„Skutki doskonałej propagandy partii komunistycznej”. Od milczenia po szczątkowe komunikaty – tak wyglądały pierwsze dni po wybuchu elektrowni atomowej w Czarnobylu. – Związek Radziecki informował wyłącznie o tym, o co było wygodne i korzystne dla władzy – czyli o sukcesach, ale nie o porażkach. Katastrofa była ogromną klęską, ogromnym zagrożeniem, o którym nie można było mówić – przyznała w rozmowie z portalem TVP.Info prof. dr hab. Svitlana Romaniuk z Instytutu Ukrainistyki Wydziału Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego. Mijają cztery dekady od wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu – jednej z największych katastrof nuklearnych na świecie. Jak bardzo komunikacja po tamtym wydarzeniu różniła się od dzisiejszego przekazu medialnego?Prof. dr hab. UW Svitlana Romaniuk, Instytut Ukrainistyki Wydziału Lingwistyki Stosowanej UW: Ważne, aby to wybrzmiało, że minęło aż 40 lat od tego wydarzenia. Miało to miejsce za mojego życia i cieszę się, że nie musiała pani tego przeżywać. Oprócz tego, że cała sytuacja polityczna zmieniła się w naszym obszarze Europy Środkowo-Wschodniej, ale też, tak jak pani słusznie wspomniała, zmieniły się spostrzeżenia na temat tego, jak był konstruowany przekaz i w jaki sposób ten przekaz trafia do współczesnych odbiorców. Przede wszystkim w czasie, kiedy tragedia się wydarzyła, informacji było zero. To była narracja zgodna z ówczesną polityką. Związek Radziecki informował wyłącznie o tym, o co było wygodne i korzystne dla władzy – czyli o sukcesach, ale nie o porażkach. Katastrofa była ogromną klęską, ogromnym zagrożeniem, o którym nie można było mówić. Ówcześni przywódcy nie mówili wszystkiego, bo – jak sami uzasadniali – nie chcieli siać paniki. Z jednej strony mamy też takie sytuacje obecnie, żeby nie siać paniki w związku z wojną. Ten przekaz jest łagodzony, nie jest mówione wprost, że grozi nam to i tamto. Natomiast wtedy najgorsze było to, że przekaz dotyczący wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu był tuszowany. Dopiero zachodnie media zaczęły alarmować, mówić o tym, że wydarzyła się straszna tragedia, że to już dotarło do Europy i dalej. Zatem odpowiadając bardzo krótko na to pytanie: zmieniło się dużo. Czytaj także: Rosja liczy, że Bułgaria zastąpi Węgry. Ale Bułgarzy na to nie pozwoląZaczęła się cała polityka jawności, czyli głasnosti (element reform Michaiła Gorbaczowa przeprowadzony w ramach pieriestrojki. Zmiana miała na celu wprowadzenia jawności życia publicznego i otwarcie informacyjnego na świat – red.) w Związku Radzieckim. Przekaz medialny, do którego możemy mieć dużo zastrzeżeń, taki jak w Federacji Rosyjskiej czy w innych państwach poradzieckich, jest zaburzony, nie jest właściwy, aczkolwiek nie jest taki sam jak pod koniec lat 80. Zatrzymam się na moment przy tej współczesnej Rosji. Czym w takim razie różni się obecna kremlowska narracja od tego, co i jak komunikowały 40 lat temu władze Związku Radzieckiego? Myślę, że we współczesnej Rosji mamy do czynienia z budowaniem narracji medialnej za pomocą prostych zdań – wszystko jest pod kontrolą, wszystko wiemy i robimy to w dobrej wierze. Tylko że ten sposób komunikacji jest bardziej otwarty niż za czasów ZSSR. Mamy na przykład aranżowane spotkania obecnych władz Rosji z wybranymi dziennikarzami. Natomiast wtedy przekaz zaczynał się i kończył na trzech zdaniach w dwóch czy trzech miejscach – „Izwiestii”, „Prawdzie”, czyli organie prasowym Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, a