„Jadłem tylko wątroby i serca”. W maju 1933 roku na bezludną wyspę Nazino na rzece Ob w Syberii Zachodniej wysadzono około 6 tys. deportowanych z Moskwy i Leningradu. W ciągu trzynastu tygodni zginęły ponad dwie trzecie z nich. Nie od kuli – z głodu, chorób i z rąk tych, którzy w obliczu śmierci uznali, że człowiek może człowieka… zeżreć, tak jak czyni to szakal ze swoją ofiarą. Plan deportacjiW lutym 1933 roku Gienrich Jagoda, szef OGPU, poprzedniczki NKWD, i Matwiej Berman, szef Głównego Zarządu Obozów, przedstawili Stalinowi plan przesiedlenia na wschód dwóch milionów ludzi. Mieli zagospodarować nieużytki Syberii. 11 marca Rada Komisarzy Ludowych zatwierdziła ten plan, choć na realizację nie było środków.Liczby zmieniały się wielokrotnie. Jak zeznał później szef Syberyjskiego Zarządu Obozów, czyli Sibłagu, Aleksandr Gorszkow: pod koniec lutego mówiono już o przemieszczeniu milionie osób na Syberię Zachodnią, w marcu o pięciuset tysiącach, w maju o trzystu. Ostatecznie trafiło tam 132 tysiące ludzi, ale zanim ustalono ostateczne cyfry, eszelony już ruszyły na wschód.Zanim się to wydarzyło, w grudniu 1932 roku Politbiuro wprowadziło system paszportyzacji. Miasta miały zostać „oczyszczone” z „elementów zbytecznych, niezwiązanych z produkcją, a także kułaków, przestępców i innych elementów aspołecznych”. W efekcie między marcem a lipcem 1933 roku z Moskwy deportowano aż 85 937 osób, z Leningradu – 4 776. I to oni, nierzadko zatrzymani za błahostkę lub bez powodu – bo tak się spodobało przedstawicielowi służb – stanowili trzon zesłanych.Ludzie złapani przypadkiemWasilij Wieliczko, instruktor-propagandysta z Narymskiego Komitetu Okręgowego WKP(b), leżącego ponad 3 tys. km na północny wschód o Moskwy, został w sierpniu 1933 roku oddelegowany do Aleksandro-Wachowskiej komendantury, by na miejscu zbadać sytuację tych osadników. Efektem był szczegółowy, 11-stronicowy raport wysłany do Stalina, w którym opisał mechanizm bezprawnych deportacji i ich tragiczne skutki.Wymieniał w nim przypadki konkretnych osób i między innymi byli to:• „Nowożyłow Wł. z Moskwy. Zakład Kompressor. Szofer. Trzykrotnie nagradzany. Żona i dziecko w Moskwie. Skończył pracę, szykował się z żoną do kina, gdy się ubierała, wyszedł po papierosy i został zabrany”.• „Gusiewa, starsza kobieta. Mieszka w Muromie [330 km na wschód od Moskwy], mąż stary komunista, główny konduktor na stacji Murom, staż pracy 23 lata. Gusiewa przyjechała do Moskwy kupić mężowi garnitur i białego chleba. Żadne dokumenty nie pomogły”.• „Zielenin Grigorij. Pracował jako uczeń ślusarza w fabryce, jechał ze skierowaniem na leczenie do Moskwy. Skierowanie nie pomogło – został zabrany”.Byli też członkowie partii, dzieci zasłużonych komunistów, strażak z Wielkiego Teatru, który miał przepustkę na Kreml. „Nic nie pomogło” – pisał Wieliczko.Każdy z zatrzymanych próbował za pomocą dokumentów dowieść, że jest wiernym obywatelem ZSRR, że nie w głowie mu żadne występki przeciw ojczyźnie i Stalinowi, że ma rodzinę i pracę. Ale dokumenty ginęły po drodze. Częściowo zabierali je kryminaliści, by użyć ich do skręcania papierosów. „Wszyscy ci ludzie nie mogą się odwołać: nie ma papieru” – więc nie mogli napisać żadnego podania. „Nawet kwity pieniężne [czyli bony, używane w zastępstwie oficjalnych banknotów, za pośrednictwem których zesłani mogli nabywać jakieś dobra] pracownicy komendantury piszą na korze brzozowej” – notował Wieliczko.Czytaj też: ZSRR jako mem, czyli sowieckie kłamstwaPodróżEszelony ruszyły z Moskwy 30 kwietnia, z Leningradu dzień wcześniej. 