Przegląd tygodnia. Kiedy trzy tygodnie temu Sejm wybrał sześciu nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, tym samym po długim czasie zapełniając sześć wakatów, natychmiast pojawiło się pytanie: co dalej? Z ustawy o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego wynika, że wybrani sędziowie powinni złożyć wobec prezydenta ślubowanie o treści: „Ślubuję uroczyście przy wykonywaniu powierzonych mi obowiązków sędziego Trybunału Konstytucyjnego służyć wiernie Narodowi, stać na straży Konstytucji, a powierzone mi obowiązki wypełniać bezstronnie i z najwyższą starannością”. Wiemy jednak, że wcale nie musi się tak stać. Przecież w 2015 roku Andrzej Duda nie przyjął ślubowania od trzech prawidłowo wybranych sędziów Trybunału. Dość szybko także z otoczenia Karola Nawrockiego, głównie za sprawą szefa jego kancelarii Zbigniewa Boguckiego, zaczęły płynąć sygnały, że prezydent nie patrzy przychylnie na decyzję Sejmu. Tymczasem zarówno minister sprawiedliwości Waldemar Żurek, jak i środowiska prawnicze przekonywały, że sędziowie TK stają się nimi już w momencie wyboru przez Sejm.W tym tygodniu sprawa częściowo się wyjaśniła. Karol Nawrocki przyjął ślubowanie od dwojga z sześciorga nowych sędziów – Magdaleny Bentkowskiej i Dariusza Szostka. Prezydent tłumaczył, że kierował się ich życiorysami. Trudno jednak nie zauważyć, że byli to akurat kandydaci, których wskazał PSL (Bentkowską) i Polska 2050 (Szostka), a nie Koalicja Obywatelska.Zbigniew Bogucki przekonywał, że prezydent odebrał ślubowanie tylko od dwóch osób, ponieważ w trakcie jego kadencji powstały właśnie dwa wakaty w Trybunale. Trochę tak, jakby wydarzenia sprzed sierpnia 2025 roku, kiedy Nawrocki objął urząd, po prostu się nie liczyły. Szef kancelarii dodawał również, że obsadzenie tych dwóch miejsc pozwala Trybunałowi orzekać w pełnym składzie.Ze strony Prawa i Sprawiedliwości oraz sprzyjających mu komentatorów szybko pojawiły się głosy, że prezydent tym sprytnym ruchem „rozegrał” koalicję 15 października. Prawnicy odpowiadają jednak twardo: prezydent nie ma prawa wybierać, od których sędziów przyjmie ślubowanie, a których zignoruje.Zresztą sami sędziowie – zarówno ci, którzy złożyli przysięgę, jak i pozostała czwórka: Marcin Dziurda, Anna Korwin-Piotrowska, Krystian Markiewicz oraz Maciej Taborowski – podkreślają, że prezydent powinien przyjąć ślubowanie od wszystkich. Nie wykluczają przy tym złożenia go w innej formule niż przed głową państwa. Z kolei Donald Tusk zapewnia, że nie jest zaskoczony decyzją prezydenta i że koalicja znajdzie sposób, by sędziowie mogli rozpocząć pracę.Czytaj też: Dwoje sędziów zaproszonych przez prezesa TK. „Wybór był skuteczny”***Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu dla telewizji wPolsce24. W rozmowie z Anitą Gargas przekonywał, że wskazanie Przemysława Czarnka na przyszłego, potencjalnego premiera po kolejnych wyborach parlamentarnych było decyzją trafną, która ma powstrzymać odpływ wyborców PiS do skrajnej prawicy, czyli Konfederacji oraz partii Grzegorza Brauna. Z badań wynika bowiem, że to właśnie tam coraz częściej kieruje się elektorat Prawa i Sprawiedliwości, choć jeszcze do niedawna funkcjonowała zasada Kaczyńskiego, że po prawej stronie PiS już tylko ściana.Wewnątrz największej partii opozycyjnej wciąż jednak wrze. Najpierw jednak kilka słów o samym wywiadzie. Jarosław Kaczyński ma bowiem zwyczaj, że udzielając wypowiedzi medialnych, komunikuje się nie tylko z opinią publiczną, ale również (a może przede wszystkim) z własnym