także w oficjalnym środku przekazu, czyli agencji prasowej TASS, gdzie były tylko szczątkowe informacje.Michaił Gorbaczow, który pełnił wtedy rolę przywódcy Partii Komunistycznej Związku Radzieckiego, zabrał głos dopiero dziewiątego dnia po wybuchu elektrowni jądrowej.Oczywiście wiemy, że obecni przywódcy Rosji też nie spieszą się z tym, żeby informować. Aczkolwiek w trosce o wyborców, na których głosach im jednak zależy, mimo fałszowania wyborów i całokształtu tej polityki, starają się teraz szybciej mówić. Przy okazji w pewien sposób przekonać do swoich racji.Dlaczego ten przekaz w 1986 roku był inny? Dlatego, że obywatele ZSSR byli przyzwyczajeni do takiej komunikacji. Wynikało to z ogromnego zaufania do imperium, które zawsze miało rację, nie potrzebowało doradców z żadnego innego kraju. Czytaj również: Wróciło widmo Czarnobyla. Izotopy promieniotwórcze unoszą się w powietrzuTo właśnie sprawiało, że przekazy były wiarygodne dla odbiorców. Nawet obywatele, którzy mieli możliwość posłuchać Voice of America i docierali prawdziwych informacji, potrafili w nie wątpić. Czytaj również: „35 dni w Czarnobylu” – walka o przetrwanie. Premiera filmu w TVP1Czytając wspomnienia osób, które były bezpośrednio związane z katastrofą, można zauważyć, jaki ogrom ludzi wierzył w przekazy Związku Radzieckiego. Pomimo naszej współczesnej wiedzy wciąż zaskakujące jest to, jak ogromnym zaufaniem darzono państwo. To skutek dziesięcioleci doskonałej propagandy partii komunistycznej. W Polsce jednym z pierwszych komunikatów na temat tego, co wydarzyło się w Czarnobylu, była informacja, że miał miejsce wypadek, władze opanowują sytuację, a poszkodowanym udzielono pomocy. Bliska mi osoba opowiadała, że w jej szkole jedna z koleżanek wspomniała, jak ciocia z Ameryki zadzwoniła z wiadomością, że na terenie ZSRR wydarzyło się coś poważnego. Zostało to jednak wyśmiane, mimo że było to już jakiś czas po wybuchu elektrowni jądrowej. Jak wyglądało to w samym Związku Radzieckim? Czy sposób, w jaki informowano o wydarzeniach w Czarnobylu, można uznać za formę dezinformacji? Uważam, że dezinformacją możemy nazwać te kolejne etapy, o których pani wspomniała. Mam na myśli tuszowanie liczby ofiar awarii, danych o poszkodowanych. Natomiast w tym pierwszym okresie warto nazwać to brakiem informacji. Kluczowe kwestie były znane tylko osobom decyzyjnym. Mam tu na myśli członków partii. Przypomnę, że w pierwsze dwie doby to był czas, kiedy dzieci szły do szkoły, spędzały czas na podwórkach z rówieśnikami, jeździły na rowerkach. Jednocześnie zauważyły, że nad elektrownią unosi się dym. W tym pierwszym momencie była absolutna cisza informacyjna.Czytaj również: Ukrainka z rosyjskim obywatelstwem. „To moje piętno”Czy pamięta pani, jak brzmiały pierwsze komunikaty dotyczące wybuchu elektrowni atomowej? Byłam w drugiej klasie szkoły podstawowej, więc wtedy moja wiedza nie była wystarczająca, aby pojąć tę tragedię i zrozumieć jej konsekwencje. W następnych latach, pod wpływem polityki głasnosti, zaczęto mówić głośniej. Ten przekaz nadal jednak nie był taki otwarty – nazwałabym go wręcz szczątkowym. Aczkolwiek pewne informacje docierały i mieliśmy świadomość zagrożenia. Pamiętam, że jako dzieci zwracaliśmy uwagę, jakiego koloru są kałuże – jeżeli miały taką otoczkę zielono-żółtą, to wiedzieliśmy, że to coś złego i nie można w nie wchodzić. Nie przypominam sobie jednak, by był to przekaz rzetelny, na przykład jakieś spotkania w szkole czy poza nią o tym, jak zadbać o bezpieczeństwo. Natomiast