10 maja dotarły do syberyjskiego Tomska. Zastępca przedstawiciela OGPU, niejaki Szanin depeszował do Moskwy: „Ludzie skrajnie wyczerpani. W drodze zaopatrzeni tylko w chleb – 300 gramów na dobę. Gorącego posiłku nie otrzymywali. Własnych zapasów żywności nie mieli”.W Tomsku czekał obóz przejściowy na 15 tysięcy osób, a przybyło 25 tysięcy. Władze miasta, widząc w przybyszach „głodnych i zaraźliwych”, postanowiły wysłać ich jak najdalej.14 maja na cztery barki załadowano około 5 tysięcy osób. Jedna trzecia to byli kryminaliści, reszta – „lumpenproletariusze”, czyli właśnie ci mieszkańcy miast, których z jakichś powodów złapano w Moskwie albo Leningradzie. Na barkach ludzi trzymano pod pokładem. Dostawali 200 gramów chleba dziennie. Przewożono też 20 ton mąki i łącznie wydzielono około 4 kilogramy na osobę. Żadnej innej żywności. Żadnych naczyń. Żadnych narzędzi.4 czerwca Gorszkow raportował, że docierają do Tomska kolejne transporty kolejowe: „Eszelony w dalszym ciągu zawierają ogromną masę ludzi wyczerpanych, chorych na ostre choroby żołądkowo-jelitowe. W drodze gorącego posiłku ludziom nie wydaje się wcale, albo nieregularnie. Wodą zaopatruje się zupełnie niedostatecznie; z braku przegotowanej wody wydaje się surową”.Jeden z ocalałych, który później został wysłany w dalszą drogą po rzece, wspominał: „Ludzie głodowali. Na barkach nie dawali niczego”.Wyspa. Pierwsze dniDecyzję o wyładunku na wyspie podjął na miejscu komendant Dmitrij Cepkow. Działał pod presją lokalnych władz, które nakazywały bezwzględną izolację „elementu przestępczego” od miejscowej ludności, choć pierwotne plany zakładały inny punkt wyładunku.Wyspa Nazino ma dziś około 3 kilometry długości i 600 metrów szerokości. Ale rozmiary zmieniają się wraz z poziomem wody i według niektórych źródeł jej wymiary szacowano wówczas na około 1500 metrów długości i zaledwie 50 metrów szerokości. Leży nieopodal wsi o tej samej nazwie. W linii prostej to 550 km na północ od Tomska i 160 na południe od Niżniewartowska. Jest bagnista, podmokła i miejscowi Chantowie, czyli rdzenna ludność ugrofińska, nazywa cały ten region „zatraconym krajem”.18 maja barki przybiły do brzegu. Wyładowano ludzi: 322 kobiety i 4556 mężczyzn. Na pokładzie zostały 23 ciała tych, którzy nie przeżyli podróży. Ponad jedna trzecia przybyłych nie mogła utrzymać się na nogach.Wieliczko pisał później w liście do Stalina: „W pierwszym rzędzie na brzeg wyniesiono do czterdziestu trupów. A ponieważ było bardzo ciepło, a ludzie nie widzieli słońca, grabarzom pozwolono odpocząć. Podczas gdy grabarze odpoczywali, umarli zaczęli ożywać. Jęczeli, wzywali pomocy i niektórzy z nich poczołgali się po piasku do ludzi. Tak z tych trupów ożyło i stanęło na nogi 8 osób”.Następnego dnia spadł jednak śnieg. Zerwał się wiatr, przyszedł mróz. Ludzie w wiosennych ubraniach, wielu boso, bez dachu nad głową – siedzieli przy ogniskach, które gasły od wilgoci. Przez trzy dni nie wydano żadnego jedzenia.