej chęci zemsty. Bardzo ciekawe, że ci, którzy byli komunizmem najwięcej dotknięci, najmniej są mściwi. A tacy, których wtedy nigdzie nie było, albo byli w drugim rzędzie, to dzisiaj by chcieli wymierzać sprawiedliwość. Ale podobnie jest ze wszystkim.

Wie Pani, ja robię na przykład jakieś wykroczenie drogowe i utrudniam ruch na drodze - komuś zajadę czy gdzieś pojadę za blisko i tak dalej. I widzę tę złą twarz. I te wyrazy lecące do mnie – nieme, bo przez dwie szyby. I staram się na jakimś kolejnym świetle stanąć równolegle do tego kogoś i otwieram szybę i proszę, żeby też otworzył. I przeważnie człowiek myśli, że będę się z nim wykłócał, albo jego obwiniał, więc ma też tę surową minę. Ja mówię: ”Bardzo chciałem pana przeprosić, bo panu zajechałem. Bardzo przepraszam”. Nie było ani jednego przypadku, żeby ten wyraz złości nie zamienił się w uśmiech.

To nie jest tak, że te kroki to jest tak – dzisiaj pierwszy krok, jutro drugi krok, trzeci za tydzień, a piąty za miesiąc?

Ja tak chciałem. Jak byłem na leczeniu to tak chciałem. I potem nagle ktoś - jeszcze nie Pan Bóg, bo Go nie rozumiałem, a może już bez tego przemówił do mnie słowami: „Ty, chcesz to wszystko tak szybko zrobić, żeby mieć spokój i móc się napić”. To jest robota na całe życie.
Dawniej za trzeźwości strasznie mną targały urazy czyli zapamiętała złość do kogoś. One decydowały czasem o moim dniu, o moim życiu. Zawsze wiązało się z tym, co pomyślę. Gdy sobie pomyślałem: „Jak on mógł tak zrobić?!”, to sobie fundowałem urazę. Dzisiaj myślę: „No zrobił tak. Widocznie musiał. Szkoda, trudno”, ale to wtedy buduje raczej wybaczenie niż urazę.
I ile było takich wahnięć?

Takich wahnięć emocjonalnych, że było lepiej, gorzej? No ostatni był chyba dzisiaj rano, albo wczoraj wieczorem. To jest codziennie. Ja mam takie okresy i to też akceptuję i wówczas z tego wychodzę i wiem, co mam zrobić. Wiem, że mam posprzątać pokój i się lepiej poczuję. Albo coś innego… Mam okresy euforii i wiem, że one miną. I potrafię być przygotowanym na to bez rozpaczy, że się skończyły.

Deklaruje się Pan publicznie jako feminista. Mówi Pan często o tym, że to wynika z tego, że w Pana życiu, przez to, że Pan był alkoholikiem czynnym, te kobiety nie były przez Pana dobrze traktowane.

Tak. Wie Pani, kiedyś byłem współzałożycielem Partii Kobiet jako współzałożyciel byłem we władzach. Krótko to trwało, bo śmieszne byłoby, żeby facet był we władzach Partii Kobiet, więc szybko ustąpiłem. Ale tam wokół tego było paru mężczyzn i na jednym ze spotkań zadaliśmy sobie pytanie: „Dlaczego to robimy?”. Każdy powiedział: „Spłacam dług”.

Ulega Pan różnym innym nałogom. Przyznaje się Pan do pracoholizmu, przyznaje się Pan do tego, że również był w takim AA, tylko dotyczącym przejadania się.

Tak, byłem, ponieważ jak przestałem pić, to z emocjami sobie radziłem obżerając się do czasu, kiedy zaakceptowałem siebie dosyć grubego i wtedy przestałem tyć. Kiedy walczyłem, zawsze tyłem. Dzisiaj patrzę na to tak – prawdopodobnie jestem pracoholikiem, prawdopodobnie mam też inne nałogi. Trzeba odróżnić we wszystkim jedną rzecz – czy jakimś zachowaniem, które jest kompulsywne, nad którym nie panuję, robię krzywdę innym lub sobie, czy nie. Ja z tytułu mojego pracoholizmu nie robię krzywdy innym, ani już sobie nie robię krzywdy.

