„Jazz jest po prostu jazzem”. Mówił, że „jazz jest po prostu jazzem”. Saksofonista, kompozytor, aranżer – tak zaczyna się większość jego biografii. Audycja, którą prowadził w radio i jego kwieciste przemowy przyciągały nawet tych, którzy na co dzień nie za bardzo interesowali się jazzem. Gdyby żył, Jan Ptaszyn Wróblewski, skończyłby 90 lat. – Kiedy grałeś pierwszy raz w życiu? – pyta Jana Ptaszyna Wróblewskiego jego syn Jacek Wróblewski w rozmowie zamieszczonej na stronie internetowej poświęconej muzykowi.– Nie pamiętam. Prawdopodobnie podczas okupacji, w domu na pianinie – odpowiada artysta. – A publicznie? – pyta syn.--Sylwestra z 1951 na 52 rok w Kaliszu, w jakimś zakładzie pracy, nie pamiętam już, jakim. Byłem zaproszony jako pianista, do zespołu starych klezmerów, Przywódcą był pan Koło, liczył sobie około pięćdziesięciu lat, zaś najmłodszy, poza mną, Józio Lorenc, miał dwadzieścia kilka – wspomina Jan Ptaszyn Wróblewski.Czego Jan Ptaszyn Wróblewski słuchał w młodości?Na świat przyszedł 27 marca 1936 roku w Kaliszu. Gdyby żył, dziś świętowałby swoje 90. urodziny. W rozmowie z Polskim Radiem wyznał, że z czasów wczesnego dzieciństwa, pamięta niewiele. Nie pamięta, co robił przed wojną i gdy trwała. Przeżył ją w Warszawie. Interesować się muzyką zaczął, gdy się skończyła.– W sklepach można było nawet kupić płyty zespołów jazzowych. Było na nich tak napisane, ale nie zawsze było to prawdą. Starały się przynajmniej imitować jazz – wspominał. Czego Jan Ptaszyn Wróblewski słuchał w młodości? Wspominał, że wychował się na orkiestrach z tamtych lat, miał do nich ogrom sympatii. – To na przykład Orkiestra Braci Łopatowskich. Osiągnęła rozgłos m.in. dzięki nagraniu melodii do filmu „Serenada w dolinie słońca”. To chyba jedyny film poświęcony jazzowi – mówił w Polskim Radiu.Oprócz tego zespołu wymieniał Septet Skowrońskiego i Górkiewicza. – Do dzisiaj uważam, że jest to wspaniała muzyka. Bardzo mnie jednak zdziwiło, kiedy spotkałem się z panem Franciszkiem Górkiewiczem bezpośrednio i zapytałem go o te czasy, a on powiedział mi, że bali się improwizowania na nagraniach i wypisywali melodię i ją odtwarzali – wspominał.Czytaj też: Nagroda Sofia Award dla Jana Englerta. „Wybitny wkład w sztukę filmową”Saksofon tenorowy za pokwitowaniemŚrednią Szkołę Muzyczną w klasie klarnetu i fortepianu ukończył w Kaliszu. Po maturze przeprowadził się do Poznania. Nie studiował jednak na kierunku muzycznym a na Wydziale Mechanizacji Rolnictwa na Politechnice Poznańskiej. Dlaczego zamienił Kalisz na Poznań? Naprawdę marzył o tym, by być mechanizatorem rolnictwa? Nic z tych rzeczy. Nietrudno domyślić się, że bardziej chodziło o muzykę.To tam byli ludzie, tam można było wypożyczać instrumenty i na nich grać. Karierę muzyczną Jan Ptaszyn Wróblewski rozwija właśnie w Poznaniu. Od 1954 roku prowadzi studenckie zespoły taneczne, grając w nich na fortepianie i klarnecie. Jego pierwszy saksofon tenorowy, za pokwitowaniem, które obowiązywało w tamtych czasach, bierze ze świetlicy studenckiej Politechniki Poznańskiej. – Był on w straszliwym stanie, mimo to zdołałem na nim zagrać. W dodatku wzbogaciłem się o klarnet, który ktoś roztargniony włożył do saksofonu i to niespodziewane nadzienie dostało mi się bez pokwitowania – wspomina w rozmowie z synem.Gdy zaczyna występować z Sekstetem Krzysztofa Komedy, gra na saksofonie barytonowym. - Saksofon kupiliśmy zespołowo za trzy tysiące złotych, a ja go potem spłacałem przez pół roku. Pierwszy koncert, w którym grałem na moim własnym saksofonie, odbył się w klubie „Tygodnika Zachodniego” przed festiwalem w Sopocie – wspomina w rozmowie z synem. Na scenie Jan Ptaszyn Wróblewski debiutuje właśnie na wspomnianym 1. Festiwalu