„Głodni, wyczerpani ludzie, niemający żadnych narzędzi i w głównej masie umiejętności pracy, znaleźli się w beznadziejnej sytuacji. Zlodowaciali, byli zdolni tylko palić ogniska, siedzieć, spać przy ogniu, błąkać się po wyspie i jeść zbutwiałe drewno, korę, mech”.Gdy wreszcie zaczęto rozdawać mąkę – na czwarty, piąty dzień – ludzie rzucili się do wody. Mąkę rozdawali tzw. brygadziści, często wywodzący się spośród kryminalistów, co rzecz jasna prowadziło do nadużyć. Wieliczko opisywał: „Otrzymawszy mąkę, ludzie biegli do wody i w czapkach, onucach, marynarkach rozrabiali zacier i jedli go. Przy tym ogromna część ich po prostu jadła suchą mąkę, padała i dusiła się, umierając z uduszenia”.Personel medyczny raportował: „Średnio dziennie umiera do 50 osób. Wszy – 100%”.Już 21 maja naliczono 70 nowych zgonów. I – uwaga! – w przypadku pięciu zwłok stwierdzono wycięte miękkie części ciała – wątroby, serca, płuca. Trzech sprawców złapano na gorącym uczynku.Komendant konwoju Kołubajew zeznawał później: „pojechałem z komendantem Cepkowem na wyspę. […] widzieliśmy: na wyspie hałas, bójka, kobiety z mężczyznami razem, leżały ciała zmarłych około 100 osób lub więcej, a niektórzy byli bez czucia, pełzli, krzyczeli: «Dajcie chleba!». Widząc nas, krzyczeli: «Naczelnicy, nie karmią nas od dwóch dni, marzniemy i umieramy z głodu!». Ludzie poszli na przestępstwo, zaczęli jeść umarłych. Mnie i upoważnionemu powiedzieli, że oto tu w kociołkach gotują ludzkie mięso. Wyspa przedstawiała sama z siebie coś STRASZNEGO, MAKABRYCZNEGO”.Czytaj też: Emancypacja poprzez testament. Tak obchodzono prawoRozpad porządku27 maja przypłynęła druga barka – kolejne 1200 osób. Łącznie na wyspie znalazło się wówczas około 6 tysięcy ludzi.Większość to byli mieszkańcy miast, którzy nigdy nie uprawiali ziemi, nie polowali, nie rozpalali ognisk w tajdze. Szybko utworzyły się gangi. Kryminaliści przejęli kontrolę nad dystrybucją mąki, to oni organizowali miejsca przy ognisku, zabierali lub darowywali odzież, właściwie wszystko zależało od nich.Wieliczko notował: „Jeśli ludożerstwo stało się najbardziej ostrym przejawem tego rozkładu, to jego masowe formy wyraziły się w czym innym: utworzyły się maruderskie [tu przestępcze] bandy, które w istocie rządziły na wyspie. Nawet lekarze bali się wychodzić z namiotów. Bandy terroryzowały ludzi już na barkach, odbierając chleb, ubrania, bijąc i zabijając. Na wyspie rozpoczęło się polowanie na ludzi z pieniędzmi i złotymi zębami. Właściciel znikał szybko, a potem grabarze zakopywali zwłoki z rozwartymi ustami”.Na wyspie ustaliły się ceny: sukienka – pół bochenka i paczka machorki. 1 paczka machorki – 300 rubli albo dwa złote zęby.W powieści „Razorwać tiszinu” („Przerwać ciszę”) Nikołaja Gawriłowa, białoruskiego pisarza, który oparł swoją książkę na dokumentach archiwalnych i relacjach świadków, znajduje się fabularyzowana scena przesłuchania. Jeden z oskarżonych o kanibalizm tłumaczy:„– A u jakich ludzi zdobywał pan sobie mięso? U żywych czy u umarłych?– A po co u umarłych? Toż to padlina. Wybierałem takich, co już nie żywi, ale jeszcze nie umarli. Przecież widać, że dogorywa, za dzień-dwa i tak wykituje”.Inny zeznawał: „Jadłem tylko wątroby i serca. To było bardzo proste. Jak szaszłyk. Robiliśmy szpikulce z gałęzi wierzby, cięliśmy na kawałki, nabijaliśmy i piekliśmy nad ogniskiem”.9 czerwca personel medyczny raportował: „Widzianych 12 trupów przez cały okres było z wyciętymi miękkimi częściami, a u niektórych z wyjętymi wnętrznościami (płuca, wątroba)”. Zatrzymano trzech mężczyzn w wieku 20-25 lat. Nie wykazywali oznak wyczerpania. Wniosek personelu był jednoznaczny: „Podobne przestępstwa wywołane są nie głodem, a po prostu rozpasaniem i zboczeniem”.Sprawę skierowano do lokalnej prokuratury. Prokurator wniósł o umorzenie, argumentując: „Mając na uwadze, że spożywanie mięsa zmarłego człowieka według prawa władzy radzieckiej w trybie karnym nie jest karalne, a że warunki materialno-bytowe przywiezionych osadników były ciężkie, podstaw do oddania pod sąd nie ma”. Ostatecznie jednak, na wniosek OGPU, sprawą zajęła się „trójka”, a więc doraźny quasi-sąd, który zastosował „ostre środki represji”.