Okazuje się, że to nie do końca nasza wina. Czy szczęście da się zmierzyć? Uniwersytet w Oxfordzie opublikował najnowszy „The World Happiness Report”, czyli zestawienie najszczęśliwszych krajów na świecie. Nie brakuje w nim niespodzianek, chociaż dla specjalistów choćby miejsce Polski nie jest wcale takie zaskakujące. O tym, dlaczego mieszkańcy naszego kraju niekoniecznie emanują radością – i dlaczego to nie do końca nasza wina – wyjaśnia w rozmowie z portalem TVP.Info dr Małgorzata Godlewska, psycholog społeczny, trener i coach z Uniwersytetu SWPS. Już na początku tego raportu mamy zaskoczenie, bo okazuje się, że najszczęśliwsi czują się mieszkańcy Finlandii. Nie jakiegoś wyjątkowo bogatego kraju, nie państwa na rajskiej wyspie, a właśnie Finlandii. Co więcej, to jej kolejne zwycięstwo z rzędu od 2017 roku. Może w takim razie już nie powinno nas to dziwić? Dr Małgorzata Godlewska: Można pomyśleć, że to pewne zaskoczenie, bo jest to kraj, który nie jest położony w jakiejś sprzyjającej strefie klimatycznej, do tego obserwuje się tam wcale nie najniższy wskaźnik depresji u obywateli. Z drugiej strony, kiedy spojrzymy na takie czynniki jak wysokie zaufanie do instytucji, poczucie bezpieczeństwa, dostęp do dobrej edukacji, wysoki wskaźnik PKB i dodamy do tego silne korzystanie z dóbr naturalnych oraz dobry kontakt z naturą – to okazuje się, że to są bardzo ważne rzeczy. To wszystko może tworzyć właśnie taki obraz końcowy. Dla wielu osób właśnie takie niepozorne na pierwszy rzut oka czynniki mogą być najbardziej zaskakujące. Okazuje się bowiem, że takie drobne rzeczy są ważniejsze, niż pewnie wielu z nas sądziło. Nie trzeba mieć bogactwa jak Szwajcaria, bo o zadowoleniu z życia w danym miejscu decyduje coś innego niż pieniądze. Oczywiście te czynniki, które na przykład Szwajcarzy mają dostępne w większym stopniu niż Finowie, pewnie mają jakieś znaczenie. Natomiast wydaje mi się, że jedną z ważniejszych rzeczy, jaka może wpływać na poziom zadowolenia, jest to, jakie mamy relacje z innymi ludźmi i jaką mamy równowagę pomiędzy życiem a pracą, czyli tak zwane work-life balance. W przypadku tych relacji mówimy i o ludziach, którzy są nam najbliżsi – rodzinie, przyjaciołach, ale też o otoczeniu, bo ważne jest również to, jakie mamy relacje sąsiedzkie, w jaki sposób reagujemy na osoby, które mało znamy, albo których w ogóle nie znamy. Są też, już od lat, badania w psychologii, które pokazują, że ludzie, którzy na przykład udzielają się wolontariacko, czy też w ogóle pomagają, bo to nie musi być nawet usystematyzowane, czują się lepiej. Mimo że wydatkują energię, swój czas, niekiedy pieniądze, to jednak okazuje się, że wpływa to na ich poziom zadowolenia. Czują się jakby lżej, lepiej, bo pomagają innym. Jeśli są wdzięczni innym osobom za różne rzeczy – czyli też w relacji z drugim człowiekiem, ale również w relacji z sobą, bo przecież ja sobie też mogę być wdzięczna – jeżeli myślą o tym i realizują taką ideę, to badania pokazują, że poziom zadowolenia jest wtedy po prostu wyższy. Jak ocenia pani to 24. miejsce Polski? Jest pani zaskoczona czy niekoniecznie? Bo nie jest źle, ale jakoś świetnie też nie. Chyba nie dziwi. Myślę, że Polacy mają więcej powodów