w domu rodzina ostrzegała, że jeżeli jest bardzo gorąco, to nie powinniśmy wychodzić na podwórko. Wydaje mi się, że to były doraźne środki bezpieczeństwa, które w najlepszej wierze przekazywano ustnie. Czytaj także: Mołdawia ma dość Rosji. „Putin to kolejny Hitler”Jeżeli mówimy o przekazie oficjalnym, nie przypominam sobie, abyśmy w szkole byli informowani na temat ówczesnej sytuacji. Podczas podawania leku, mam na myśli tabletki jodu, nie mówiono uczniom, dlaczego muszą to przyjmować. Czy musiała pani wziąć udział w pochodzie pierwszomajowym? Wydaje mi się, że w tamtych czasach nie było możliwości, aby nie brać udziału w takich uroczystościach. Nie pamiętam, czy w moim mieście odbyły się one w 1986 roku. Zakładam, że miały miejsce, skoro w Kijowie odbyła się tak zwana demonstracja czarnobylska, a tak naprawdę to był pochód pierwszomajowy. Czytaj także: (Nie)szczęśliwy jak Polak. Dlaczego radość przychodzi nam z trudem?Zaburzenie w jakimkolwiek kalendarzu partii komunistycznej czy Związku Radzickiego to ewenement większy niż – przepraszam za porównanie – katastrofa na skalę Czarnobyla. To jest niepojęte i bardzo się cieszę, że nie jest to elementem naszej współczesnej rzeczywistości. Wtedy to było patologiczną normalnością. Wspomniała pani, że w szkole dzieci obowiązkowo musiały przyjmować tabletki z jodem. W Polsce podawano płyn Lugola (wodny roztwór czystego jodu w roztworze jodku potasu – red.), który dostawały przede wszystkim dzieci. W ówczesnym Związku Radzieckim podawano tabletki. Moment wydawania tego lekarstwa był wręcz świętem dla dzieci. Celowo użyłam takiego sformułowania, gdyż uczniowie cieszyli się, że dostają słodkie, malutkie tabletki, które w czasach, gdy słodycze były trudno dostępne, były pewnego rodzaju nagrodą. Niosło to za sobą zagrożenie dla zdrowia. Tabletki były przechowywane w pięknym, plastikowym opakowaniu, które na tamte czasy robiło ogromne wrażenie. Smak tabletek i zachęcający wygląd butelki sprawiały, że dzieci podbierały ten lek, tym samym przyjmowały jego kolejne dawki, co mogło być szkodliwe. Niestety zabrakło edukacji w tym zakresie i dzieci nie miały świadomości konsekwencji. Nie wiem, jak bardzo rodzice byli świadomi takich zachowań – na pewno nie działo się to w każdym domu. Na długo pozostało w pamięci wielu osób słodki smak tych tabletek. Przede wszystkim dorośli chcieli, jak tylko mogli, ochronić najmłodszych. Czy wśród pani najbliższych ktoś zachorował po wybuchu elektrowni w Czarnobylu? Nie mam dostępu do takich statystyk, nie chcę więc powiedzieć, że zachorowania w tym czasie były ściśle powiązane z katastrofą w Czarnobylu. W mojej rodzinie kuzynka, która urodziła się w 1986 roku, miała poważne problemy zdrowotne, jednak nie chcę twierdzić, że to rzeczywiście było pokłosiem tego zdarzenia. Dane dotyczące zachorowalności po Czarnobylu trafiły do informacji publicznej lata później – rzeczywiście wzrosła ta zachorowalność na różne rodzaje raka, między innymi białaczkę. Wówczas bardzo dużo o tym się mówiło, szczególnie o dzieciach urodzonych w 1986 roku.Czytaj także: Została zamordowana, bo postawiła się dyktaturze PutinaZostał też społeczny lęk wśród osób, które doświadczyły katastrofy elektrowni jądrowej w Czarnobylu – ludzie wciąż obawiają się powstanie elektrowni jądrowej w Polsce, bo dla nich taka elektrownia równa się Czarnobyl. Zastanawiam się jednak, jak to wygląda w Ukrainie – czy jest tam dziś miejsce na pamięć o tej tragedii? Czy odbywają się jakieś obchody rocznicowe? W Ukrainie