ŚwiadkowieMiejscowi Chantowie patrzyli na to wszystko z brzegu.Maria Achtina wspominała po latach: „Przywieźli ich na wyspę. My, dzieciaki, biegaliśmy, było nam ciekawie. A na wyspie buczeli-buczeli, jak komary. Tyle komarów nie było, ile tam przywieźli narodu. Ludzie z wyspy spychali do wody kłodę i na niej próbowali duszę ratować. A tu z brzegu do nich strzelali. Ochrona strzelała i inni też. Rodzice opowiadają: szli z pokosu, słyszą, kobieta krzyczy. A ona przywiązana i cycki jej obcinają, surowe mięso jedzą...”.Taisija Czokariewa dodawała: „Na wyspie konwojent był, młodziak. Do jednej dziewczyny lgnął. A potem pojechał się umyć, towarzyszowi nakazał: «Wy za nią pilnujcie». A ją przywiązali, ręce do tyłu do topoli i piersi jej obcięli, łydki obcięli, mięśnie – gdzie można jeść, wszystko. A gdy chłopak przyjechał, ona jeszcze żywa była. Chciał ratować, umarła, wykrwawiła się. Jedziesz obok wyspy, mięso w szmatach wisi. Ludzkie mięso rżnęli i przywiązywali”.W powieści Gawriłowa jest scena, która mogła wydarzyć się naprawdę: „Do popękanego pnia jodły przywiązana była naga dziewczynka, głowa dziecka bezwładnie zwisała na pociętą nożem pierś, jaskrawoczerwone ręce i nogi wyglądały jakoś nienaturalnie cienko. Po chwili San’ka [bohater książki] zrozumiał, że z rąk i nóg dziewczynki zostało odcięte całe mięso”.Gawriłow opisuje też obojętność, jaka ogarnęła nadzorujący personel. Określenie „szakal” oddawało pogardę i zezwierzęcenie wokół – człowiek przestał być dla nich człowiekiem, stał się padlinożercą, kimś, kto żyje kosztem słabszych: „Wszystko opisane tak przywykło kadrze dowódczej, że trupy, które leżały na ścieżkach, w lesie, płynęły po rzece – już nie wywoływały zmieszania. Co więcej, człowiek przestał być człowiekiem. Wszędzie utrwaliła się ksywa – SZAKAL”.Czytaj też: Rok białoruskiej agentury: Zdrady, prowokacje, raporty po 20 dolarówBezradność i rozliczeniaPersonel medyczny nie miał leków. W raporcie z 6 czerwca czytamy: „Pojawiła się epidemia tyfusu plamistego. Proponuje się wieźć ich [tj. chorych] wraz z innymi na inną wyspę, gdzie rozłożono izolator. Obóz nie ma naczyń do gotowania wody. Jeśli weźmie się odzież do gotowania, ludzie zostaną całkowicie nadzy. Wyspa, gdzie przewożą chorych, jest tak samo niczym niewyposażona”.Próbowano to na szybko zmieniać, ale system był kompletnie niewydalony. Gorszkow, tłumaczył przed komisją partyjną: „Doświadczenie osiedlania w tym roku nowego kontyngentu pokazuje, że w naszej pracy jest szereg braków, które należy szybko usunąć, aby zapobiec powtórzeniu się wydarzeń” – tak w raporcie eufemistycznie nazwał tragedię na wyspie.List Wieliczki był tu kluczowy. Wysłany bezpośrednio do Stalina, wymusił powołanie niezależnej komisji partyjnej, która potwierdziła opisane przez fakty. Dzięki czemu sprawa przestała być wewnętrzną aferą OGPU.Kiedy prawda wyszła na jaw, do października 1933 roku przed sądem stanęły 84 osoby spośród zesłanych i strażników. 