Jak Pan innym ludziom pomaga przejść na przykład we wspólnotach, to co Pan im mówi takiego najważniejszego, że oni Panu ufają?

Oni mnie widzą. Oni wiedzą, że mówię do sensu i niektórzy chcą, żebym się podzielił tym, co robiłem. 22 kwietnia będzie promocja mojej książki pod tytułem „Drogowskazy”. Ta książka będzie się składać z rozmów z ludźmi, którzy mi pomogli na drodze do trzeźwości i esejów o książkach, które też mi w tym pomogły.

Przyjmuję zaproszenie.

Dziękuję bardzo. Zapraszam i życzę wszystkiego dobrego.

Wiktor Osiatyński – socjolog, prawnik, konstytucjonalista. Wykłada na uniwersytetach w Europie i w Stanach Zjednoczonych.
Prawdopodobnie jestem pracoholikiem, prawdopodobnie mam też inne nałogi. Trzeba odróżnić we wszystkim jedną rzecz – czy jakimś zachowaniem, nad którym nie panuję, robię krzywdę innym lub sobie, czy nie. Ja z tytułu mojego pracoholizmu nie robię krzywdy innym, ani już sobie nie robię krzywdy.


PROGRAM 12 KROKÓW AA

KROK PIERWSZY: PRZYZNALIŚMY, ZE JESTEŚMY BEZSILNI WOBEC ALKOHOLU, ŻE PRZESTALIŚMY KIEROWAĆ WŁASNYM ŻYCIEM.

KROK DRUGI: UWIERZYLIŚMY, ŻE SIŁA WIĘKSZA OD NAS SAMYCH MOŻE PRZYWRÓCIĆ NAM ZDROWIE.

KROK TRZECI: POSTANOWILIŚMY POWIERZYĆ NASZĄ WOLĘ I NASZE ŻYCIE OPIECE BOGA, JAKKOLWIEK GO POJMUJEMY.

KROK CZWARTY: ZROBILIŚMY GRUNTOWNY I ODWAŻNY OBRACHUNEK MORALNY.

KROK PIĄTY: WYZNALIŚMY BOGU, SOBIE I DRUGIEMU CZŁOWIEKOWI ISTOTĘ NASZYCH BŁĘDÓW.

KROK SZÓSTY: STALIŚMY SIĘ CAŁKOWICIE GOTOWI, ABY BÓG UWOLNIŁ NAS OD WSZYSTKICH WAD CHARAKTERU.

KROK SIÓDMY: ZWRÓCILIŚMY SIĘ DO NIEGO W POKORZE, ABY USUNĄŁ NASZE BRAKI.

KROK ÓSMY: ZROBILIŚMY LISTĘ OSÓB, KTÓRE SKRZYWDZILIŚMY I STALIŚMY SIĘ GOTOWI ZADOŚĆUCZYNIĆ IM WSZYSTKIM.

KROK DZIEWIĄTY: ZADOŚĆUCZYNILIŚMY OSOBIŚCIE WSZYSTKIM, WOBEC KTÓRYCH BYŁO TO MOŻLIWE, Z WYJĄTKIEM TYCH PRZYPADKÓW GDY ZRANIŁOBY TO ICH LUB INNYCH.

KROK DZIESIĄTY: PROWADZILIŚMY NADAL OBRACHUNEK MORALNY Z MIEJSCA PRZYZNAJĄC SIĘ DO POPEŁNIANYCH BŁĘDÓW.

KROK JEDENASTY: DĄŻYLIŚMY POPRZEZ MODLITWĘ I MEDYTACJĘ DO CORAZ DOSKONALSZEJ WIĘZI Z BOGIEM, JAKKOLWIEK GO POJMUJEMY, PROSZĄC JEDYNIE O POZNANIE JEGO WOLI WOBEC NAS ORAZ O SIŁĘ DO JEJ SPEŁNIENIA.

KROK DWUNASTY: PRZEBUDZENI DUCHOWO W REZULTACIE TYCH KROKÓW, STARALIŚMY SIĘ NIEŚĆ POSŁANIE INNYM ALKOHOLIKOM I STOSOWAĆ TE ZASADY WE WSZYSTKICH NASZYCH POCZYNANIACH.

Wybrane dla Ciebie