do zadowolenia niż kiedyś – tak można powiedzieć ogólnie [śmiech]. Natomiast nadal istnieją w naszym kraju różne bolączki. Wydaje mi się, że jednak duże znaczenie ma również nasza trudna przeszłość. Jest świetna książka profesora Bilewicza „Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości”, która pokazuje, jak w sposób transgeneracyjny działa trauma wojenna. Pomimo że ludzie, którzy w tej chwili żyją – szczególnie młodzi ludzie – mają do tych czasów, powiedzmy, 2-3 pokolenia wstecz, to jednak jeżeli w rodzinie to jest żywe w opowieściach, przeżyciach, w sposobie reagowania i funkcjonowania osób bliskich, okazuje się, że ma po prostu spore przełożenie na to, jak postrzegamy świat.CZYTAJ TEŻ: Pekin zamiast Harvardu. Rośnie nowa edukacyjna potęgaJeżeli ktoś jest wychowywany w rodzinie, w której cały czas pojawiają się lęki o to, czy jest bezpiecznie, o jakieś inne kwestie, to się tym przesiąka, nawet jeśli nie miało się z tymi wydarzeniami bezpośredniego kontaktu, Jesteśmy krajem, który doświadczył nieszczęść wojennych w bardzo dużym stopniu. Są też badania, które pokazują, że ludzie w innych krajach, nawet w innych częściach świata, ale z podobną historią, funkcjonują podobnie. Dlatego to też może być niestety powodem, dla którego Polacy nie do końca się cieszą, do tego po wielu latach życia komunizmie cały czas nie mają takiej swobody i lekkości we współdziałaniu. U nas ciężko realizuje się ideę współzależności, bo cały czas mamy z tyłu głowy wątpliwość, czy to nie jest przypadkiem zależność od kogoś. Albo czy nieświadomie nie pomagamy konkurencji. To druga rzecz. Nie mamy dużego poziomu zaufania do innych, a przecież w tym raporcie też jest mowa o tym, że zaufanie i uczciwość to komponenty, które mają duży wpływ na to, czy czujemy się zadowoleni. Tymczasem u nas wszystko trzeba wyszarpać, przytrzymać i dbać o to [śmiech]. Wydaje mi się, że takie poszukiwanie i zabezpieczanie dóbr zabiera energię – fizyczną, ale chyba przede wszystkim taką mentalną, emocjonalną. Przy tym wyszarpywaniu akurat obwiniałabym doświadczenia z PRL-u, czyli pustki w sklepach, kartki, a przede wszystkim kolejki. No tak. Myślę, że jak się popatrzy na Polaków, którzy wjeżdżają za granicę, gdzie jest zupełnie inny sposób funkcjonowania, to przecież oni te schematy przenoszą. To się oczywiście zmienia, bo nie jest tak, że takie zachowania są niezmienne od tamtych czasów. Natomiast na pewno nie dzieje się to dynamicznie, bo nie da się tak po prostu zapomnieć o tym wszystkim, co było. CZYTAJ TEŻ: Mity o pasożytach. Odrobaczać się czy nie?Rzuca pani zupełnie nowe światło na naszą sytuację, bo okazuje się, że ten brak uśmiechu, często też, powiedzmy wprost, brak życzliwości u Polaków – co sami u siebie dostrzegamy – to nie do końca nasza wina, tylko częściowo efekt wydarzeń z historii. Myśli pani, że to w ogóle minie za ileś lat, pokoleń, czy sami musimy wykonać pracę i spróbować trochę zmienić podejście? To jest bardzo złożony temat i nie da się znaleźć prostej, krótkiej odpowiedzi na te pytania. Natomiast na pewno w jakimś zakresie czas może leczyć rany, czyli im więcej czasu upływa, tym te wpływy są mniejsze. Ktoś, kto ma bezpośredni kontakt z osobą, która