zapleczem politycznym.Chwaląc Przemysława Czarnka, prezes PiS zaznaczył jednocześnie, że wybór mógł paść na innego polityka, Zbigniewa Boguckiego, obecnego szefa Kancelarii Prezydenta Karola Nawrockiego, jednak na tę kandydaturę nie zgodził się sam prezydent. O tym, że Bogucki był pierwszym wyborem Kaczyńskiego, mówiło się już wcześniej, teraz te doniesienia potwierdził sam prezes.Kaczyński jasno deklaruje też utrzymanie kursu na prawo, celem bowiem jest odzyskanie wyborców bardziej radykalnych. Pytanie jednak, czy bez umiarkowanego elektoratu centroprawicy PiS ma realne szanse na wygraną w kolejnych wyborach. A przecież to właśnie zwycięstwo pozostaje dziś najważniejszym celem prezesa.W rozmowie nie zabrakło również odniesień do Mateusza Morawieckiego. Jarosław Kaczyński podkreślał słabość jego pozycji w PiS, przypominając, że popularność byłego premiera nie jest wcale wysoka.***Niewątpliwie ciosem w otoczenie Morawieckiego jest zawieszenie w prawach członka PiS jego bliskiego współpracownika, Krzysztofa Szczuckiego. Poinformował o tym rzecznik prasowy PiS Rafał Bochenek w ślad za decyzją Jarosława Kaczyńskiego.Dlaczego? Od pewnego czasu polityk dawał wyraz swojej niezależności. Nie dostosowywał się także do dyscypliny partyjnej: w ubiegłym tygodniu, podczas głosowania nad wetem prezydenta Karola Nawrockiego do reformy Kodeksu Postępowania Karnego, wstrzymał się od głosu. Był również zwolennikiem tego, aby prezydent przyjął ślubowanie od wszystkich nowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego.Widać, że Jarosław Kaczyński wprowadza w życie zapowiadaną wcześniej (choćby podczas wystąpienia w Krakowie, gdy wskazywał Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera) zasadę, według której każdy wyłom w partyjnej linii będzie wiązał się z surowymi konsekwencjami. Można odnieść wrażenie, że w PiS większym przewinieniem niż nawet problemy z prawem czy notoryczne łamanie przepisów ruchu drogowego jest dziś brak lojalności wobec partyjnej dyscypliny.***Skoro wciąż mowa o Mateuszu Morawieckim, warto zauważyć, że w środę, podczas Europejskiego Forum Rolniczego w Jasionce, doszło do debaty byłego premiera z wicepremierem i ministrem obrony narodowej Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Choć rozmówcy w wielu kwestiach pozostawali w kontrze, znalazło się też kilka momentów, w których mówili jednym głosem.Dla części środowiska PiS był to sygnał, że pojawiające się od tygodni pogłoski o możliwym wyjściu Mateusza Morawieckiego i jego zaplecza z partii, lub przynajmniej wyraźniejszym zdystansowaniu się od niej, mogą mieć w sobie ziarno prawdy.Na najbardziej rozpolitykowanej platformie X nie brakowało opinii, że Morawiecki „zaorał” szefa MON, ale pojawiły się też głosy wyraźnego niezadowolenia, że taka rozmowa w ogóle miała miejsce. To wszystko wpisuje się w szerszą dyskusję o tym, czy na polskiej scenie politycznej pojawi się nowa prawicowa formacja. Taki scenariusz oznaczałby dalsze rozdrobnienie prawej strony i – w perspektywie wyborów w 2027 roku – znacznie trudniejsze, bardziej skomplikowane rozmowy koalicyjne, których powodzenie wcale nie byłoby przesądzone, gdyby zrealizował się scenariusz, w którym to PiS starałby się zbudować koalicję rządową.Czytaj też: Petru: Nie sądzę, by Kaczyński ryzykował taką grę***W związku z tym, że prawdopodobnie czytają Państwo mój felieton w Wielką Sobotę, chciałabym skorzystać z okazji, by życzyć Państwu spokojnych, radosnych świąt i może odrobiny mniej polityki przy świątecznych stołach.