Jazzowym w Sopocie.Jak Jan Ptaszyn Wróblewski poznał Komedę?Jak poznaje Krzysztofa Komedę, z którego Sekstetem gra do końca jego istnienia, czyli 1957 roku? Dwa lata wcześniej w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych koncert gra zespół Melomani, wówczas najbardziej ceniony zespół jazzowy w Polsce. W jego skład wchodzą Andrzej Trzaskowski (ojciec obecnego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego), Krzysztof Komeda oraz Witold Sobociński, który zostaje później operatorem filmowym.Jan Ptaszyn Wróblewski oraz jego brat próbują dostać się na wspomniany koncert. Miejsc w sali brakuje, ale udaje im się wdrapać na taras klubu po filarach budynku. Jan trafia pod samą scenę i jest pod ogromnym wrażeniem.Jak wspomina Jacek Wróblewski w reportażu Lidii Raś w gazeta.pl do Poznania jego ojciec i Krzysztof Komeda wracają razem. – Obiecał mojemu ojcu, że będzie tworzyć sekstet i ma go na uwadze – wspomina. Okazuje się, że słowa dotrzymał. Kilka miesięcy później Jan Ptaszyn Wróblewski staje na scenie razem z Sekstetem Komedy. To właśnie ten uznany muzyk jazzowy staje się jego nauczycielem jazzu. Ptaszyn zaczyna rozumieć, że podstawa tego gatunku to m.in. improwizacja oraz swing.Jan Ptaszyn Wróblewski otwarcie przyznawał, że hity tamtych lat takie jak „Wio, koniku”, czy „Trzej przyjaciele z boiska”, uważał za nudne. – Muzyka, którą wtedy grano, była tak okropna, że zacząłem nasłuchiwać zagranicznych stacji – mówił w audycji radiowej Tomasza Szatkowskiego.Na jego liście ważnych stacji radiowych pojawiają się Radio Luksemburg, Radio Monte Carlo, a także audycja "Jazz Hour", którą nadaje Voice of America (Głos Ameryki). Młodzi muzycy, słuchając tej ostatniej, zapisywali ze słuchu takty utworów, a potem grali je na koncertach.Czytaj też: Nieznane dzieło mistrza odkryte po 65 latach. „Zyskało na aktualności”Skąd wziął się pseudonim Ptaszyn?Jak Jan Wróblewski staje się Janem Ptaszynem Wróblewskim? Okazuje się, że podobnie, jak w nauce grania jazzu, ma w tym swój udział również Krzysztof Komeda. W zespole było czterech Janów, więc gdy padało to imię, wszyscy podnosili głowy. Komeda wymyśla, więc Ptaszynę ze względu na nazwisko Wróblewski. Potem, to on również zmienia ten pseudonim na Ptaszyna, który zostaje z muzykiem do końca życia.Absurdem komunistycznej Polski był, jak wspominał artysta, zakaz jazzu. – Do dziś nie potrafię zrozumieć dlaczego. Jazz miał być podobno symbolem muzyki imperialistycznej, ale z imperialistami raczej nigdy nic wspólnego nie miał. Powiedziałbym nawet, że wręcz przeciwnie – mówił w rozmowie z Polskim Radiem. Zaznaczał przy tym, że pod pojęciem „jazz” rozumiano wszystko, co pachnie jakimkolwiek rytmem spoza Polski. W szkole średniej muzycznej, do której chodził w Kaliszu, obecne było przekonanie, że „jazz zepsuje muzykowi rękę”.Amerykański sen muzyka zza żelaznej kurtynyPo rozpadzie Sekstetu, Jan Ptaszyn Wróblewski wybiera się na studia muzyczne do Krakowa, ale ich nie kończy. Kolejnym ważnym punktem w jego karierze okazuje się lato 1958 roku. To właśnie wtedy w Warszawie odbywają się przesłuchania do młodzieżowej orkiestry International Newport Band. Na jej czele stoi amerykański promotor jazzu – George Wein. Choć konkurencja jest ogromna, to właśnie Jan Ptaszyn Wróblewski zostaje wybrany. Jest pierwszym polskim jazzmanem i jedynym z krajów zza żelaznej kurtyny, który gra na festiwalu w Newport w 1958 roku.