doświadczyła trudnych rzeczy, jest przesiąknięty tym zdecydowanie bardziej niż osoba z kolejnego pokolenia, która nie spędziła już z tym człowiekiem tyle czasu. Oczywiście, jeżeli mamy rodziny, w których były jakieś bardzo traumatyczne doświadczenia, to te wpływy będą się utrzymywały trochę dłużej niż u pozostałych ludzi, którzy też żyli w tamtych czasach. Natomiast Polacy, tak jak pani powiedziała, sami widzą, że często nie mają tego pozytywnego nastawienia. Kiedy się robi takie porównanie, jak funkcjonujemy my i jak funkcjonują na przykład Amerykanie, zagadnięci na ulicy, to Amerykanie przesadzają w drugą stronę, u nich wszystko jest świetnie. Natomiast Polacy: „oj, stara bieda”. I tutaj pojawia się lista nieszczęść, o których możemy powiedzieć przypadkowo spotkanemu znajomemu, z którym na co dzień nie mamy kontaktu. Czyli: nie dzielimy się radościami, częściej dzielimy się nieszczęściami. Ale to też się zmienia. Młodzi ludzie, te młodsze pokolenia, już się zmieniają, częściej się uśmiechają, również dlatego, że mają większy kontakt z ludźmi „ze świata”, więcej podróżują, zbierają doświadczenia. Myślę, że te starsze pokolenia też są na swój sposób pokrzywdzone, bo padły ofiarą tego, że przez lata nie można było podróżować. A teraz takie inne realia i zachowania do poobserwowania są w zasięgu ręki. Tak! Mam dużo kontaktu z młodymi ludźmi ze względu na nauczanie, ale mam też osobiste doświadczenia. I faktycznie jest tak, że młodzi ludzie już trochę inaczej na to wszystko patrzą. Na pewno to kwestia czasu, który musi upłynąć, żeby to się stało jakimś standardem. Natomiast nadal jak się pojedzie do takich krajów jak na przykład Włochy, gdzie ludzie są w takim bardzo dużym kontakcie, sporo się uśmiechają, zaczepiają innych po to, żeby wymienić się jakąś pozytywną energią – to widać różnicę. Tego u nas na pewno nie widać w takim stopniu jak tam, nie jest to widoczne na ulicach. Młodzi ludzie raczej siedzą pochyleni nad swoimi sprawami, w słuchawkach, nie są tacy otwarci na innych. Myśli pani, że kiedyś będziemy częściowo jak ci Włosi, czy raczej to nasze DNA i setki lat doświadczeń z przeszłości „wygrają”? Ja raczej jestem optymistką, natomiast jak pani o to pyta, to nie wiem, czy nie skłaniałabym się bardziej w stronę realizmu [śmiech]. Mam jakieś takie podskórne przeczucie, że chyba musiałby upłynąć dużo wody i wiele lat, żeby to się zmieniło w tę włoską stronę. Jednak, jak pani powiedziała, to nie jest kwestia pojedynczych zdarzeń, tylko setek lat doświadczeń, wydarzeń historycznych, nawet pogody. Również tego, jak ten kraj wygląda i co ma po tych setkach lat. CZYTAJ TEŻ: Moje dziecko, moja marka. Beckhamowie na wojnie z najstarszym synemJak się pojedzie do Włoch i zobaczy zachowane dobra kultury, to przecież ta historia jest w nich widoczna. U nas Warszawa została w 90 proc. po prostu zmieciona podczas działań wojennych. Jak się o tym pomyśli, to też na długo w nas zostaje. Przez lata ten kraj był odbudowywany, ciągle jest zmieniany. Mniej jest świadectw tego, jak dobrze było. To też pewnie ma jakieś znaczenie. Myślę, że wszystko będzie szło ku dobremu, natomiast dynamicznych zmian czy jakichś nagłych zwrotów bym się nie spodziewała. Czas