34 skazano na śmierć – w tym 11 za ludożerstwo, 23 za grabieże i pobicia. Komendant Cepkow został wykluczony z partii i oddany pod sąd „za całkowity brak zaradności i znęcanie się nad osadnikami”. Gorszkow dostał surową naganę.Komisja, która badała sprawę we wrześniu 1933 roku, uznała większość zgonów za „straty naturalne”. Dokumenty trafiły do archiwum NKWD. „Wszystko zostało zapomniane” – podsumowuje narrator w powieści Gawriłowa.Iwan Uwarow, pracownik komendantury, po latach podawał już konkretne dane: „Przyjęliśmy 6000 osób [spośród tych, które żywe przypłynęły barkami z Tomska, wg Weiliczki 6117], a wysłaliśmy 2856 [do innych miejsc na Syberii]. Reszta poszła «na rozpył», «naturalny ubytek»”. I dodał słowa, które usłyszał od starszego kolegi: „Oto, synku, jak tanie jest życie ludzkie. Żeby zabić bydlę, trzeba je najpierw albo wychować, albo kupić. A ludzi za darmo, bez żadnych kłopotów zabijają. Patrz, strzeż się, trzymaj język za zębami, nie wpadnij do tej maszynki do mielenia mięsa”.Czytaj też: Demon-kobieta. Więcej niż kryminał z Galicji Wschodniej PamięćPrzez dziesięciolecia wyspa Nazino nie istniała w oficjalnej historii.W 1988 roku sprawą zajęło się stowarzyszenie „Memoriał”. Działacze dotarli na wyspę, rozmawiali ze świadkami. Jeden z miejscowych Chantów (nazywanych też Ostjakami) opowiadał: „Próbowali uciekać. Pytali nas: «Gdzie jest kolej?». Myśmy nigdy nie widzieli kolei. Pytali: «Gdzie jest Moskwa? Leningrad?». My jesteśmy Ostjakami. Ludzie uciekali głodni. Dostawali garść mąki, mieszali z wodą i pili”.W 1993 roku na wyspie postawiono drewniany krzyż z napisem: „Ofiarom represji politycznych. 1933-1993”. W 2000 roku krzyż zmyła powódź. W 2006 roku postawiono nowy. W 2018 roku mieszkańcy zebrali pieniądze na budowę kaplicy. Co roku w czerwcu na wyspę płynie się łodzią. Ludzie składają kwiaty pod krzyżem, modlą się. Ale miejscowi niezmiennie nazywają to miejsce „Wyspą Śmierci” albo „Wyspą Kanibali”.W epilogu powieści Gawriłow przeczytamy: „Tysiąclecia potrzebował człowiek, by schować swoje zwierzę w mocną klatkę z dobra, moralności i etyki. Ale by przebyć odwrotną drogę ewolucji, wystarczy jeden miesiąc. Trzeba tylko zabrać nadzieję i umieścić ludzi w naprawdę ekstremalnych warunkach”.Wieliczko w liście do Stalina przytoczył fragment autentycznej piosenki, którą ułożyli ocaleni:„Ciężko nam, bracia, w Narymie [region zsyłek na Syberii],ciężko nam wszystkim umierać,jak przyszło na Wyspę Śmierciludożerców nam wszystkim zobaczyć...”I dalej:„Nie przyjdzie matka z gorącą modlitwąnad mogiłą syna płakać.Tylko las swoją pieśń narymskąbędzie wiecznie nad nią nucić”.Wasilij Wieliczko, autor listu, który ujawnił prawdę o wyspie, sam pochodził z syberyjskiej wsi, z rodziny uznanej za kułacką. W młodości walczył w oddziałach Czerwonej Gwardii, a w latach 30. jako zagorzały komunista trafił do partyjnej pracy na Syberii. Po wysłaniu listu do Stalina ryzykował życiem – jak wspominała jego żona, nakazano mu natychmiast zniknąć w tajdze na pół roku, by uniknąć represji. Przeżył, ale do końca życia nie wrócił już do tematu Nazino. Po wojnie został korespondentem wojennym i pisał podręczniki dla szkół partyjnych. Zmarł w Moskwie w 1987 roku.***Tekst powstał w oparciu o dokumenty archiwalne OGPU i Sibłagu z 1933 roku, list Wasilija Wieliczki do Józefa Stalina (sierpień 1933), zeznania świadków zebrane przez tomski „Memoriał” w latach 1988-1989, publikację „Iz istorii ziemi tomskoj. 1933 g. Nazinskaja tragedija” pod red. S.A. Krasilnikowa (Tomsk 2002) oraz „Czarną księgę komunizmu” (rozdziały Nicolasa Wertha). Dla oddania atmosfery tamtych dni wykorzystano także motywy z powieści Nikołaja Gawriłowa „Razorwać tiszinu”. Wszystkie cytaty z języka rosyjskiego w przekładzie własnym.