nie zapomniano o tej strasznej tragedii. Wiemy, że to zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy z Białorusią, niedaleko Rosji, więc skutki odczuły także kraje sąsiadujące, a wtedy wszystkie republiki Związku Radzieckiego.Obchody w Czarnobylu odbywają się corocznie. Organizowane są konferencje i dyskusje o przyczynach katastrofy oraz jej skutkach – ekologicznych, zdrowotnych, propagandowych i politycznych. Coraz częściej podkreśla się również rolę tej tragedii w rozpadzie Związku Radzieckiego. Wspomina się o niej także dlatego, że w tamtych rejonach pozostali ludzie, którzy nigdy nie pogodzili się z koniecznością opuszczenia swoich domów. To przecież piękne tereny – polany, lasy, rzeki. Można zrozumieć tych, którzy nie chcieli wszystkiego zostawić i wyjechać w nieznane. Dlatego ważne jest przypominanie różnych aspektów tej tragedii, a także spojrzenie na nią globalnie – zastanowienie się, czego jako ludzie nie powinniśmy robić i co powinniśmy robić lepiej, zwłaszcza w kontekście informowania. Co nam służy, a co zagraża nam i innym. Czarnobyl nie jest więc traktowany wybiórczo. Prowadzone są również ciągłe badania naukowe na tym obszarze. Przyroda się tam odradza, pojawiają się nowe gatunki zwierząt. Naukowcy podkreślają, że nie jest to teren, który należy wykluczyć i zapomnieć, lecz badać i wyjaśniać.Czytaj również: Rosja Prometeuszem, Chrystusem i Winkelriedem narodówW kontekście zagrożenia atomem warto podkreślić, że to także element dezinformacji. Problemem nie jest sam atom, lecz niewłaściwe działania i decyzje. Nie chodzi o obwinianie wyłącznie kilku osób – to była odpowiedzialność całego systemu. Osoby pracujące przy tym eksperymencie nie były wystarczająco poinformowane o działaniu elektrowni, systemach bezpieczeństwa i procedurach. Nie można więc winić tylko tych kilkudziesięciu czy kilkuset osób. Zawiódł system, który wymuszał realizację eksperymentu w określonym czasie, mimo ryzyka. To były zaniedbania systemowe. Ci ludzie wykonywali rozkazy, a nie wszyscy byli odpowiednio wykwalifikowani, co jest szczególnie niepokojące.Mam wrażenie, że katastrofa to do dziś pewnego rodzaju wspólna trauma. Jakie wnioski możemy wyciągnąć 40 lat po tej tragedii?Na pewno już wiele wyciągnęliśmy. Uczymy się szacunku dla przyrody, znaczenia rzetelnej nauki i odpowiedzialnego wykorzystywania wiedzy. Uczymy się też – z różnym skutkiem – że system nie zawsze właściwie funkcjonuje. Musimy ufać tym, którzy mają wiedzę i kompetencje, choć wiemy, że nie zawsze to działa idealnie. Chodzi o to, by decydujące znaczenie miała wiedza naukowa i ekspercka, a nie decyzje podejmowane pod wpływem nacisków politycznych. Nawet jeśli nie wszyscy od razu wyciągnęli właściwe wnioski, samo to, że dziś o tym rozmawiamy, ma ogromną wartość. Zobaczyliśmy też człowieka, który nie jest jedynie trybikiem w systemie, ale jednostką zdolną do samodzielnego myślenia. To również miało znaczenie dla późniejszych przemian, w tym rozpadu Związku Radzieckiego. Nie chcę mówić, że ktoś „skorzystał” na tej tragedii, ale sztuka pomogła nam zrozumieć jej skalę i to, jak długo pozostaje ona w pamięci kolejnych pokoleń. Dziś większe znaczenie mają rzetelne informacje – nie boimy się samej elektrowni jako budynku, lecz tego, jak podchodzi się do kwestii bezpieczeństwa. Pozostała z nami także ogromna świadomość znaczenia informacji i potrzeba jawnej, transparentnej komunikacji o tym, co dzieje się na świecie. Czytaj także: Druga elektrownia atomowa. Premier zasugerował lokalizację