pokaże. iHistoria okrutnie nas doświadczyła, tu nie ma żadnych wątpliwości. Zresztą na każdym kroku mamy pomniki, tablice, które przypominają o jakichś tragicznych wydarzeniach – i trzeba o tym wszystkim pamiętać. Natomiast zastanawiam się, czy nie jest też trochę tak, że choćby w szkołach dużo mówi się o porażkach, klęskach, a trochę za mało uczymy się o sukcesach, których jako Polacy przecież również mamy wiele na koncie. Czy to też jest kwestia tych naszych narodowych traum, czy raczej winne jest tu po prostu rozpamiętywanie porażek? Myślę, że jedno i drugie. Ma pani rację, można by też opowiadać więcej o tym, co w naszej historii było pozytywnego, albo jak można budować dobre rzeczy nawet na bazie trudnych doświadczeń. Natomiast proszę zauważyć, że aby to mogło się zadziać, musi być odpowiedni klimat, czyli dochodzi tu kwestia tego, jak funkcjonują partie polityczne, jak w ogóle funkcjonuje cały świat polityki. Jeżeli mamy dużo głosów, które wspominają i pokazują to cierpienie narodu polskiego, upamiętniają je, to – oczywiście, dobrze, żeby o tym pamiętać, natomiast ważne są też proporcje. Przecież na bazie tego, kto podejmuje decyzje, są na przykład tworzone podręczniki i program nauczania, więc wszystko wokół tego się kręci. Na pewno nie pomaga też taki mechanizm, który w psychologii nazywamy asymetrią negatywno-pozytywną. Pokazuje on, że waga tych negatywnych informacji jest po prostu większa niż pozytywnych, bo to jest coś, co ma większe znaczenie w kwestii zabezpieczania nas, przetrwania. Już z ewolucyjnego puntu widzenia można powiedzieć, że negatywne informacje są po prostu ważniejsze, bo jeśli zwrócimy na nie uwagę, to chronimy siebie. CZYTAJ TEŻ: Majątek Kościoła? Policzenie wszystkiego zajęłoby nam kilka ładnych latW związku z tym te pozytywne rzeczy traktujemy po prostu jako coś, co jest standardem. Jeżeli są, to jest ok, ale tego nie doceniamy. Natomiast jak jest źle, to o tym mówimy, zajmujemy się tym w jakiś sposób mentalnie, w przekazie itd. To też może mieć znaczenie. Nawet na co dzień, kiedy wydarzy się coś złego, ludzie o tym opowiadają. Dobro traktują jako standard, coś, co powinno być, w związku z tym nie cieszą się, nie doceniają tego. Dlatego praktykowanie wdzięczności może być swego rodzaju antidotum na to. Naprawdę się cieszę, że był dobry dzień, jestem wdzięczna sobie, że coś dla siebie zrobiłam, jestem wdzięczna innym osobom za dobrą współpracę, za dobre działanie, za pomoc w drobnych rzeczach – i wtedy mam szansę uwypuklać te pozytywne rzeczy. Ale trzeba świadomie taką decyzję podjąć, że właśnie w ten sposób się robi i zautomatyzować to sobie. Każdy może to w swoim życiu wprowadzać albo nie. Czy jesteśmy w stanie być szczęśliwi na przekór innym ludziom, którzy na przykład postanawiają zwracać większą uwagę na rzeczy negatywne; na to, że padał deszcz, a nie na to, że przez poprzednie trzy tygodnie było pięknie i słonecznie? Myślę, że im więcej ludzi podejmie taką decyzję, tym lepiej, bo wiadomo, że w grupie siła. Jeżeli ja emanuję pozytywnością i o takich rzeczach mówię, spotykam więcej osób, które też tak robią i mówią, to zaczyna jakoś działać. Jeśli mamy w otoczeniu osobę, która narzeka na wszystko po kolei, ale