Sylvinho w trudnym momencie. Jest pracoholikiem, osiąga dobre wyniki, wprowadził Albanię na Euro 2024, jest bardzo blisko historycznego awansu na mundial, a mimo to... z Polską zagra o posadę. Sylvinho sam sobie ustawił poprzeczkę. Dziś na Narodowym dowie się, czy nie za wysoko. Co z Janem Urbanem, jeśli Polacy nie awansują na mundial? Tego nie wiadomo. Z dużym prawdopodobieństwem można jednak stwierdzić, że selekcjoner dostanie jeszcze jedną szansę, by się wykazać. Przejął reprezentację w trudnym momencie, wyciągnął ją z dołka, przywrócił kibicom radość, dał nadzieję na mundial… Jeśli przegra z Albanią i/lub Szwecją czy Ukrainą – szkoda, trudno, ale kibice się od niego nie odwrócą. Polski Związek Piłki Nożnej też nie powinien. Sylvinho takiego komfortu nie ma. Wprowadził co prawda Albanię na Euro 2024, ale kontrakt ma tak skonstruowany, że jeśli nie da im pierwszego w historii mundialu, to z pracą się pożegna.Niezależnie od wyniku, mimo wszystko, przeprowadzki do Tirany żałował nie będzie. Albańczycy też raczej nie mogą mówić o straconym czasie. W USA na takie sytuacje mówi się: „win-win”. Bo nikt nie przegrywa. Idealna paraTrafili na siebie w dobrym momencie. On – dwukrotny zwycięzca Ligi Mistrzów, uczeń Guardioli, Wengera czy Manciniego. Ambitny, pracowity, ale po nieudanych przygodach w Lyonie i Corinthians. Miał coś do udowodnienia. Ona – z perspektywami, nieco egzotyczna, szukająca świeżego spojrzenia.Dla albańskiej federacji wybór Sylvinho był próbą wyjścia poza dotychczasowy schemat. Przez lata reprezentacja opierała się na trenerach europejskich, często z regionu lub krajów o podobnym profilu piłkarskim. Najważniejszym z nich był Gianni De Biasi, Włoch, który w latach 2011–2017 osiągnął historyczny sukces, wprowadzając Albanię na Euro 2016. To był moment przełomowy – pierwszy duży turniej w historii kraju – i do dziś punkt odniesienia dla każdego kolejnego selekcjonera.Czytaj też: Arka i Szwarga już osobno. Kolejna zmiana trenera w EkstraklasiePo jego odejściu federacja szukała kontynuacji. Christian Panucci, również Włoch, miał wnieść nową energię, ale jego kadencja była krótka i zakończyła się konfliktem z władzami oraz brakiem wyników. Następnie kadrę objął Edoardo Reja, trener doświadczony, ale reprezentujący bardziej zachowawcze podejście. Pod jego wodzą Albania była zespołem uporządkowanym, trudnym do pokonania, ale rzadko wychodzącym poza defensywny schemat. Wyniki były poprawne, ale brakowało wyraźnego postępu.To właśnie ten kontekst tłumaczy sceptycyzm wobec kolejnego zagranicznego szkoleniowca. Albania miała już za sobą kilka prób z trenerami z zewnątrz – jedną bardzo udaną, inne mniej przekonujące. Pojawiało się pytanie, czy problem nie leży w samej formule: selekcjoner, który przyjeżdża, narzuca własny model i po krótkim czasie odchodzi, zostawiając niewiele trwałych zmian.Mit założycielskiSylvinho nie wpisywał się w ten schemat, ale też nie dawał gwarancji, że będzie inny. Dla federacji był jednak interesujący z dwóch powodów. Po pierwsze, miał doświadczenie pracy w środowisku najwyższego poziomu, nawet jeśli nie jako pierwszy trener. Po drugie, reprezentował inne spojrzenie – mniej związane z europejskim pragmatyzmem, bardziej otwarte na model gry oparty na strukturze i dynamice.Z jego perspektywy Albania była szansą, której trudno było szukać gdzie indziej. Na duże ligi, zwłaszcza po wpadkach w Lyonie i Corinthians, nazwisko miał za słabe. Reprezentacja narodowa, jaka by nie była, dawała możliwość pracy w innym rytmie, z większym naciskiem na organizację i selekcję zawodników niż na codzienne zarządzanie klubem. W wywiadach podkreślał, że interesował go projekt, w którym można coś zbudować, a nie tylko utrzymać istniejący poziom.Czytaj też: Pajor strzela, Barcelona gromi. Dwa gole w Lidze MistrzówRóżnica między nim a poprzednikami była widoczna już na początku pracy. Sylvinho zdecydował się spędzać więcej czasu w Albanii, obserwować lokalne środowisko i utrzymywać stały kontakt z federacją. W kraju, do którego mało który selekcjoner chciał przeprowadzać się na stałe, miało to znaczenie praktyczne i symboliczne. Wszystko to nie zmieniało oczywiście faktu, że jego powodzenie zależało przede wszystkim od decyzji boiskowych.Pod względem taktycznym nie dokonał gwałtownego zwrotu. Przesunął akcenty. Albania przestała być zespołem skoncentrowanym wyłącznie na obronie. Ustawienie 4-3-3 pozwoliło