– W Ameryce grał z nami Louis Armstrong. Byliśmy wszyscy potwornie spięci, ale Louis okazał się wspaniałym facetem. Bez żadnych oporów rozmawiał z nami. Dostałem od niego autograf, na torebce od ziół, które pijał. Ktoś jednak zainteresował się moją pamiątką i podprowadził autograf. Oprócz „Satchmy” zetknąłem się z Gerrym Mulliganem, a na jego jamach grałem z Bennym Goodmanem – wspominał artysta w rozmowie z synem.Pobyt w USA i koncerty w Europie Zachodniej, które gra z orkiestrą, dają efekty. Gdy Ptaszyn wraca do Polski, słychać, że gra inaczej. Wiąże się z zespołem Jazz Believers, a potem grupą Andrzeja Kurylewicza – Moderniści. Zaczyna współpracę m.in. z radiowym zespołem rozrywkowym Jerzego Miliana, All Stars Swingtetem Jerzego Matuszkiewicza, z Poznańską Piętnastką Radiową kierowaną przez Zygmunta Mahlika. Prowadzi także własne zespoły:Kwintet Poznański (1958-59)Jazz Outsiders (1960-61)Polish Jazz Quartet (1963-66)Studio Jazzowe Polskiego Radia (1968-78)Stowarzyszenie Popierania Prawdziwej Twórczości „Chałturnik” (1970-77).Czytaj też: Sławomira Łozińska o stracie syna. „Czułam ogromny ból”„Trzy kwadranse jazzu”, czyli znak rozpoznawczy PtaszynaJan Ptaszyn Wróblewski nie stroni także od promocji młodych muzyków. W 1982 zaczyna prowadzić Warsztaty Muzyczne w Chodzieży. Ci, z którymi pracuje, odnoszą sukcesy. Poza tym, że gra jazz, jest również kompozytorem. W latach 70. tworzy piosenki m.in. dla Andrzeja Zauchy, Maryli Rodowicz, Ewy Bem, czy Andrzeja Dąbrowskiego. „Zielono mi” w 1970 otrzymuje główną nagrodę na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu a „Żyj kolorowo” w 1979 roku. W latach 80. nie stroni od współpracy z orkiestrami radiowymi jako aranżer.On kocha radio, a radio kocha jego. W 1970 roku zaczyna prowadzić audycję „Trzy kwadranse jazzu” w radiowej Trójce, która staje się jego znakiem rozpoznawczym. Mówił, że ta audycja jest jego nawykiem.Nawet ci, którzy nie mieli po drodze z jazzem, nie przełączali stacji i przysłuchiwali się jego kwiecistym przemowom na temat tego gatunku muzycznego. Jak wspominał syn Ptaszyna w reportażu Lidii, artysta tylko raz wziął urlop i zorganizował zastępstwo za siebie w prowadzeniu audycji. Więcej tego nie zrobił, bo uznał, że „zastępstwo nie sprostało wymaganiom słuchaczy”.Jacek Wróblewski pamięta, że ojciec był gościem w domu. – Żeby zarobić na życie, trzeba było tyrać, bo tzw. stawki nie rozpieszczały. Trzeba też było się stale rozwijać, czyli grać. Potem dorosłem i poszedłem swoją drogą, a menedżerem ojca stałem się, kiedy okazało się, że on już nie widzi – mówi.„Gdyby nie grał, odszedłby jeszcze wcześniej”Artysta lubił spotykać ludzi i z nimi rozmawiać, ale nie przepadał za tłumem i starał się nie przekraczać granic. Nie bez powodu nazywano go „generałem polskiego jazzu”. Dwa lata przed śmiercią kardiolodzy zakazali mu grania, ale się uparł. – Podejrzewam jednak, że gdyby nie grał, to odszedłby jeszcze wcześniej. Od 15 lat był niewidomy, powoli musiał rezygnować ze wszystkiego, co było dla niego ważne, ale została mu gra – mówił Jacek Wróblewski w rozmowie z Lidą Raś.Ostatni raz „Trzy kwadranse jazzu” poprowadził dzień przed śmiercią 6 maja.Marek Napiórkowski, wspominając artystę w radiowej Trójce, mówił, że gdy słuchał tej ostatniej audycji, słyszał w głosie Ptaszyna „taką zwykłą niemoc ludzką”. - Słuchając tej audycji, czuć, że on po raz pierwszy się zamyka i robi coś słabszego, tak jakby się żegnał – mówił.Aga Zaryan podkreślała z kolei, że słuchało się go z ogromną przyjemnością. - To była kultura pięknej polszczyzny i serdeczność. Nigdy nie był zgryźliwy i nigdy nie słyszałam go w takim wydaniu. Mówił o muzyce, którą kochał i wynajdywał muzykę, która powstała współcześnie. Ciepło mówił też o muzykach, to była jego cecha charakterystyczna. Niesamowita klasa – uważała.Jan Ptaszyn Wróblewski odszedł 7 maja 2024 roku w Warszawie. Pochowano go na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.Czytaj też: Czołowy twardziel kina. Najważniejsze role Chucka Norrisa