dostanie taką dawkę pozytywnej energii i zobaczy, że po prostu czuje się lepiej, jest zadowolona, bo ta energia może się udzielać, to być może się tym „zarazi”. To jest na pewno w jakimś stopniu związane z wiekiem. Kiedy ten wiek jest bardziej zaawansowany, to automatyzmy są już tak bardzo „wsiąknięte” w człowieka, że zmiany w jesieni życia są po prostu trudne. Nie są niemożliwe, ale dużo trudniejsze, niż kiedy człowiek jest młodszy, ma mniej doświadczeń w takim funkcjonowaniu i być może potrafi dostrzec, że inne patrzenie na świat przyniesie mu po prostu więcej zadowolenia na co dzień. Czyli jeżeli ktoś chce poczuć się szczęśliwszy, to powinien zacząć zmieniać swój sposób funkcjonowania jak najszybciej, a nie czekać do emerytury?Tak. Nawyki oczywiście też można zmieniać, chociaż wiadomo, że są tu pewne ograniczenia. Natomiast wiele zależy od tego, w jakim momencie swojego życia, rozwoju jesteśmy. Kiedy człowiek jest w średnim wieku – nawet mówi się o kryzysie wieku średniego – to doświadcza tego, że już mniej więcej połowa życia jest za nim i robi takie podsumowanie. Niektórzy nawet siadają z kartką, ale chodzi o to, że myśli się o tym, co się udało, a co się nie udało. I nawet jeśli ktoś ma dużo negatywnych doświadczeń, a mało sukcesów, to ma następne pół życia na to, żeby jeszcze różne rzeczy zrobić. Natomiast jeżeli człowiek zbliża się już do końca swojego życia, to tego czasu nie ma i nie widzi, czemu te zmiany właściwie miałyby służyć. Wtedy to jest już bardziej kwestia godzenia się z tym i bycia w tych schematach, bo już nic nowego ani dobrego się raczej nie wydarzy. Dlatego chociażby z tego punktu widzenia mówimy, że zmiany są do jakiegoś momentu pewnie bardziej prawdopodobne. Od razu przypomina mi się powiedzenie, że „lepiej to już było”. Jest też takie postrzeganie i pewnie tutaj nie ma co na siłę kogoś uszczęśliwiać. Natomiast mówimy o wieku, ale przecież ważną rolę odgrywa jeszcze sposób funkcjonowania człowieka. Czyli to, jakie ma schematy poznawcze, w tym sposób patrzenia na świat, a także cechy osobowości i temperament, który też odgrywa rolę w tych kwestiach. To wszystko składa się na konstrukcję człowieka, który ma mniejsze bądź większe szanse na to, że dokona pewnych zmian w swoim funkcjonowaniu. No i środowisko, w którym się obraca taka osoba, też jest szalenie ważne. CZYTAJ TEŻ: Wypalony jak rodzic. „Wszystko kręci się wokół dzieci”No właśnie, możemy sobie postanowić, że zmienimy podejście do życia, ale co z tego, że zjemy dobre śniadanie, docenimy piękną pogodę, skoro wsiądziemy do autobusu, a tam ktoś będzie się przepychał, popchnie nas i oczywiście nawet nie przeprosi. Czy nasz wysiłek nie pójdzie wtedy częściowo na marne? Wydaje mi się, że jeżeli mamy zbudowaną dobrą wewnętrzną konstrukcję, to przepychający się człowiek w autobusie tak bardzo nam nie przeszkodzi, to jest drobnostka. Jeżeli on się tylko przepycha – a nawet jeśli kieruje do nas jakieś negatywne emocje, wypowiedzi – to jeśli jesteśmy już zbudowani i wiemy, że nasze szczęście nie zależy od tego, co jakiś obcy człowiek powie czy zrobi, po prostu tego nie przyjmujemy. Takie coś jesteśmy w stanie wypracować. Trudniejszą rzeczą jest to, kiedy mamy w swoim otoczeniu