lepiej wykorzystać skrzydła, a pressing – nawet jeśli selektywny – był bardziej uporządkowany. Drużyna zaczęła częściej przechodzić do ataku w sposób zaplanowany. Widać było pewne wzorce, schematy. Nie oznaczało to, że stała się zespołem dominującym, ale zmienił się sposób, w jaki funkcjonowała w meczu.Kluczowe było jednak to, że zmiany przełożyły się na wyniki. Choć nie od razu. Za „mecz założycielski” Sylvinho uważa jednak starcie, które… przegrał. Z Polską, na PGE Narodowym, gdy naszym selekcjonerem był jeszcze Fernando Santos. – Weszliśmy do szatni po porażce 0:1, a piłkarze powiedzieli, że dobrze to wyglądało, że trzeba iść w tym kierunku – wspominał w rozmowie z „Guardianem”. No i poszli. Wygrali grupę eliminacyjną, awansowali na Euro, tam – w starciach z Hiszpanią, Włochami i Chorwacją – nie mieli większych szans, ale postawili się. W kolejnych miesiącach udało się utrzymać ten poziom, co w kontekście tej reprezentacji było nowością. W przeszłości zdarzały się pojedyncze dobre wyniki, ale brakowało ciągłości.Równolegle Sylvinho wprowadził bardziej elastyczny model selekcji. Kadra nie była zamknięta w stałej grupie zawodników. Pojawiały się nowe nazwiska, wracali piłkarze, którzy wcześniej wypadli z obiegu. Decydowała forma i dopasowanie do systemu. W kraju o rozproszonej diasporze miało to znaczenie, bo pozwalało lepiej wykorzystać dostępny potencjał.Ofiara własnego sukcesuMoże szło za dobrze? Awans na Euro 2024 zmienił sposób postrzegania reprezentacji Albanii: na zewnątrz, ale też w środku. Kibice i władze tamtejszej federacji przestały już cieszyć się z samego faktu gry na wielkim turnieju. Trzeba było tam jechać po coś. Trzeba było to robić regularnie. Znamy to z Polski: od 2002 roku apetyt nad Wisłą rósł w miarę jedzenia. Stąd, niekiedy, tąpnięcia. Tak jak to od kilku miesięcy dzieje się w Albanii.Albania Sylvinho nadal była zespołem dobrze zorganizowanym, ale coraz częściej pojawiały się zarzuty, że ten model ma swoje ograniczenia. Przede wszystkim w ofensywie. Drużyna, która w eliminacjach potrafiła być skuteczna i zdyscyplinowana, w kolejnych miesiącach zaczęła mieć problem z kreowaniem sytuacji. Mecze wygrywane jedną bramką przestały wystarczać, kiedy przeciwnik nie dawał przestrzeni do kontrataku.Statystyki tylko to potwierdzały – Albania rzadko strzelała więcej niż jednego gola, a momenty dominacji w meczach były krótkie. W albańskich mediach coraz częściej pojawiały się pytania, czy zespół nie zatrzymał się w pół drogi: już nie jest defensywny jak za Reji, ale jeszcze nie jest wystarczająco kreatywny, by narzucać warunki gry.Do tego doszły decyzje personalne, które – choć spójne z jego filozofią – nie zawsze były dobrze odbierane. Rotacje w kadrze, brak przywiązania do „nazwisk”, stawianie na zawodników mniej rozpoznawalnych – to wszystko działało, kiedy przynosiło wyniki. Gdy pojawiły się trudniejsze momenty, zaczęto to interpretować jako brak stabilności.Nie bez znaczenia był też sam przebieg eliminacji do mundialu. Albania utrzymała poziom, który pozwolił jej myśleć o barażach, ale nie zrobiła kolejnego kroku naprzód. Zabrakło wyraźnego sygnału, że drużyna rozwija się dalej, a nie tylko utrzymuje to, co już osiągnęła.Cele, nie marzeniaAlbańska federacja, ucząc się na doświadczeniach z przeszłości, postawiła na jasne zasady. De Biasi osiągnął historyczny sukces i dostał czas. Jego następcy już nie. Sylvinho wszedł do projektu jako trener, który miał coś zbudować, ale też jako ktoś, kto musi ten proces domknąć konkretnym wynikiem.Awans na mundial był wpisany w tę umowę jako naturalny kolejny krok. Nie „marzenie”. Warunek.Dlatego dzisiejsza sytuacja jest bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać z zewnątrz. Sylvinho nie jest trenerem pod ostrzałem w klasycznym sensie – nie ma atmosfery kryzysu, nie ma otwartego konfliktu, nie ma poczucia, że projekt się rozsypał. Jest raczej coś innego: przekonanie, że doszedł do momentu, w którym trzeba zrobić kolejny krok albo uznać, że sufit został osiągnięty. Mecz z Polską jest więc czymś znacznie więcej niż „niewinnym” starciem barażowym. Ale czy nie na tym piłka nożna właśnie polega? Na osiąganiu wyników, od których może zależeć cała kariera i cały sposób postrzegania tego, co się przez lata osiągnęło.Sylvinho może paść ofiarą własnego sukcesu. Podniósł dla Albańczyków poprzeczkę bardzo wysoko. Oni wierzą, że powinna być jeszcze wyżej.