bliskich, którzy nam podcinają skrzydła. Głównie rodzinę, bo przyjaciele to jest akurat takie grono, które możemy mieć od lat i być z nim bardzo związani, ale możemy też zawiązywać nowe przyjaźnie, jeżeli odkryjemy, że te wcześniejsze znajomości nam szkodziły. Natomiast więzów krwi nie zmienimy. Możemy oczywiście unikać spędzania czasu z ludźmi z naszej rodziny, ale samego faktu nie zmienimy. Taka przyjacielska sieć nie będzie rodziną jako taką. Ta rodzina czasem potrafi mieć na nas negatywny wpływ. Są przecież historie młodych ludzi, którzy ze względu na to, że są nierozumiani, odkrywają, że mają inny system wartości niż ta rodzina, inny światopogląd, po prostu się wyprowadzają ze swojego miejsca zamieszkania, domu rodzinnego i budują sobie to szczęście gdzie indziej, a tamte więzy mają rozluźnione. Wtedy mogą zbudować silną więź z innymi ludźmi. To jest decyzja, która pewnie do łatwych nie należy, ale czasem może dać ten spokój, którego nam brakowało. CZYTAJ TEŻ: Wiarygodne i terminowe, czyli kobiety na rynku nieruchomościNa koniec proszę sobie wyobrazić takiego przeciętnego Polaka, któremu dziadkowie opowiadali o wojnie, a rodzice musieli sobie radzić w PRL—u, czyli siłą rzeczy trochę przesiąkł tymi wszystkimi historiami. Sam ten człowiek też, powiedzmy, nie emanuje szczęściem, ale chciałby trochę inaczej patrzeć na świat. Od czego powinien zacząć?To jest trudne pytanie, bo historia to jedno, ale jest też kwestia temperamentu i osobowości, które ten człowiek posiada oraz środowiska, w jakim funkcjonuje. Warto uwzględnić te różne zmienne. Powiedzmy, że ta osoba żyje w otoczeniu ludzi, którzy mają taką pozytywną energię, bo sprzyjające środowisko to podstawa. Druga kwestia jest taka, żeby małymi kroczkami robić różne rzeczy, jak wspominałam – praktykować wdzięczność, uważność. W tej chwili popularne są takie metody zwracania uwagi na to, co jest wokół nas i w nas, bycia po prostu obecnym. To, że jestem w stanie zauważyć emocje, które się we mnie w danym momencie pojawiają, próbować zrozumieć, skąd one się biorą, jakie moje potrzeby są tutaj na przykład niezaspokojone. Chodzi o to, żeby być uważnym na siebie, ale też na innych ludzi i w ogóle na to, co jest wokół. Ludzie czasami biegają od zadania do zadania i nie zauważają, że w ich otoczeniu dzieją się ogromne zmiany. Teraz na przykład zaczęła się wiosna. Ktoś powie, że wczoraj ten krzak był pusty, a dzisiaj jest obsypany kwieciem. Nie, to się działo przez dni, nawet tygodnie, tylko tego nie zauważyłeś, nie patrzyłeś. Tak samo jak czasami nie patrzysz na siebie i swoje potrzeby, swoje emocje, jak nie patrzysz na innych ludzi, na to, co się wokół dzieje. Wydaje mi, że takie bycie uważnym jest ciekawą rekomendacją, ale pewnie każdy też dla siebie musi jakoś to odnaleźć. Natomiast żeby to wszystko mogło działać, żeby te nasionka, które zasiewamy, mogły zakiełkować, to musi być robione w sprzyjającym środowisku. Jeżeli mamy jakieś trudne, toksyczne relacje i takich ludzi wokół siebie, to może się okazać bardziej skomplikowane, dlatego warto zadbać o to, jakimi ludźmi się otaczamy, gdzie jesteśmy, z kim żyjemy. CZYTAJ TEŻ: „Tłuściochy” Dody i „słodki pączuszek”. Właśnie tak wygląda fatfobia